„Był moment, gdy było bardzo ciężko…”

„Był moment, gdy było bardzo ciężko…”

Historia ostatniego roku, to historia walki z epidemią koronawirusa, która pisze scenariusz ostatnich miesięcy. Wielu przedsiębiorców z naszego miasta musiało stanąć oko w oko z nową rzeczywistością i zmierzyć się z wyzwaniem. Tym razem o tym trudnym czasie rozmawiamy z Magdaleną Gorzelany-Dziadkowiec, współwłaścicielką Cukierni Jan Dziadkowiec, która jest na myślenickim rynku od 1957 roku.

- Generalnie na początku do świadomości człowieka chyba nie dochodziło to, co się dzieje. I gdzieś tam przez mechanizm wyparcia nie dopuszczaliśmy wiadomości, które do nas docierały, natomiast później, zaczął się lockdown i trzeba było całkowicie zmienić produkcję - wspomina Magdalena Gorzelany-Dziadkowiec.

Rozpoczęła się walka o przetrwanie cukierni, a co za tym idzie również o pracowników, którzy w dużej większości, od bardzo dawna stanowią załogę firmy. W ramach nowych wyzwań dostosowano asortyment do potrzeb klientów oraz - po konsultacji z pracownikami- zmniejszono etaty do 1/4. Etaty, w miarę stabilizacji sytuacji sukcesywnie podnoszono i tak do wakacji 2020 roku udało się je zwiększyć do 1/2, następnie do 3/4 i jak podkreśla moja rozmówczyni w planach jest przywrócenie pełnych wymiarów godzin.

- Przebranżowiliśmy się na pieczenie chleba, chleb był podstawowym produktem, jaki piekliśmy. Był to ogromnie trudny czas dla nas, obród dzienny nie wystarczał na przetrwanie, a bieżące wydatki łataliśmy środkami między innymi z mojej pracy na uczelni, wszystkie pieniądze transferowaliśmy w cukiernię - opowiada moja rozmówczyni.

Jak w większości branż koronawirus wymusił modyfikacje poprzednich działań, podobnie jest i w cukierni Państwa Dziadkowiec.

- Poniedziałek, wtorek, środa, to dni, kiedy pieczemy ciastka, kruche, pakowane, które mają dłuższy okres przydatności. Natomiast weekend podciąga utarg i praktycznie nadrabia pozostałe pięć dni. W tygodniu sprzedaż jest bardzo niska, gdyż nie ma zapotrzebowania na przykład na torty, chleb również pieczemy już tylko na zamówienia. Większe ożywienie obserwujemy na koniec tygodnia, a najlepsza dla handlu jest niedziela, zwłaszcza gdy jest słońce - relacjonuje pani Magdalena.

Tradycją od kilku dekad w cukierni było to, że oprócz zakupów, ciastko można było zjeść przy stoliku. Niestety w chwili obecnej jest to niemożliwe, z uwagi na reżim sanitarny, co również negatywnie wpływa na sytuację firmy. Klienci bardzo często o to pytają, jednak przepisy są jednoznaczne.

- Najbardziej cieszymy się z tego, że ani jeden dzień nie byliśmy zamknięci i jak rozmawiam z pracownikami, to oni najbardziej cieszą się z tego, że cały czas przychodzili do pracy - podkreśla pani Magdalena.

Lockdown to nie tylko zmiany w produkcji, asortymencie i zarządzaniu firmą, jak się okazuje, to również zmiany w mentalności klienta, nie inaczej jest również w przypadku kupujących w cukierni.

- Lockdown zmienił klienta, generalnie odczuwa się, że klient liczy się z pieniądzem. Obecnie klient coraz częściej przychodzi, aby kupić nie to, co lubi, tylko przychodzi i patrzy na cenę. Dobrze sprzedają się jak je nazywamy: ciastka suche, czyli ucierane, makowce, drożdżowe. Natomiast w niedzielę, gdy na przykład ludzie udają się w odwiedziny do znajomych, czy rodziny, częściej kupują ciastka droższe, bezy, babeczki, czy kremówki - mówi współwłaścicielka cukierni.

Czy tak zostanie? Moja rozmówczyni, jako osoba z nastawieniem optymistycznym, nawet z najtrudniejszej sytuacji stara się wydobyć dobre strony.

- Sytuacja ta na pewno nauczyła nas produkować mniej i pod klienta. Z pewnością zasada ta zostanie u nas na dłużej i ta produkcja będzie raczej z dnia na dzień, żeby nic nie zalegało i nic się nie marnowało. Myślę, że tak już pozostanie, nie tylko u nas, ale i w większości branż.

