508 kilometrów po beskidzkich szlakach w 9 dni

Sport 11 sierpnia 2016 Wydanie 28/2016
508 kilometrów po beskidzkich szlakach w 9 dni
508 kilometrów po beskidzkich szlakach w 9 dni

Główny Szlak Beskidzki im. Kazimierza Sosnowskiego to najdłuższy, górski szlak Polski liczący ponad 500 km. Zaczyna się w Ustroniu w Beskidzie Śląskim i biegnie do Wołosatego w Bieszczadach, przebiega m.in. przez Beskid Żywiecki, Makowski, Gorce, Beskid Sądecki i Beskid Niski. Myśleniczanka Kaja Milanowska pokonała tą trasę w rekordowym czasie 9 dni 16 godzin i 3 minuty

Buty, jak przerzute przez psa, leżą i śmierdzą… codzienni towarzysze. Poranny rytuał smarowania stóp kremem, oklejania plastrami, wcierania maści przeciwzapalnej i wręcz niebotycznych ilości chłodzącej maści końskiej, by potem stopa wylądowała w skarpecie (pranej żelem pod prysznic), a następnie, wręcz z grymasem (tak sobie to wyobrażałam), w bucie, który śmierdział. W bucie, który, jak coś mu się nie podobało, potrafił katować - zaczyna swoją opowieść z podróży Kaja.

Zimą tego roku Kaja z przyjaciółką Kasią Melcer wpadły na pomysł, by zmierzyć się z Głównym Szlakiem Beskidzkim. Pierwotnie planowały ok. 14 dni, jednak po dokładnej analizie uznały, że spróbują ustanowić rekord poniżej 10 dni. Wystartowały z Wołosatego w niedzielę 3 lipca.

Jak to się zaczęło? - Musiałabym się cofnąć 5 lat wstecz. Kiedyś byłam łazikiem górskim. Zanim zaczęłam biegać, bo tak szybciej, chodziłam. Te 5 lat temu było pierwsze, bardzo nieudane, podejście do GSB. Miało być 18-dniowe, z dużym plecakiem. Nie sprawdziło się. Brakowało impulsu, ten pojawił się w Myślenicach. Wyprawa na Kudłacze, nie wiem czemu rozmowa się tak potoczyła, ale Kasia wspomniała, że chciałaby kiedyś zaliczyć szlak. W 14 dni chyba się zmieścimy? I od 14 dni poszło. A czemu nie szybciej? I tak doszło do planu dziewięciodniowego. Po fakcie wiemy, że 16 godzin dłużej niż założenie. Ten jeden dzień zaważył; nie da się oszukać organizmu. Później przyszła pokora. I mimo, że biegam po górach, mimo, że lubię bardzo dystanse powyżej maratonu, mimo, że przemaszerowałam w życiu swoje, mimo, że trenuję, to rzeczywistość dopiero pokazuje, gdzie moje miejsce, ta pokora staje się towarzyszką. Niesamowicie dużo nauki wyniosłam z tej wyprawy. Niesamowicie wiele przeszłam z moim ciałem. Mam wrażenie, że to miesiąc był, a nie 10 dni - opowiada Kaja.

Już po kilku kilometrach nastąpiło załamanie pogody i przez resztę dnia dziewczynom towarzyszył deszcz i silny wiatr, co niestety miało wpływ na dalsze losy wędrówki. Początkowo pokonywały dystans w zaplanowanym czasie, jednak po kilku dniach Kasia ze względu na kontuzję kostki musiała zrobić przerwę. Kaja została sama na szlaku i kontynuowała zaplanowany marszobieg samotnie do momentu, aż w Krynicy znów dołączyła do niej Kasia, która nie poddała się mimo bólu kostki. Każdego dnia rozpoczynały tuż po świcie i kończyły o zmierzchu. Średnio dziennie pokonywały ponad 57 km, a ostatniego dnia aż 71 km do celu.

