Za siedmioma górami i lasami…

Za siedmioma górami i lasami…

Szczerze uradowane i uśmiechnięte twarze najmłodszych uczestników imprez i zdarzeń kulturalnych to najlepszy i najbardziej wiarygodny sprawdzian jakości i popularności pewnych programów i imprez organizowanych dla tego kręgu odbiorców kultury

Spontaniczne, wręcz niekontrolowane stany uśmiechu i beztroskiej zabawy wywoływały onegdaj m.in. spektakle teatrów dziecięcych: „Groteska” z Krakowa i „Rabcio” z Rabki; programy estradowe kabaretów dziecięcych na czele z krakowskim „Dropsem”, czy też wielce popularni bohaterowie słynnego przed laty serialu filmowego „Bolek i Lolek”. Projekcje filmowe bardziej lub mniej znanych baśni były niewątpliwie jedną z atrakcyjniejszych pozycji programowych przeznaczonych dla najmłodszych widzów Myślenic. Na filmowych animowanych bajkach wychowało się tu kilka pokoleń mieszkańców naszego miasta. Fabularyzowane bajki zawsze miały tu swoich gorących entuzjastów, wiernie i ochoczo podążających onegdaj pod przysłowiową strzechę Kina „Wisła” przy ulicy 3. Maja, czy też od 38 lat do MOKiSu i tutejszego Kina „Muza” przy ulicy Piłsudskiego.

Tymczasem warto zauważyć i warto przypomnieć… Jedną z form wspólnej zabawy i edukacji kulturalnej najmłodszych myśleniczan, proponowanych przed ponad sześćdziesięcioma laty były m.in. „Wieczory bajek” - bajek czytanych i bajek - na żywo - opowiadanych. Te spotkania, w istocie bardzo dokładnie odzwierciedlały ówczesne warunki i możliwości techniczne myślenickiego Powiatowego Domu Kultury. Były one niezwykle skromne i wręcz prymitywne. A mimo to „wieczory bajek” miały jakiś szczególny, wręcz osobliwy i niepowtarzalny charakter sprawiający, że piątkowe spotkania przy ulicy Reja 5 miały swoją wierną i niezawodną publiczność. Odbywały się one w niewielkiej „Sali kameralnej” mogącej pomieścić co najwyżej 80 osób. W sprawozdawczym opisie i meldunku z roku 1956, sygnowanym podpisem Anny Żelaznej czytamy m.in.: „Wieczory bajek cieszyły się u nas bardzo dużą frekwencją sięgającą zwłaszcza w okresie jesienno-zimowym do stu i więcej uczestników, których z wielkim trudem staraliśmy się pomieścić w sali, uchylając drzwi do sąsiednich pomieszczeń - czytelni prasy i pokoju gier - dostawiając dla uczestników dodatkowe krzesła…”.

Bajkowe spotkania miały swój z góry określony przebieg i scenariusz. Rolę lektora i bajkowego gawędziarza spełniali instruktorzy PDK - Józefa Burzawa, Anna Żelazna, od pierwszych lat 60. ub. stulecia - Jan Koczwara, zaś okazjonalnie Maria Szukiel-Rogalska i Jadwiga Jawor. Każdego piątkowego popołudnia staraliśmy się słowem i obrazem przywoływać naszym najmłodszym widzom i słuchaczom funkcjonujące w powszechnym obiegu i ludowej literaturze… „baśnie z tysiąca i jednej nocy”. Każdą opowieść ilustrowaliśmy dziesiątkami kolorowych rysunków. Autorką tychże była Józefa Burzawa - instruktor artystyczny, a zarazem plastyk dekorator PDK (1956-1960) - tytan pracy i obowiązku; w tym zaś fachu niestrudzona i niedościgniona. Rysunki będące ilustracją słynnych bajek wyświetlaliśmy na rozwieszonym w głębi sceny białym ekranie za pomocą epidiaskopu - aparatu pozwalającego rzutować na ekran przygotowane rysunki, w postaci, wiadomo… nieruchomej.

