Andrzej Boryczko – artystyczne geny

Andrzej Boryczko – artystyczne geny

Kiedy zapytano Jana Himilsbacha czemu tyle pije odpowiedział, że stara się w szarą rzeczywistość wprowadzić element baśniowy. Uczynienie swojego życia ciekawszym już samo w sobie zasługuje na pochwałę, ale chyba jeszcze większe uznanie wzbudzają w nas ludzie, którzy potrafią to zrobić bez środków dopingujących. Kimś takim jest Andrzej Boryczko.

Wielu z nas, szczególnie tych z młodszego pokolenia zna go przede wszystkim jako właściciela biura rachunkowego, ale to nie tylko niewiele o nim mówi, ale nawet może naprowadzić nas na fałszywy trop skojarzeniowy urzędnika – nudziarza i osobę o ograniczonych horyzontach. Andrzej Boryczko jest kompletnym zaprzeczeniem tego wizerunku. Malarstwem zainteresował się już w wieku 5 lat, gdy pierwszy raz zobaczył płótno i sztalugi u swojego ojca. O tym, że ewidentnie ma w tej dziedzinie sztuki smykałkę, mogą zaświadczyć chociażby ci, którzy widzieli wystawę „Varosha ekspres” sprzed 3 lat, czyli kolekcję 8 gwaszy przedstawiających słynną, opuszczoną po inwazji tureckiej, dzielnicę Famagusty.

To było malarstwo nie tylko jakościowe, ale i skłaniające do głębszych przemyśleń, a czego więcej można oczekiwać od sztuki. Kariera malarza pociągała go tak mocno, że 3 razy zdawał na Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie, ale ucho igielne, przez które musiał się przecisnąć okazało się w połowie lat 70.

za wąskie dla utalentowanego młodego chłopaka i nie dowiedzieliśmy jak mogła się potoczyć kariera artysty zafascynowanego twórczością Miro, Picassa, Caravaggia i Rothki. Czy zostałby uznanym profesjonalnym malarzem, grafikiem, krytykiem sztuki albo historykiem, a może architektem wnętrz? Kto wie? Nie była to jednak jedyna droga, jaką Andrzej Boryczko mógł zaistnieć w świecie sztuki, bo podobnie jak wielu jego rówieśników zakochał się na zabój w muzyce rockowej, zwanej wówczas młodzieżową. Po gitarę sięgnął w wieku lat 13, a już 3 lata później zaczął naprawdę dobrze „wymiatać” na elektrycznym „wiośle”. Na tyle dobrze, że do zespołów zapraszali go już o dwa lata starsi koledzy. Samouk, ale czytający nuty (co nie było wcale regułą), uczył się grać słuchając Hendrixa, Zappy czy już nieco później Andrew Latimera z zespołu Camel, ale jego ambicją było nie samo przebieranie palcami po gryfie lecz tworzenie muzyki. Pewnie dlatego w wieku 16 lat napisał musical zainspirowany „Mrowiskiem” zespołu Klan, a może dlatego, że podobnie jak Marek Ałaszewski w takim samym stopniu kocha malarstwo jak i muzykę. Okres nauki w liceum ogólnokształcącym to dla Andrzeja Boryczki czas hippisowski – spodnie dzwony, podróże autostopem przez całą Polskę do Gdańska, żeby posłuchać na koncercie Niemena, Breakout czy SBB, długie włosy i własnoręcznie robione naszywki z podobiznami Hendrixa czy Iana Gillana. Fascynacja rockowa miała szansę się przerodzić w coś więcej, bo Andrzej Boryczko jeszcze przez dwa, trzy lata po maturze grał w zespole Bee Hive Blues, który zagrał w poznańskim festiwalu Blues Folk w 1973 roku. Równolegle również zaczął grać w dwuosobowym projekcie akustyczno-jazzowym razem z Markiem Łazarskim i świat muzyki pochłaniał go całkowicie. Plany życiowe na bycie rodzimym Zappą zweryfikowało życie i narodziny syna, Cyryla. Liczyło się regularne źródło zarobkowania, a o to trudno w raczkującym wówczas polskim rock and rollu. Pasja do muzyki jednak nie zgasła i do malarstwa również. Andrzej zbiera płyty, głównie winylowe z kręgu muzyki rockowej i jazzowej i ma ich pokaźną kolekcję, a wśród nich sporo „świętych Graali” fanów rocka i jazzu. Jeśli zaś chodzi o malarstwo, to oprócz wspomnianej „Varoshy” wystarczy wymienić chociażby o kilka lat wcześniejszy „Babel” czy „Różową” wystawę, żeby się przekonać, że Andrzej cały czas ma coś ciekawego do powiedzenia światu.

Osobnym wątkiem, który trzeba poruszyć pisząc o Andrzeju Boryczce jest kwestia genealogiczna. Andrzej jest synem Mariana „Kuby” Boryczki, o którym sam Andrzej mówił: „jak każdy syn w pewnym momencie życia robiłem wszystko, żeby nie być do ojca podobnym. Nie na wiele się to chyba jednak zdało, bo nawet moja żona mi cały czas mówi, że jestem całkiem jak on”. Na czym polega to podobieństwo? Marian Boryczko, podobnie jak jego pierworodny, miał tyle zainteresowań, że można by nimi obdzielić tuzin ludzi. Nie był wykwalifikowanym malarzem ani grafikiem, a tworzył przepiękne historie obrazkowe (dziś powiedzielibyśmy, że były to proto-komiksy), rebusy, graficzne klasyki polskiej literatury, odręczne mapy Myślenic i dokumentację zdjęciową każdego ich zakątka i jeszcze milion innych „niepotrzebnych” rzeczy, które człowiek biorąc do ręki myśli „toż to prawdziwa perła!” Jak ta wyprzedzająca swoje czasy przygodowa gra planszowa „Marsz do Krupci”, którą Marian Boryczko stworzył w 1948 roku, gdy miał 21 lat, a w której odwzorowana jest topografia Myślenic i która swą pomysłowością zadziwia do dzisiaj. Z tymi genami to jednak jest coś na rzeczy.

 

Rafał Podmokły Rafał Podmokły Autor artykułu

Dziennikarz, meloman, biblioman, kolekcjoner, chodząca encyklopedia sportu. Podobnie jak dobrą książkę lub płytę, ceni sobie interesującą rozmowę (SPORT, KULTURA, WYWIAD, LUDZIE).