A tak podróż w swoim dzienniku opisywała dzień po dniu Kaja:

Pakowanie

Plecaki wyszły po 5kg. Bez wody. A co w nich? 4 pary majtek, 2 pary krótkich skarpet, 2 pary kompresów, 4 koszulki (tzn. 3 plus jedna na sobie), 2 pary krótkich spodenek (z tego jedna na sobie), 2 długie rękawy, kurtka przeciwdeszczowa, spodnie 3/4, długie spodnie, 3 staniki (jeden na sobie), strój kąpielowy – bikini takie malutkie, 2 buffy, rękawiczki, czapeczka z daszkiem, leki – podzielone na dwa plecaki – laremid, opokan, aspiryna, tabletki Isostara, maść przeciwbólowa, Sudocrem, mikro maść cynkowa, plastry bandaż, malutka apteczka, chusteczki nawilżane, kosmetyczka – malutka pasta, żel pod prysznic w małych opakowaniach, jeden mały szamponik, mały dezodorant, tusz do rzęs i kredki, mały krem Nivea, krem przeciwsłoneczny – filtr 50. Do tego bukłak, kamerka + kable do ładowania, powerbank, czołówka, folia NRC, telefon, mały zeszycik, dokumenty, saszetka mała, okulary przeciwsłoneczne i trochę jedzenia. Plus książeczka zrobiona własnoręcznie z przewyższeniami. Jak wypisuję te rzeczy to widzę ile tego jest. Co wyleciało po drodze? 2 koszulki, jedne krótkie spodnie, dezodorant, krem Nivea, strój, stanik. Co doszło na trasie? Wkładki! Dnia ostatniego folia przeciwdeszczowa – taka kupiona w schronisku, co nie oddycha, więc trzyma ciepło, skarpetki. Bagaż naprawdę musi być przemyślany. Teraz spakowałabym się w mały plecaczek – taki do 20l. Max 5 kg z wodą. Nie więcej. Stawy niestety to odczuły.

Kremenaros - Cisna

 

Na razie siedzimy o 6:30 przed Kremenarosem i jemy śniadanie. Wafle ryżowe z tuńczykiem. Plus kawa załatwiona przez Kasię. Następnie łapiemy busik do Wołosatego, by dokładnie o 7:51 ruszyć na trasę. Za późno. Ale jeszcze wtedy tego nie wiemy. Trasa jak to trasa – Wołosate – Cisna. Z pasmem Tarnicy, dwoma Połoninami i Jasłem na koniec po drodze. Chociaż ten dzień łatwy nie jest. Na 8 km łapie nas deszcz, ulewa, z gradem.

Zostajemy przemoczeni już na starcie. Bieszczady chcą nam pokazać, gdzie nasze miejsce. Taki znak – nie będzie łatwo. Chrzest bojowy – musicie być tego świadome. Ukryliśmy się w wiacie na przełęczy Bukowskiej, gdzie siedziała już grupka chłopaków. Tam przerwa. Grzanie się wzajemne i czekanie aż deszcz przejdzie. Potem ruszamy dalej. I to jedyne okienko pogodowe tego dnia – aż do Ustrzyk, bo później już tylko chmury i deszcz.

Mokrość. Zło. Wetlińska już milsza. A na Okrąglik wbijamy się po 19. I tak do Cisnej – do Bacówki pod Honem docieramy po 23, po 15 h trasy, 67 km, z czego dużo biegiem.

Cisna - Puławy

5 rano. Nie da się spać. Człowiek zbyt podniecony chyba, zbyt zmęczony, adrenalina buzuje od wczoraj. Jest dobrze. Przed nami 57 km. Pogoda jest. Nie za ciepło, ale słońce świeci, więc rzeczy obwieszona na plecakach wyschną. Można ruszać. Jedynie co – lewe kolano boli. Przed wyjazdem byłam u ortopedy – ściągnął torbiel, podał steryd. Teraz torbiel znów się zrobiła, do tego krwiak za kolanem. Na Żebraku robimy przerwę. I kierujemy się do Komańczy. Po drodze parę historii – humory dopisują. Trasa piękna. W Komańczy obiad na przystanku… Tuńczyk jedzony bułką z puszki. Do tego obkład z warzyw nr 7 na kolano. Warzywa mrożone to sprawdzony patent. I ruszamy w Beskid Niski, który okaże się być naprawdę dziki. Gubimy już tego dnia dwa razy szlak. Przedzieramy się przez puszczę, dzikość, jeżyny, pokrzywy. Do Puław docieramy po 21. Zmęczone bardzo. Kasia z obolałą kostką. Ja z chrzęszczącym lewym paluchem – nie mogę go podnieść. Głodne. Zmęczone. Dziś wyszło 59km, 13h. Sen.

