Zwyczajny niezwyczajny Wspomnienie o Józefie Drożdżu

Zwyczajny niezwyczajny
Wspomnienie o Józefie Drożdżu

Przed nami kolejny miesiąc poświęcony pamięci, miesiąc zadumy, w którym będziemy obchodzić 100-ną rocznicę „Cudu nad Wisłą”. Pomyślmy o tych wszystkich, którzy zginęli w obronie Ojczyzny, o tych, którzy walczyli o jej wolność.

Wspomnijmy dziś zwyczajnego, a jednak niezwyczajnego mieszkańca Drogini – Józefa Drożdża. Pochodził z pobliskiej miejscowości Łęki, w roku 1946 ożenił się z Anną Batko i na stałe zamieszkał w Drogini. Wiódł zwyczajne życie. Wraz z Anną wychowywał córkę Zofię, zajmował się skupem owoców, później zbiorem i sprzedażą ziół dla Herbapolu, w pełni angażował się w życie parafii i pomagał przy budowie nowego kościoła. Co dzień można było go zobaczyć jak przejeżdża drogą swoim ukochanym simsonem. Zawsze pogodny, życzliwy, towarzyski.

Nic nie wskazywało na to, jakich dramatycznych przeżyć i cierpień doświadczył podczas II wojny światowej.

Miał 18 lat, kiedy Niemcy napadli na Polskę i rozpoczęła się II wojna światowa. Jak wspomina w swoich zapiskach:

- Hitlerowcy siali spustoszenie na naszych terenach, napadali na domy, rabowali wszystko, a szczególnie żywność, ludzie głodowali.

W 1940 r. dołączył do Partyzanckiego Ruchu Oporu pod dowództwem Wojciecha Piwowarskiego z Kornatki. Pod pseudonimem „Słowik” zajmował się organizacją broni i amunicji. Wraz z trzema kolegami ukrył w lesie Droginiaku zrzucone przez Aliantów dla Partyzantów radio nadawczo-odbiorcze. O działaniach tych dowiedziało się Gestapo, stacjonujące w Myślenicach, ponieważ jeden z kolegów wydał ich w ręce Niemców - skazując ich tym samym na drogę przez mękę.

12 lipca 1943r. Józef został aresztowany i brutalnie przesłuchiwany, najpierw w Myślenicach, później w Krakowie na Montelupich. Po miesiącu został przewieziony do hitlerowskiego obozu w Oświęcimiu. Wytatuowano mu numer na ręce, zgolono głowę, ubrano w pasiaki.

Mieszkał w nieludzkich warunkach, spał na gołych deskach, głodował, zmuszany był do ciężkiej, niewolniczej pracy przy budowie nowych baraków. Ale nie to było najgorsze – najgorsza była masowa zagłada ludzi i czyhająca na każdym kroku śmierć. SS-mani i kapowie (więźniowie pełniący funkcję dozorców nad innymi więźniami) znęcali się, bili, mordowali. Całe rzesze nieświadomych ludzi prowadzono do komór gazowych i uśmiercano trucizną zwaną Cyklonem B, a następnie palono w krematoriach. Najgorsze były pierwsze trzy miesiące, tzw. kwarantanna, wielu więźniów nie wytrzymywało i popełniało samobójstwo. Józefowi udało się przeżyć. Pod koniec 1943r. został przewieziony do obozu niemieckiego w Buchenwaldzie. Jeden z więźniów tam przebywających uprzedził go, że będzie segregacja nowo przybyłych osób i doradził mu, żeby powiedział, że z zawodu jest ślusarzem maszynowym. Tak też zrobił i został skierowany do pracy w zakładach zbrojeniowych. Warunki życiowe były lepsze – baraki były ogrzewane, do spania mieli sienniki, poduszki i koce. Nie było masowej zagłady. Ale żeby ocalić życie, trzeba było ciężko pracować i nie popełniać błędów.

Nadszedł 10 kwietnia 1945r. Wcześnie rano więźniowie na apelu dowiedzieli się, że wyruszają pieszo w daleką drogę do innego obozu. Wokoło słychać było głośne huki bomb, wszędzie unosiły się kłęby dymu. Esesmani popadali w panikę, a więźniowie mieli nadzieję, że ich niewola dobiega końca. Szli dzień i noc, głodni i wyczerpani. Jak wspomina Józef – toczyli kolejną walkę o życie. Kto ustawał w drodze – tego zastrzelili.

Nareszcie doszli do stacji i czekali na pociąg. Po przejechaniu kilku kilometrów usłyszeli wielki huk – to alianci zrzucili bomby na lokomotywę i pierwsze wagony. Wielu ludzi zginęło, komendant obozu i część esesmanów uciekło. Józef i kilku jego kolegów przenocowali w zaroślach. Nnazajutrz 12 kwietnia 1945r. widać było wszędzie amerykańskie czołgi. Doczekali się upragnionej wolności!

Smutna historia, ale dla pana Józefa – ze szczęśliwym zakończeniem. Mimo, że wywarła ona piętno na całe jego życie – pozostał wierny Bogu i swoim ideałom, a w relacjach międzyludzkich – pozostał dobrym, życzliwym i pogodnym człowiekiem. 17 maja 1989. został odznaczony Krzyżem Oświęcimskim. Jest to „polskie odznaczenie państwowe ustanowione ustawą z dnia 14 marca 1985 jako wyraz hołdu dla osób więzionych w hitlerowskich obozach koncentracyjnych za udział w walce o wyzwolenie Polski spod okupacji niemieckiej, działalność patriotyczną, rewolucyjną i postępową (…) w hołdzie dla ich męczeństwa i odwagi.”

Wspomnijmy w modlitwach, zapalmy świeczkę. Pamiętajmy!

Bardzo dziękuję pani Renacie i jej rodzinie, że zechcieli podzielić się tą historią. Jest to obraz trudnych czasów, w których żyli nasi dziadkowie i pradziadkowie oraz obraz walki przede wszystkim ze strachem i bólem.

Szymon Dyczkowski