Autentycznie ciekawa świata
13 marca przypadają imieniny Krystyny. Z tej okazji wszystkim paniom noszącym to imię składamy najlepsze życzenia zdrowia i pomyślności, a naszym Czytelnikom przybliżamy sylwetkę jednej z najbardziej znanych w Myślenicach Krystyn – Krystyny Łętochy.
Nasza rozmówczyni od lat kieruje myślenicką filią Pedagogicznej Biblioteki Wojewódzkiej w Krakowie. Ponadto jest miłośniczką X muzy i prowadzi w myślenickim Kinie Muza Dyskusyjne Koło Filmowe. Jest też zapaloną globtroterką, którą ciekawość świata zawiodła na wszystkie półkule (a będąc na równiku stała nawet na dwóch równocześnie), wszystkie kontynenty z wyjątkiem Antarktydy, na których to odwiedziła kilkadziesiąt krajów (część z nich kilkakrotnie). Na tej liście są kraje niepopularne wśród turystów, takie, w których nie ma „cudów świata”, na tle których turyści lubią pozować do zdjęć, którymi później chwalą się w mediach społecznościowych. W jej relacjach czy to tych pisanych czy mówionych, bo wrażeniami z podróży chętnie dzieli się m.in. podczas spotkań w szkołach i bibliotece, znajdziemy często miejsca mniej oczywiste, błotniste afrykańskie drogi, wioski, o których wydaje się, że świat zapomniał, dziewiczą przyrodę, zwierzęta, które w Polsce mamy szanse zobaczyć jedynie w ZOO, i ludzi, autentycznych, zastanych w ich środowiskach, niczego i nikogo nie udających. Zapytana dlaczego wybiera takie kierunki, odpowiada przekornie: „Bo mnie tam jeszcze nie było”.
Pamiętasz kiedy załapałaś podróżniczego bakcyla?
Ta pasja ma swoje początki już w dzieciństwie. Jako dziecko uwielbiałam z mamą oglądać programy przyrodnicze, geograficzne, podróżnicze, a że mama wiedziała jak to lubię to każdy prezent jaki dostawałam to była książka podróżnicza lub przygodowa. Na przykład Arkadego Fiedlera „Zwierzęta z lasu dziewiczego”. To działało na wyobraźnię. Oczywiście nie miałam wtedy pojęcia i nawet nie marzyłam o tym, że dotrę do miejsc, o których czytam i które oglądam. A tymczasem…tak! Widziałam ten dziewiczy, amazoński las z książki Fiedlera. Potem wielokrotnie łapałam się na tym, że jestem tu, w miejscu, o którym czytałam. Pamiętam z dzieciństwa książkę „Podróż na wyspę Borneo” i kiedy będąc na tej wyspie, płynąc klotokiem, czyli tradycyjną łodzią przez dżunglę, podziwiając orangutany, pomyślałam „niech mnie ktoś uszczypnie, jestem tu!”.
Wyjeżdżać za granicę zaczęłam jako studentka, ale były to wyjazdy do pracy gdzieś w Europie. Z prawdziwą egzotyką i kulturą odmienną całkowicie od europejskiej pierwszy raz zetknęłam się dopiero, kiedy pojechaliśmy na rodzinne wakacje do Egiptu. Zakochałam się w świecie starożytnego Egiptu, a że zwiedzanie zabytków wtedy, z małymi dziećmi było dość utrudnione postanowiłam, że muszę tam jeszcze kiedyś wrócić. I tak też zrobiłam. Wróciłam tam za rok i zwiedziłam wszystko co było do zobaczenia przez turystę na ówczesny czas. I tak to się zaczęło…
Z turystki stałaś się podróżniczką. I jako podróżniczka pierwsze kroki znów skierowałaś do Afryki…
Tak, to był rok 2007, a celem były Kenia i Tanzania, dodatkowo połączona z próbą wejścia na Kilimandżaro. Nieudaną wprawdzie, bo dostałam choroby wysokościowej, ale nie przejęłam się tym zbytnio, gdyż wywoziłam z tego kontynentu tyle innych wrażeń: safari, noclegi w namiotach w afrykańskim buszu, spotkania z Masajami i wiele, wiele innych, które zrekompensowały mi porażkę w zdobywaniu najwyższego szczytu Afryki.