Puławy - Chyrowa

Ruszamy zdecydowanie wcześniej, bo o 7:00. Iziemy do Rymanowa, Kasia cierpi. Kostka jej bardzo dokucza. Mi zza kolana znika torbiel – dziwne. Jest teraz tylko siniak. W Rymanowie spokojnie z 1h przerwy, apteka i wszystkie leki, by ratować Kasi kostkę. To nie będzie dobry dzień. Mamy dziś dotrzeć do Kąt, ale decydujemy się skrócić, by Kasia bardziej się nie uszkodziła. W Chyrowej dziś kończymy: 39km, 11h. Wieczorem faszerujemy Kasię i stosujemy na jej nogę voodoo pani Ludmiry: owijamy posmarowaną nogę mokrą zimną szmatą, workiem plastikowym, szmatą znów i bandażem. Po drodze Kasia zdecydowała, że jeśli to nie da rady to ja mam ruszać dalej, a ona będzie mnie wspierać. Ale liczymy, że ruszy, że voodoo zadziała, że noga zaklęta zostanie do współpracy. Jak się później okaże to wina butów. Noga w nich nie chce współpracować. Czeka mnie 70 km samotnej wędrówki. Aż i tylko.

Chyrowa - Zdynia

Ruszamy do Kąt. Taki plan wpierw, by wypróbować Kasi kostkę. A po drodze błoto, krzaki, błoto, mokro, błoto, zgubienie szlaku, jeszcze więcej krzaków. Kasi kostka się buntuje na dobre i Kasia podejmuje bardzo trudną decyzje, że w Kątach na trochę schodzi z trasy. Ja mam iść dalej. Ona da kostce chwilę. Wiemy, że to dobra decyzja, bo później po zakupie nowych butów Kasia jak nowa wróciła już do końca trasy. W Kątach dołącza się do nas trójka chłopaków, którzy robią szlak w drugą stronę. Ale na mega ciężko – ze wszystkim. Zostawiamy Kasię. Boję się. Kasia ma do Zdyni dotrzeć stopem/autobusami. Ona też chce jeszcze mieć przygodę. Czeka teraz mnie 38 km samotnego szlaku. Trochę dziś biegam, tzn. bardziej truchtam, ale to mimo wszystko inny ruch niż chodzenie. Docieram do Zdyni o 19. Prawie 50 km w nogach, 12,5h w trasie. Kasia na mnie czeka. Zdążyłam się stęsknić! Jutro ruszam dalej sama – aż do Krynicy, gdzie Kasia będzie próbowała dołączyć.

Zdynia - Cyrhla

Z dnia na dzień coraz wcześniej wstajemy i coraz wcześniej ruszamy. Kasia ma busa o 6:05, ale wsadzamy ją do jakiegoś pana, który się zatrzymał. A ja ruszam w trasę. Słonko świeci, na szlaku nikogo. Gdy docieram do Regietowa to jeszcze wszyscy śpią. I tutaj tabliczka 222 km za mną, 296 przede mną. Za Regietowem wbijam się na Kozie Żebro. Słyszałam, że ciężko, że ostre podejście. W sumie chyba tak, ale po tylu dniach człowiek nie zwraca uwagi. Potem Hańczowa i strasznie długa, nudna droga przez Ropki do Krynicy. Fragmentami tutaj biegnę, żeby było szybciej. Na Huzarach witam Beskid Sądecki. Z nich spadam do Krynicy, a tam już Kasia czeka! I atak na Jaworzynę Krynicką, gdzie pierwszy raz witają nas Tatry! Magia. Kasia może iść! Już od tej pory wraca do mnie na dobre (poza małym fragmencikiem za Jordanowem), ale wraca! Lecimy do Cyrla. Jest super. Czuję się jak nowo narodzona. Na nocleg docieramy o 21. Pełne optymizmu idziemy spać po 61 km, 15h trasy. Nie wiemy, że dzień następny nas przetrzepie.