Pani Magdalena Gorzelany- Dziadkowiec jest również pracownikiem naukowym Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, z racji pracy naukowej prowadziła badania na temat wprowadzania innowacji przez przedsiębiorstwa w dobie koronawirusa. Z badań wśród przedsiębiorców wynika, że 90 proc. zmian, które zostały wprowadzone w okresie pandemii, zostanie utrzymane na stałe. Z punktu widzenia ekonomisty, nastąpiła widoczna zmiana nawyków zarówno ze strony klienta jak i przedsiębiorcy.

Cukiernia działa od roku 1957 i śmiało można powiedzieć, że wrosła w pejzaż miasta. A historie placówki handlowej tworzą klienci, jak jest w przypadku cukierni ?

- Tak, klient został i to było coś, co mnie bardzo wzruszyło i zaszokowało, bo jak wspominałam był moment, gdy było bardzo ciężko. Przychodzili do nas np. strażacy i mówili, że tyle pomocy dostali od państwa Dziadkowców, że teraz to oni nie mogą zostawić swoich przyjaciół. I tak naprawdę to właśnie społeczność myślenicka, ci stali klienci, co do nas przychodzili, między innymi po chleb, pozwolili nam przetrwać. Gdyby nie ci strażacy, ci stali klienci, kupujący z innych instytucji, którym pomagamy, to my byśmy się na pewno zamknęli – z ogromnym wzruszeniem relacjonuje moja rozmówczyni.

Potwierdzenia jej słów nie trzeba szukać daleko, ściana w cukierni, przy której rozmawiamy ugina się pod naporem dyplomów i podziękowań dla państwa Dziadkowców, za pomoc i wsparcie wielu imprez i akcji z terenu Myślenic i nie tylko. W tym wypadku stwierdzenie, że dobro powraca, nasuwa się po prostu automatycznie. Nie po raz pierwszy okazuje się, że firma to nie tylko aspekt ekonomiczny, ale również więzi łączące ludzi po obu stronach lady.

- Wspaniale pokazała to również społeczność Górnego Przedmieścia, oni przychodzili tu całymi grupami, z kartkami, kupowali dla sąsiadów. Ja to wszystko osobno pakowałam, żeby łatwiej to było im rozwieść, bo potem wieszali chleby i ciastka suche po płotach dla tych, co nie mogli sami przyjść. To było niesamowite i najmilsze w tym trudnym czasie - dodaje pani Magdalena.

Piękna i naprawdę ujmująca relacja, ale nie od dziś wiadomo, że w trudnych czasach Myśleniczanie potrafią się zjednoczyć.

Firma skorzystała tylko raz z rządowej pomocy, na początku pandemii, później już radziła sobie sama.

Dużą rolę w promocji i reklamie firmy w tym szczególnym czasie odegrały media społecznościowe. To na nich zamieszczano informacje o aktualnej ofercie i produktach, a klienci śledząc je wiedzieli na jakie zakupy mogą liczyć.

- Klienci, gdy widzieli na portalu ofertę, to w danym dniu przychodzili i kupowali. Tam też dziękowaliśmy im za to - wspomina pani Magdalena.

Trudny i szczególny czas i trzeba naprawdę bardzo dużo siły i samozaparcia, aby go przetrwać. Ważne, że tak, jak w przypadku państwa Dziadkowców, nie byli oni sami, gdyż mieli coś dla przedsiębiorcy najcenniejszego - wiernego i wdzięcznego klienta.

- Polacy, jak jest ciężko, jak jest źle, to się potrafią zjednoczyć. Nawet osoby, których nie pamiętam już nawet sprzed kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu lat, którym gdzieś tam kiedyś pomogliśmy, przychodziły i mówiły, kiedyś byliście wy z nami dziś jesteśmy my - podsumowuje pani Magdalena.

Jakie plany na przyszłość ?

- Patrzę w przyszłość optymistycznie, myślę, że gorzej, jak rok temu, już nie będzie. I gdyby zarówno klient, jak i produkcja pozostała na obecnym poziomie, to spokojnie będziemy żyć my i pracownicy, bo ja zawsze podkreślam, że cukiernia to my i pracownicy. Jeśli chodzi o ten trudny okres, to również na ich lojalność całkowicie mogłam liczyć.

Kolejna branża i kolejne wyzwanie w dobie koronawirusa. Jak twierdzi moja rozmówczyni, najgorsze mamy za sobą i oby tak było. Niezwykle ważne jest, że w przypadku małych firm rodzinnych, oprócz praw ekonomi na kapitał firmy składają się dobre relacje pracodawcy - pracownicy i chyba największy kapitał, wierni klienci.

Marek Stoszek Marek Stoszek Autor artykułu

Socjolog i kulturoznawca. Badacz i propagator historii, kultury i tradycji naszego regionu. Dziennikarz, w latach 2019 i 2020 redaktor naczelny Gazety Myślenickiej.