107 lat w zakładzie fryzjerskim

107 lat w zakładzie fryzjerskim
Pan Tadeusz Papiernik w trakcie pracy.

W Myślenicach jest wiele firm, które przez swoją wieloletnią działalność na stałe zapisały się w historii miasta. Ale czy wiedzieli Państwo, że jest wśród nich i taka, która nieprzerwanie działa od 1914 roku? To zakład fryzjerski Papiernik na myślenickim Rynku.

Obecnie tradycję rodzinną, którą zapoczątkował Mieczysław Papiernik, kontynuuje jego wnuk Tadeusz Papiernik, który z rodzinnym zakładem związany jest od 1982 roku, a jako jego właściciel pracuje od roku 1986. - Pierwszym myślenickim fryzjerem był pan Szlachta, który pochodził ze Świątnik, a mój dziadek praktykował u niego. Niestety, gdy pan Szlachta zmarł, rodzina nie kontynuowała działalności. Urzędnicy miejscy uznali, że fryzjer jest potrzebny i postanowili coś zaradzić. Zeswatali mojego dziadka, który był dobrym fryzjerem z Marią Gieber, moją babcią. Mieszkała ona pod tym adresem i tutaj otworzono zakład w 1914 r. jeszcze przed wybuchem I wojny - wspomina początki Tadeusz Papiernik.

Tak wyglądały, dziś powiedzielibyśmy że nietypowe, początki działalność. Początkowo zakład posiadał część dla pań i panów, jednak w 1963 roku, po śmierci Mieczysława Papiernika, gdy zakład przejął ojciec pana Tadeusza, część przeznaczoną dla pań zlikwidowano, i tak jest do dzisiaj. Zakład, początkowo był dużo większy niż obecnie i cały czas działał bardzo prężnie, kształcąc również młode kadry fryzjerskie. Praktycznie, aż do roku 2004, do momentu wstąpienia Polski do Unii Europejskiej, zakład Papiernik działał jako jeden z czterech fryzjerów męskich w Myślenicach, obsługując również klientów spoza miasta. Jak wspomina pan Tadeusz: - Fryzjerów wtedy było niewielu. Z tego co pamiętam, to Papiernik, Wiktor Ćwierzyk, na górze była Spółdzielnia i pan Gruchacz. Po wioskach w ogóle nie było fryzjerów. Wszyscy musieli przyjechać do miasta, były olbrzymie kolejki, jeszcze w latach 80. ubiegłego wieku. Po 2004 roku ruszył boom, wzrosła konkurencja, jak wspomina, ze śmiechem, mój rozmówca. - Wie pan, ja teraz współczuję tym młodym fryzjerom, bo myśmy mieli łatwo, roboty było mnóstwo, ale oni teraz mają katastrofę. Są świetnie wykształceni, to absolutnie widać, a pracy jest mało.

Jeszcze w latach 80. ubiegłego wieku, fryzjer był również miejscem, w którym można powiedzieć, że się bywało. Tutaj, czekając na swoją kolej, czytało się gazety, nierzadko politykowało i omawiało bieżące sprawy kraju i miasta. Oczywiście wiąże się z tym wiele anegdot, ale jak mówi z uśmiechem pan Tadeusz, nie wszystkie nadają się do publikacji.

Zakład z racji swojego umiejscowienia, zawsze stanowił doskonały punkt obserwacyjny tego, co działo się na Rynku. Jedno z głównych wydarzeń, jakie utkwiło panu Tadeuszowi Papiernikowi w pamięci była poprzednia rewitalizacja Rynku w latach 1982 - 83. - Wie pan, to była katastrofa. Nie było jak wejść do zakładu, pracownicy, robotnicy, robili nam zwyczajnie na złość. Rowy wykopane wzdłuż i mostki usytuowane nie wiadomo na jakiej zasadzie, tylko dla wybranych. Musieliśmy z ojcem sami z desek zrobić taką prowizorkę, aby ludzie mogli wejść. Straszne to było. Po remoncie woda pojawiła się w piwnicy po sam sufit. Teraz jak robili remont, cały czas funkcjonowały zakłady, tak to robili, że wszędzie były mostki, wejścia, naprawdę była to cywilizacja europejska. Teraz jest super. Jako baczny obserwator Rynku i tego, co się tutaj dzieje, dosłownie i w przenośni pan Tadeusz zauważa: - Zmieniły się nie tylko relacje urzędnika do rzemieślnika, obywatela, ale i możliwości, sposoby wykonywania różnych prac.

W czasach przed przemianami w naszym kraju, przed rokiem 80, po którym powstanie Solidarności dawało pewne nadzieje, praca rzemieślnika, jako tak zwanego „prywaciarza” była bardzo utrudniona i systematycznie uprzykrzana przez urzędników. Dotyczy to na przykład urlopów, które musiały być zaakceptowane przez odpowiedni wydział w urzędzie, a uzyskanie zgody graniczyło praktycznie z cudem. Bardzo uciążliwy był również nakaz pracy w niedzielę. Niektórzy uważali, że fryzjerzy w owych czasach zarabiali miliony, pan Tadeusz Papiernik ujawnia jak było naprawdę - Cennik musiał być zatwierdzony przez cech, ceny były ustalone i jednolite wszędzie. Ceny były naprawdę minimalne, a efekt był tego taki, że roboty było mnóstwo, człowiek dobrze zarabiał, nie powiem, ale żeby się na tym dorobił to nie było tak. Przełomem dla rzemiosła był moment, kiedy to rząd Zbigniewa Messnera uwolnił ceny rzemieślników. Powstała wtedy w cechu instytucja „kalkulatora”, który to dostosowywał cennik do faktycznych kosztów uzyskania przychodu. Był to ogromny postęp.

Rynek tętnił życiem, interes szedł dobrze do momentu - Kiedy zlikwidowano targ przy ulicy R. Traugutta, ruch spadł o 50 procent. Wcześniej poniedziałek i piątek to były niesamowite dni dla prowadzących tutaj działalność - ze smutkiem zauważa Tadeusz Papiernik.

W ostatnim czasie, także pandemia zrobiła swoje, odeszli kolejni klienci, którzy jak na razie nie powrócili, obroty spadły o około 30 procent. Niestety jak wspomina pan Tadeusz, wszystko wskazuje na to, że na jego osobie zakończy się historia zakładu Papiernik. - Wie pan, w tej chwili to już nie jest praca, tylko walka o klienta. Ci młodzi fryzjerzy to są bardzo twardzi ludzie, ja ich podziwiam. Ale w tym fachu w Myślenicach już nie ma pieniędzy, zakłady pootwierano również po wioskach, funkcjonuje fryzjer na telefon i tak dalej, to już nie jest to, co dawniej.

107 lat tradycji w jednym miejscu i w jednym fachu robi wrażenie. Pan Tadeusz Papiernik podobnie jak jego dziadek i ojciec, to prawdziwy pasjonat swojego zawodu, ale również wnikliwy obserwator tego, co dzieje się przed zakładem i wokół niego.

Może zabrzmi to dziwnie, ale życzę panu Tadeuszowi jeszcze wielu lat pracy.

 

Marek Stoszek Marek Stoszek Autor artykułu

Socjolog i kulturoznawca. Badacz i propagator historii, kultury i tradycji naszego regionu. Dziennikarz, w latach 2019 i 2020 redaktor naczelny Gazety Myślenickiej.