Cyrla - Turbacz

Trasa do Krościenka jest bardzo przyjemna. Rytro pięknie wygląda rano, a ruszamy dziś 5:45. Szybko nam udaje się osiągnąć Radziejową i później Przehybę. Tutaj już po drodze mijamy ludzi, już nie jest dziko, już nie jest strasznie. Nie wiem czemu, ale zapominamy o Dzwonkówce, która wyrasta przed nami, gdy my już na pełnym głodzie lecimy. A zejście jest masakrą. Tutaj zbiegamy, co okaże się później zabójcze dla mojej lewej stopy. W Krościenku ledwo mogę chodzić. Dramat! Oczywiście kolejne warzywa na stopę wjeżdżają. Zakupy zrobiłyśmy za duże. To nas zabije przed Turbaczem. Za dużo tych rzeczy, za ciężko. Cieszę się na podejście na Lubań. Tutaj pierwszy dramat i łzy. Że nie dam rady. Że boli. Że mam dość. Ale idziemy. O 20 wbijamy z Kasią na Turbacz, by o 22 dotrzeć do schroniska. Już na końcówce mam zjazd. Kolejny płacz. Ani ciało, ani głowa nie współpracują. 65 km w nogach, 16h trasy. Rozsypuję się na kawałki. Mam wrażenie, że to koniec, że nie dam rady, że jestem słaba. Idziemy spać.

Turbacz. Pit stop

Rano już wiem, że nigdzie dalej nie pójdę. Decydujemy o przerwie, bo Kasia chyba też czuje, że potrzeba jej tego jednego dnia. Przeżywam teraz masakrę emocjonalną. Celowałyśmy w 9 dni. Teraz wiemy, że nie da rady. Nie wiem czy w ogóle dam radę zrobić cokolwiek. Wewnętrzny dramat. Nie mogę chodzić. Kolano boli. Boję się, że nie dość, że nie ukończę to mogę się pożegnać z bieganiem w tym roku. Organizm po prostu się zbuntował. Kasia prawie cały dzień przesypia. Jej organizm też się zbuntował. Zsynchronizowały się razem, by wymusić na nas przerwę. Decydujemy z Kasią, że ruszamy dnia następnego bardzo rano, żeby sprawdzić organizmy – jak nie zadziałają to w Rabce zdecydujemy co dalej. Ale ja po cichu wiem, że ruszymy dalej. Nie złożyłyśmy jeszcze broni. Chociaż w tym momencie nie mogę chodzić. Wypijam na Turbaczu nawet piwo, co nie jest u mnie częstą praktyką. Sen o 22, by o 4:45 wstać.

Turbacz - Hala Krupowa

Przed nami albo szybki powrót do domu, albo długa droga do Markowych Szczawin. Miałyśmy dotrzeć tam wczoraj. Nie wiemy jeszcze, że dziś też tam nie dotrzemy. Idzie się dobrze jak na to jak nasze organizmy wczoraj wyglądały. Chociaż Kasia się zatruła czymś. Kierujemy się w milczeniu na Rabkę. Nauczyłyśmy się ze sobą milczeć. To jest dobre. To jest ważne. Każda ma swoją walkę teraz. Docieramy szybko do Rabki. I decyzja, że ruszamy dalej. Nie ma poddawania się, nie mazgajstwa, nie ma łez. Jest walka. Jest cel. Jest upór. Kasia niestety nie daje rady. Kolejna trudna decyzja – ja idę dalej, Kasia dojedzie. Decyzja taka, żeby dotrzeć do Hali Krupowej i zobaczyć co dalej. Idę znów sama. Przyspieszam, by mieć do za sobą. Na miejscu jestem o 18. 48,5 km, 12,5h trasy. Mam czas, by odpocząć. Na stopach porobiły się obtarcia już na Turbaczu. Teraz jest ich coraz więcej. Bolą. Moczę nogi w zimnej wodzie. Idę spać, by złapać każdą minutę w oczekiwaniu na Kasię, która dociera przed 21, szybciutko bardzo się ogarnia i śpimy. A za oknem zasypiają Tatry przy zachodzącym słońcu.

Dzień przedostatni

Chciałabym dziś dotrzeć do Węgierskiej Górki, żeby dnia ostatniego mieć mniej. Ale się nie da. Kasia czuje się lepiej. Już je! Na start magiczny poranek. 5 rano. Tatry wybudzone. A my uderzamy na Policę, by potem stracić wysokość na Krowiarkach. A to wszystko na rozgrzewkę przed Babią Górą. Na Hali Krupowej znacznik 5h, a my po 3,5h witamy szczyt.