Wtedy wciąż jeszcze myślałam, że to wyjazd, który się nie powtórzy. Ale jak to mówią, „apetyt rośnie w miarę jedzenia” i ze mną tak właśnie było. I jest, bo ten apetyt ciągle rośnie i nie mija.
Gdzie od tamtej pory do teraz dotarłaś?
Po Kenii i Tanzanii były jeszcze, nie w kolejności podróży, ale według kontynentów: Maroko, Etiopia, Uganda, Mozambik, Zimbabwe, Lesotho, Senegal, Gambia, Eswatini, należący do Tanzanii Zanzibar, Peru, Brazylia, Boliwia, Wenezuela, Ekwador i należące do Ekwadoru Galapagos, Tajlandia, Kambodża, Laos, Wietnam, Chiny, Indie, Filipiny, Sri Lanka, Japonia, Bangladesz, Nepal, Indonezja, USA – różne stany, łącznie z Alaską, Grenlandia, Australia, Nowa Zelandia oraz Szwajcaria, Teneryfa, Islandia, Malta, Madera, Azory i Wyspy Owcze.
Najdalej byłam w Nowej Zelandii, a dokładnie na samych jej południowych krańcach. To był mój najdłuższy lot bez przesiadki. Trwał aż 17 godzin i 20 minut. Plus tego jest taki, że po nim już żaden lot nie jest mi straszny.
Wracasz do krajów, w których już byłaś?
Tak, ale staram się nie wybierać tych samych tras. Na to zwyczajnie szkoda by mi było pieniędzy, bo jeśli wracam to po to, żeby zobaczyć rzeczy i miejsca, których jeszcze nie widziałam. I tak na przykład wracałam do Ekwadoru, bo za drugim razem był „w pakiecie” z Wyspami Galapagos, na których wcześniej nie byłam, a które marzyłam zobaczyć. Wracałam też do Indii i to trzy razy, bo to kraj tak wielki i różnorodny, że nie sposób poznać go za pierwszym podejściem.
Wracałam też do Tanzanii. Za drugim razem zwiedziłam jej stolicę Dodomę. Kiedy ktoś pyta „kto i po co jeździ do Dodomy”? odpowiadam „A dlaczego nie...?”. Nie byłam tam i dla mnie to już wystarczający powód żeby jechać. Ale, z drugiej strony, nie podróżuję po to, żeby „zaliczać” kraje na mapie.
Co zatem jest Twoją największą motywacją do tego, aby podróżować?
Jestem autentycznie i szczerze ciekawa świata w jego najróżnorodniejszych przejawach. Ciekawa miejsc, przyrody, kultury, ale także ludzi. I to jest mój naczelny cel. Nie chodzi mi o „zaliczanie”, ale o poznanie - tak dogłębne, jak to tylko możliwe.
Często nasze, czyli moje i grupy z którą od lat jeżdżę, wybory nie są wyborami oczywistymi. Byliśmy razem m.in. w Senegalu, Gambii, Lesotho, Eswatini, na Filipinach i na Wyspach Owczych. Wszystkie te miejsca łączy to, że turystom kojarzą się z… niczym. Nieraz sama zastanawiałam się nad tym dlaczego, co mnie tam pcha, tam a nie gdzie indziej. Teraz wiem. Po pierwsze, czasem to nie ja wybieram kierunek, tylko on mnie, po prostu dany wyjazd się trafia, a ja nie grymaszę, tylko jadę. Po drugie, mam głębokie, przekonanie, że wszędzie gdzie pojadę będzie ciekawie.
I rzeczywiście tak jest? Nie bywasz rozczarowana?
Ani raz nie byłam rozczarowana. Może to dlatego, że nie mam żadnych oczekiwań. Pamiętam jak zaproponowano mi wyjazd do Japonii. Nie była na szczycie mojej listy marzeń, ale pojechałam. I co się okazało? Że obserwacje natury socjologicznej, jakie miałam okazję tam poczynić były niezwykłe. Z ogromną ciekawością patrzyłam na to jak Japończycy zachowują się względem siebie i względem nas - obcokrajowców, w przestrzeni publicznej. Jestem przekonana, że w żadnym innym kraju bym tego nie zobaczyła.
Wiem już że nie bywasz rozczarowana, ale na pewno bywasz zachwycona. Czy jest miejsce, w którym byłaś, a o którym mogłabyś powiedzieć, że jest „naj”, najciekawsze, najpiękniejsze?
