6500 km na rowerze przez Europę!

6500 km na rowerze przez Europę!
Tak Stanisław Buksiak (w środku) kończył w Pcimiu swoją wyprawę, która miała początek w Maladze Fot. Katarzyna Hołuj

Stanisław Buksiak z Pcimia wrócił niedawno z wyprawy rowerowej, podczas której przejechał 6500 km. To najdłuższa z jego dotychczasowych podróży na dwóch kółkach, ale ma apetyt na znacznie więcej. Swoją pasję dzieli z żoną Anną. Oboje kochają rowery za, jak mówią, wolność i niezależność, jaką daje podróżowanie nimi.

- Nie pochodziłem z bogatej rodziny, a na I komunię zamiast roweru dostałem zegarek – mówi pan Stanisław, który do dziś pamięta, że pierwszy rower złożył sobie sam, podobnie zresztą, wielu jego ówczesnych kolegów. Rower okazał się pasją na całe życie, ale w pełni mógł się jej oddać dopiero kilka lat temu.

- Kiedy skończyło się dzieciństwo a zaczęło dorosłe życie, a razem z nim rodzina, a potem firma, czasu na rower było coraz mniej, choć i tak w niemal każdej wolnej chwili starałem się na nim jeździć, ale nie bardzo to wychodziło, bo ilekroć gdzieś wyjechałem to już dzwonili za mną z firmy: „szefie, bo to…”, „szefie, bo tamto…”

Nie było warunków do jazdy, ale odkąd dzieci dorosły i zajęły się firmą, zyskałem więcej wolnego czasu, na rower i nie tylko – mówi 63-letni pan Stanisław i dodaje, że nie jeździ wyczynowo, ale dla przyjemności, więc tym bardziej sobie jej nie żałuje i kiedy tylko może wsiada na rower i wyrusza w wybranym kierunku: sam albo z żoną, która tak jak on od dziecka uwielbia jazdę na rowerze i do dziś wspomina, jak na rowerze taty, który był dla niej dużo za duży, jeździła… pod ramą.

Ich pierwszą wspólną podróżą na rowerach była wyprawa z Zakopanego do Gdańska.

- Pojechaliśmy na weekend do Zakopanego, gdzie mieliśmy zdecydować co robimy do dalej: zostajemy na miejscu czy ruszamy gdzieś. Mąż chciał jechać na zachód, ja na wschód, dlatego żeby się nie kłócić, postanowiliśmy jechać na północ – śmieje się pani Anna, a jej mąż dodaje: - Nikomu o naszej wyprawie nie powiedzieliśmy, a kiedy zadzwoniły do nas dzieci i usłyszały, że jesteśmy w drodze nad morze nie dowierzały nam.

To właśnie wtedy zakochali się w takiej spontanicznej formie podróżowania, na dodatek na jednośladach. Choć, jak mówi pani Anna, wcześniej mieli okazję podróżować razem na motocyklu pana Stanisława, to tamten pojazd nie skradł im serca tak jak zrobiły to rowery.

Potem ruszyli na wyprawę dookoła Polski. Z Pcimia na południe i dalej w kierunku Bieszczad i wschodniej granicy. Potem po ścianie wschodniej jechali na północ. Razem dotarli do Gdańska, gdzie pani Ania wsiadła do pociągu i wróciła do domu, a pan Stanisław już sam pojechał dalej na zachód, a potem wzdłuż Odry w kierunku południowym. W sumie przejechał wtedy ok. 3500 km.

Podczas pierwszych wypraw pokonywali ok. 60-70 km na dzień. Dziś przejeżdżają nawet dwa razy dłuższe dystanse. Pan Stanisław na zwykłym rowerze, pani Anna na elektrycznym. Jak mówi, korzystanie z takiego daje jej komfort psychiczny, że gdyby w którymś momencie zabrakło jej sił, to i tak dojedzie do celu. – Najtrudniejsze są pierwsze trzy dni – śmieje się pani Anna. - Jeśli nie jeździ się regularnie to przez pierwsze trzy dni boli tylna część ciała, ale potem jest już „z górki”. Mąż ma lepszą ode mnie kondycję i coś co dla niego jest pestką dla mnie już niekoniecznie. Stąd mój wybór „elektryka”. Pedałować i tak trzeba, zwłaszcza, że trzeba oszczędzać baterię, kiedy dziennie pokonuje się nieraz 120-130 km, ale mam spokojną głowę, że tak czy inaczej wszędzie dojadę.

- Jestem pod wrażeniem, że żona chce podróżować i że daje radę. To mnie motywuje do tego, żeby wymyślać kolejne wspólne wyprawy – mówi pan Stanisław.

Za nimi już niejedna taka wyprawa. Przejechali m.in. ok. 800-kilometrową trasę wzdłuż Dunaju, jeszcze dłuższą, bo ok. 1400-kilometrową wzdłuż Renu, i kolejną, jeszcze dłuższą trasę z Włoch, a dokładnie z Rzymu do Polski. Na rowerach zwiedzali też Wietnam i Kambodżę. W międzyczasie pan Stanisław sam na rowerze podróżował m.in. po Maroku, Zjednoczonych Emiratach Arabskich i Chorwacji. Nie były to najdłuższe wyprawy, ale za każdym razem ciekawe, bo np. w Dubaju miał okazję jeździć po pustyni.