Narracja, nieomal aktorska „gra” komentatora, który nierzadko przekształcał się w jednego z bohaterów opowiadanej baśni była w istocie rolą o pierwszorzędnym znaczeniu. Zachowując treść fabuły bajkowej opowieści, często na własny indywidualny sposób modyfikowaliśmy ją swoją fantazją, dodając doń i od siebie jakieś nowe, uzupełniające wątki, pierwiastki, szczegóły i zdarzenia. Miało to posmak nieomal improwizowanego teatru jednego aktora ze zmieniającą się w tle - na ekranie - ilustracją.

Któregoś dnia zdarzyło mi się, że powtarzając kolejny raz jedną z bajek „zza siedmiu gór i siedmiu rzek…” tuż po owej „projekcji” podszedł do mnie wielokrotny bywalec naszych wieczorów mały Zbysio mówiąc donośnym głosem: „Proszę Pana! Kiedyś to Pan mówił inaczej… No… zupełnie inaczej… Ale dzisiaj to mi się nawet podobało! A jak będzie Pan mówił za tydzień?” - zapytał.

Bajkowe wieczory były ekscytujące nie tylko dla nas - organizatorów i prowadzących. Zdarzało się i to wielokrotnie, że po trwającym niespełna godzinę spotkaniu ścieraliśmy tu i ówdzie wyraźnie zawilgocone powierzchnie drewnianych krzeseł. Zapewne działo się tak, ponieważ w opowiadanych przez nas baśniach i legendach pojawiali się fantastyczni, nieomal romantyczni bohaterowie słynnych bajek Marii Konopnickiej, Marii Kownackiej, Janiny Porazińskiej, a zwłaszcza głównego speca i sztukmistrza bajkowego świata, a zarazem wszechświatowego klasyka dziecięcej literatury Hansa Christiana Andersena. Z pewnością i dlatego, że w tych fantazyjnie i bajecznie ukwieconych liryzmem, a przede wszystkim słowem i obrazem opowieściach, głównym motywem fabularnym i wizualnym były np. domy i pałace, lasy i głębokie knieje pełne niesfornych duchów i demonów, czarownic i rozbójników, straszliwych smoków i wilków, wszelako też innej zwierzyny, zaiste grubej i żarłocznej, a więc lisów, niedźwiedzi i krokodyli, a na koniec gromady nie/posłusznych gąsek i kogutków, a nawet brzydkich kaczątek. A może dlatego, że gośćmi takiego „seansu” był np. dzielny „Szewczyk Dratewka”, „Kopciuszek”, „Sierotka Marysia”, bądź znani w okolicy - „Świniopas” i „Kichuś majstra Lepigliny”, albo wreszcie i na przykład hojni dobrocią aniołowie wszelkich spraw i obowiązków, a na ostatku możni władcy, królowie i monarchowie z „Królową śniegu” i „Księżniczką na ziarnku grochu” i oczywiście wielce też waleczni w każdym calu i obyciu zamkowi strażnicy, rycerze i wojownicy z drużyną solidnie zapracowanych krasnoludków.

Pamiętam, bo jak tu nie pamiętać tych wspaniałych, niecodziennych rozmów i „wieczorów”; tej osobliwej atmosfery panującej wśród przejętych, głęboko zapatrzonych i zasłuchanych maluchów, którzy pospiesznym wzrokiem, z przyspieszonym rytmem serca i oddechu wędrowali z nami po tych wspaniałych krainach nieba i ziemi, krainach dobra i zła, krainach piękna i brzydoty…

Jak tu nie pamiętać… I jak tu nie odnieść się wspomnieniowo (po latach) z niekłamanym podziwem i szacunkiem do ilustratorki naszych baśniowych opowieści - Józii Burzawy, której dziełem, jakże pięknym i szlachetnym, wręcz niepowtarzalnym były setki rozpisanych na niewielkich kartonikach rysunków, obrazujących iście wymownie i czytelnie najwspanialsze bajki świata… czyli „baśnie z tysiąca i jednej nocy”.

Jan Koczwara Jan Koczwara Autor artykułu

Pasjonat, kolekcjoner i baczny dokumentalista lokalnych - i nie tylko - wydarzeń społecznych, kulturalnych oraz artystycznych. Człowiek o fenomenalnym dorobku naukowym i artystycznym pełen skromności i kultury osobistej.