Magia, ogień, piękno. Jest moc. Jest Babia. Plecaków już nie czuć. Nogi lecą same. Tuż za Mądralową skręcam kostkę. Prawą. To mój kolejny dramat. Teraz śmiech przez łzy, bo nie wierzę. Tak blisko, a tak daleko! Przed nami droga na Halę Miziową. Podejścia takie straszne nie są. Gorsze są te kamloty po drodze. Ale tego się spodziewałyśmy. W końcu schronisko na Hali Rysiance, tu zostajemy. I mamy pokój z widokiem na Tatry. Bolą kostki, więc cały rytuał smarowanio-czarowanio-moczenia. O 20 śpimy, bo w nogach 50km i 14,5h.

Ostatni

3:00. Pobudka. Pełen rytuał przedstartowy. Czas zaklinania ciała. Nie czuję obecnie kostki prawej. Czuję odparzenia. Wiem, że dziś potrzebuję bardzo wsparcia. Podobno 68 km do końca. Pierwszy etap – do Węgierskiej Górki. Widzimy po drodze jak zbierają się chmury. Będzie padać. W Węgierskiej przystanek na kawę i ciacho. Ruszamy na Magurkę Radziechowską. Przebijamy się przez Glinne, dochodzimy do Hali Radziechowskiej. A deszcz nie rozkręca się powoli, deszcz leci nagle jakby Barania chciała nas spłukać. Jesteśmy całe mokre, jest nam bardzo zimno. Marzenie? Przysłop! Kierujemy się tam ile sił w nogach. Tuż za schroniskiem, my ubrane jak bałwanki, musimy się rozbierać, bo słońce wychodzi zza chmur i postanawia nam popalić. I lecimy na Kubalonkę. Tak daleko zaszłyśmy, że trzeba się szarpnąć i dokończyć. Na Kubalonce wpadam w ryk. Chyba zmęczenie i emocje muszą zostać wypłukane. Ale jakoś tak też siada mi nastrój. Do przełęczy pod Czantorią będę ciągnąć w trybie – nogi idą same. Założenie było takie, by na Czantorii znaleźć się o 20. Wrzucamy 6 bieg. Po drodze nastrój się poprawia. Czantorię zdobywamy o 19:45! Idealnie. Bo przed nami bardzo strome zejście, które chciałam robić za jasności. Tuż u stóp Czantorii rozpętało się piekło. Ulewa + burza. Armageddon. 8 km do końca. W okolicach 21:45 ruszyliśmy z zamiarem wejścia na Równicę. I decyzją u góry co dalej – czy zostajemy? Czy schodzimy? Ja wrzuciłam chyba 10 bieg. Mogłabym biec. Mimo 62 km w nogach, mimo bólu w lewej stopie. I już w górę wiedziałam, że ukończymy. Meta ciągnęła. Gdzieś jeszcze w tle zabuczał GSB, zły, że zostanie pokonany, zagrzmiał i się schował, gdy o 23:54 dotarliśmy pod znak naszego końca. 9 dni 16 godzin i 3 minuty walki. 9 dni 16 godzin i 3 minuty magii, trasy, słońca, deszczu, odparzeń, bólu, piękna, ciszy, przyrody, wysiłku, łez, potu. 9 dni 16 godzin i 3 minuty spełniania marzeń. Koniec.

Już po

Co ja sobie myślałam rozpoczynając to wyzwanie? Mam wrażenie, że czasem mój zdrowy rozsądek zostaje skopany i ukrywa się potem gdzieś w zawirowaniach mojego umysłu. Stopy dogorywają, ale mają się coraz lepiej. Wróciło 0,5 kg mnie mniej – na rzecz mięśni. Paznokcie ze stóp uciekają, ale reszta się trzyma i ma się dobrze. Odpoczywam. Czy zrobiłabym to jeszcze raz wiedząc, że będzie boleć? Wiedziałam to na starcie. Tak – zrobiłabym, tak – walczyłbym. To chyba mój najlepszy urlop. Może 9 dni i te 16 godzin to nie jest mega wyczyn, da się kobieco szybciej, ale dla mnie to jest sukces, mimo, że wykonany plan minimum. Dla mnie to i magia, i ogień, i moc. I siła gór.

Dokonanie Kai Milanowskiej stanowi kobiecy rekord trasy, który tym bardziej jest godny uwagi, iż był bez ekipy wspierającej. Zgodnie z zapisem z GPS całość przebytej trasy to 508 km, +20.800 m w górę i -21.100 m w dół.