Trzy lata temu razem wybrali się z Francji, tamtejszym francuskim szlakiem pielgrzymkowym Świętego Jakuba do Santiago de Compostela w Hiszpanii. Chcieli tam dotrzeć razem na rowerach, niestety już pierwszego dnia wyprawy pani Anna rozbiła kolano i musiała zrezygnować z roweru na rzecz samochodu. Pan Stanisław przejechał ten szlak na rowerze i już wtedy zamarzyło mu się, żeby kiedyś przejechać nie tylko szlak francuski, ale także ten prowadzący z Polski do Santiago de Compostela.

To ciągle pozostaje na jego osobistej liście marzeń, za to w tym roku udało mu się przejechać, częściowo razem z żoną, a częściowo samotnie, trasę z Malagi na południu Hiszpanii przez Portugalię, ponownie Hiszpanię (w tym Santiago de Compostela), całe północne wybrzeże Hiszpanii, Francji, Belgii, Holandii i Niemiec aż do Polski. Pierwszym przystankiem w Polsce było Świnoujście, gdzie ponownie dołączyła do niego żona, z którą ostatnio widział się w Santiago de Compostela. Stamtąd już razem jechali do domu, do Pcimia, gdzie czekało ich iście królewskie powitanie. Była brama z balonów, fajerwerki, transparenty, szampan a nawet taczka pełna lodu na ochłodę. Ale przede wszystkim czekali bliscy, przyjaciele, sąsiedzi. Wszyscy na rowerach. I to w złożonym z nich peletonie pani Anna i pan Stanisław pokonali ostatni kilometr trasy.

Trasy liczącej ok. 6500 km, bo tyle w sumie przejechał pan Stanisław z Malagi do Pcimia. Zajęło mu to niespełna dwa miesiące, bo wyruszyli 22 maja, a w 21 lipca odbyło się to huczne powitanie w Pcimiu. Najtrudniejszy, jak wspomina, był górzysty odcinek między Hiszpanią a Francją, który pokonywał samotnie.

- Tam zaczęły się dość bystre podjazdy i niestety było trochę mordęgi. Miejscami trzeba było rower pchać – opowiada.

W miejscu warto dodać, że rower to nie wszystko, bo ze sobą miał jeszcze załadowany w podróżne sakwy bagaż ważący ok. 35 kg.

- Jednego dnia zabrakło mi wody i jedzenia, na szczęście trafiłem na dwóch kolarzy, zresztą jak się okazało Polaków, zmierzających w przeciwnym niż ja kierunku, bo do Santiago de Compostela. Poratowali mnie butelką wodę i nie wiem czy tym samym nie uratowali mi życia, bo byłem już mocno spragniony, temperatura sięgała 37 stopni a trasa cały czas była górzysta – kontynuuje pan Stanisław. I dodaje, że już nieraz miał okazję przekonać się, że kolarze na całym świecie, bez względu na to skąd są, okazują sobie solidarność i wsparcie. I tym bardziej cieszy się, że może być częścią tego środowiska.

Podczas tej podróży dziennie pokonywał, jak zazwyczaj podczas takich wypraw 120-130 km. Tylko jednego dnia nie mogąc znaleźć hotelu przejechał aż 190 km.

- Jeden raz podczas tej wyprawy musiałem zrobić sobie dzień wolnego z powodu pogody. Zrobiłem to ze względów bezpieczeństwa, bo lał deszcz i zrobiło się ślisko. Ale szybko tego pożałowałem, bo po tym jak rano przejechałem 8 km i zatrzymałem się, aby wynająć pokój w hotelu i przeczekać deszcz, ten po dwóch godzinach przestał padać. Poszedłem zwiedzić miasto, ale byłem na siebie zły, bo wolałbym już jechać dalej – opowiada.

Zwyczajowo podczas swoich podróży nie rezerwują wcześniej miejsc w hotelach, bo jak mówią, trudno jest przewidzieć, gdzie akurat zastanie ich wieczór, zawsze przecież może zdarzyć się awaria roweru, która ich zatrzyma, albo coś zaciekawi na tyle, że zechcą zostać gdzieś dłużej. Ich wyprawy nastawione są wprawdzie głównie na jazdę na rowerze, ale jeśli tylko jakieś miejsce ich zauroczy zatrzymują się i starają się je lepiej poznać, odwiedzić starówkę, zajrzeć do kościoła, zobaczyć lokalne atrakcje itd. Ułatwiają im to, jak mówią, nowe technologie. Pomagają im zresztą nie tylko w odnalezieniu atrakcji turystycznych. Jak sami mówią, są żywym dowodem na to, że można podróżować po całym świecie, nie znając języków obcych. Tu też z pomocą przychodzi im technologia. – Ludzie nieraz nas pytają jak sobie radzimy w świecie bez znajomości języków, ale to nie jest żadna przeszkoda. Nie zdarzyło nam się jeszcze nie porozumieć z miejscową ludnością, być głodnym czy nie móc znaleźć noclegu. Świat jest zbyt piękny, żeby z tego nie korzystać, zwłaszcza, że otwarte granice i nowe technologie czynią go tak dostępnym – mówią zgodnie.