Nie dam rady wybrać jednego, ani dwóch, bo każde pod jakimś względem było najpiękniejsze, najciekawsze. Wybór jednego byłby krzywdzący dla pozostałych. Niedawno na Grenlandii miałam okazję oglądać z bliska góry lodowe. Ich ogrom, a pamiętajmy, że ponad powierzchnią wody znajduje się zaledwie 10 proc. takiej góry, kolory i to nie tylko biel, ale wszystkie odcienie błękitu, cisza, w której słychać jedynie odgłosy pracującego lodowca, a więc jak trzeszczy, pęka – wszystko to złożyło się na niezwykłe, kontemplacyjne wręcz doświadczenie. Potem jeszcze, dość niespodziewanie, pokazało się nam stado wielorybów. To wszystko razem było tak piękne, że chyba pierwszy raz po powrocie do hotelu popłakałam się z nadmiaru emocji i wzruszeń. Ale powiedzenie o Grenlandii, że zachwyciła mnie najbardziej ze wszystkich miejsc, w których byłam byłoby nieprawdą. W Ugandzie podobnie zachwyciło mnie spotkanie z gorylami górskimi. Etiopia okazała się absolutnym objawieniem jeśli chodzi o ludzi. Odwiedziliśmy wszystkie najważniejsze plamiona, w tym plemię Mursi. Indie zachwyciły mnie…. wszystkim. Moje pierwsze zetknięcie z tym krajem i moje pierwsze wrażenia to gwar, tłumy ludzi, święte krowy, no i co tu dużo mówić, brud. Moja pierwsza myśl? „Jak tu jest cudownie! Chcę tu wrócić”.
Dlatego nie wartościuję, że gdzieś jest najpiękniej, najciekawiej itd., bo każde z miejsc jest na swój sposób wyjątkowe.
Smakując świata smakujesz też narodowych i lokalnych kuchni. Może któraś z nich najbardziej przypadła Ci do gustu?
Bardzo lubię kuchnię tajską i wietnamską, ale wyznaję zasadę, że trzeba być otwartym na nowe smaki, więc na Wyspach Owczych spróbowałam głowy owcy oraz sfermentowanego, baraniego mięsa, bo takie się tam podaje. W Ameryce Południowej jadłam pająka, a dokładnie tarantulę smażoną w głębokim tłuszczu, jednak najbardziej ekstremalnym kulinarnym doświadczeniem było zjedzenie w amazońskiej dżungli żywego robaka, a dokładnie gąsienicy o grubości palca. Trzeba było ją szybko rozgryźć, bo ruszała się w ustach, a to nie było przyjemne. Jak mówił przewodnik, który mnie nią poczęstował to bogate źródło białka.
Są też rzeczy, których nie zjadałam, mimo, że mnie nimi częstowano, jak na przykład psa z rożna. Tego nie zaproponowano mi jak pewnie wiele osób myśli, w Chinach, ale w Wietnamie. Podobnie ani w Wietnamie ani w Kambodży nie zdecydowałam się zjeść tamtejszego przysmaku, czyli jajka z rozwiniętym zarodkiem w środku.
Piłam też prawdopodobnie najlepszą wodę z kranu na świecie. Tak głosił napis przy hotelowym kranie i muszę przyznać, że nie sposób się było z nim nie zgodzić. Było to na Wyspach Owczych i co prawda trudno mi porównać tamtejszą kranówkę z kranówkami w innych krajach, bo picie wody z kranu w niektórych krajach jest ryzykowne, dlatego tego unikam. Pewne jest natomiast, że woda na Wyspach Owczych była rewelacyjna i nie może równać się z żadną wodą, nie tylko kranówką, ale i mineralną, jaką piłam.
A propos Wysp Owczych, na spotkaniu w bibliotece powiedziałaś o nich, że to „nielimitowane piękno”…
Rzeczywiście zachwyciły mnie pięknymi widokami, które są właśnie… nielimitowane. W wielu krajach są punkty widokowe, a ja Wyspy Owcze nazwałabym jednym wielkim punktem widokowym. Tam widoki są wszędzie, na każdym kroku i za każdym zakrętem. A przy tym wszystkim prawie nie ma tam turystów, są za to cisza, spokój i piękna przyroda.
Każdy zna powiedzenie „podróże kształcą”, jest też chińskie przysłowie, które mówi, że „lepiej zobaczyć coś raz, niż słyszeć o tym tysiąc razy”. Co Tobie dały i dają podróże?
Wiedzę – to po pierwsze. Kiedy płynęłam deltą Gangesu i Brahmaputry myślałam o szkole, lekcjach geografii z panem Stanisławem Gubałą i o tym, że właśnie widzę na własne oczy to o czym nam wtedy opowiadał, o czym czytałam w podręcznikach. To jest magiczne uczucie. Już dla tego samego warto podróżować.
Dystans - to po drugie. Podróże uczą innego spojrzenia na naszą rzeczywistość, większej otwartości na innych i na inność w ogóle.
Po trzecie - podróże dają możliwość sprawdzenia się. Podczas wspomnianej już pierwszej wyprawy do Kenii, podczas próby wejścia na Kilimandżaro miałam okazję sprawdzić siebie. Nie udało mi się wejść na szczyt, dlatego zawsze mówię, że mój szczyt Kilimandżaro miał 4000 metrów. Zabrakło mi najtrudniejszych 895 metrów. Tylko tyle i aż tyle. Ale spróbowałam, zmierzyłam się z tym i było to dla mnie niezwykłe doświadczenie.
Wreszcie po czwarte – podróże pozwalają docenić to co się ma, a co często wydaje się nam oczywiste. Z racji zawodu szczególnie lubię odwiedzać szkoły w różnych zakątkach świata. Jeśli otrzymam zgodę robię zdjęcia, nagrywam pozdrowienia od tamtejszych dzieci dla ich rówieśników z Polski. Potem pokazuję dzieciom w naszych szkołach jak wyglądają szkoły w innych krajach, w jakich warunkach uczą się tam dzieci, a często są one dużo trudniejsze niż nasze, tutaj. Pokazuję też im jak żyją dzieci w innych krajach i jak na przykład w Afryce starsze opiekują się młodszymi nosząc je w chustach.
Twój przepis na idealną podróż to…
Odpowiednie nastawienie. W szczególności polecam mieć w sobie ciekawość, a nie mieć oczekiwań. Radziłabym też, szczególnie podczas podróży poza Europę, nie mierzyć wszystkiego i wszystkich naszą, europejską miarą. Z przykrością muszę stwierdzić, że wielu turystów tak robi pokazując tym samym swoją wyższość nad innymi. Nie bez powodu w Afryce mówi się, że Bóg dał Europejczykom zegary, a Afrykańczykom czas. Dlatego tam obsługa, choćby w restauracji, trwa dłużej niż ta, do której jesteśmy przyzwyczajeni. Ich odmienne podejście do czasu powoduje, że trudno się spodziewać odpowiedzi na pytania o to kiedy przyjedzie autobus, albo ile będzie trwała podróż. Jeżeli tego nie zaakceptujesz będziesz sfrustrowany. Dlatego, jeśli jesteś tam, a jesteś przecież na własne życzenie, zaakceptuj to, nie oceniaj, nie próbuj zmieniać. To, że coś jest inne, nie znaczy, że jest gorsze ani lepsze.
Ludzie czują kiedy jesteś do nich życzliwie nastawiony, traktujesz ich jak równych sobie i wtedy się przed nami otwierają. Pamiętam pewną starszą kobietę z indonezyjskiej wioski bardzo zakłopotaną tym, że z powodu bólu stawów nie może nam zapewnić atrakcji, na którą liczyliśmy, a więc pokazać jak tka na krosnach, a jej córka akurat gdzieś wyszła. Widząc jej zakłopotanie postanowiłam kupić od niej sarong, a wtedy ona spontanicznie przytuliła mnie do siebie. I przyznam, że jest to są jedne z najmilszych wspomnień z tej i nie tylko tej podróży. Dowód na to, że niekoniecznie wszystko musi się zawierać w słowach, bo wystarczy uśmiech i życzliwość. Na pamiątkę mam nasze wspólne zdjęcie. Kiedy zapytałam ją czy możemy je sobie zrobić zgodziła się uśmiechając się i dyskretnie poprawiając przy tym fryzurę. Jak widać, kobieta pozostaje kobietą niezależnie od wieku i szerokości geograficznej.
A może jakaś podróżnicza myśl na zakończenie?
Oczywiście! To słowa znanej pisarki Susan Sontag, które bardzo lubię powtarzać: „Nie byłam wszędzie, ale wszędzie na pewno jest na mojej liście”.
Rozmawiała: Katarzyna Hołuj
