Ćwierć wieku z Orłem na piersi - historia legendy Dolnego Przedmieścia
Kapitan, lider, najlepszy strzelec w historii – tak można opisać Mateusza Mistarza, który przez ponad ćwierć wieku był związany z Orłem Myślenice. Po awansie do V Ligi stwierdził, że to jest jego sufit i zawiesił buty na kołku. Jaki był sekret jego piłkarskiej długowieczności? Jak przez te wszystkie lata zmieniał się jego ukochany klub? Jaki był najtrudniejszy moment w karierze? To wszystko w obszernej rozmowie, która ma być swoistym podsumowaniem jego kariery.
Jakub Kurek: Kiedy i gdzie zaczyna się twoja przygoda z piłką?
Mateusz Mistarz: W trzeciej klasie stawiałem swoje pierwsze kroki w Orle. Później w szóstej trener Paweł Karaś przyciągnął mnie jeszcze bliżej tej drużyny i tak zaczęła się ta historia.
Jednak niecałą karierę spędziłeś w Orla, grałeś również w Dalinie (w latach 2001-2008).
W takim wieku, w jakim wtedy byłem, to każdy myśli, żeby pograć nieco na wyższym poziomie. Nie narzekam, to był świetnie spędzony czas. Grałem tam od osiemnastki do 25. roku życia. Jednak lata leciały i już trzeba było bardziej myśleć o rodzinie i ustatkowaniu się, niż o graniu w piłkę.
Aż trudno sobie wyobrazić zatem, ile czasu spędziłeś w klubie z Dolnego Przedmieścia.
Tak jak mówiłem, zaczęło się w trzeciej klasie, a już od siódmej byłem rozważany pod kątem gry w seniorskim zespole. Czyli, jakby to zliczyć, to około 25 lat byłem związany z pierwszą drużyną Orła. Były takie tygodnie, kiedy grałem najpierw w trampkarzach, potem w juniorach, a na koniec jechałem na seniorów.
A jak zmieniała się twoja pozycja na boisku?
Zawsze byłem napastnikiem! Wracając do Orła, wciąż grałem na dziewiątce i trochę tych bramek strzeliłem. Pozycja się zmieniała w razie potrzeby. Były sezony, kiedy potrzebowaliśmy defensywnego pomocnika czy dziesiątki, to tam grałem. W Orle na boku raczej nie występowałem, lecz w Dalinie miałem epizody na skrzydle czy na prawej obronie i również sobie tam radziłem.
Ostatecznie skończyłem na środku obrony i pierwszy ustawił mnie tam właśnie trener Paweł Karaś. Pojechaliśmy go w 2015 roku prosić z Kamilem Ostrowskim, żeby wrócił do Orła, bo sytuacja była trudna. Nie było wtedy możliwości, żebyśmy z tym trenerem, który nas prowadził, się utrzymali. On mi wymyślił tę pozycję stopera. Poprzedni trenerzy też mnie tam próbowali ustawiać, ale im się to nie udawało, bo bardzo nie chciałem tam grać. (śmiech)
Wynotowałem sobie, że kiedy Orzeł awansował do Klasy Okręgowej w 2011 roku, to był gorszy od Sępa Droginia i przegrał na wyjeździe między innymi z Rokitą Kornatka. Dziś te zespoły dzieli przepaść. Jak zmienił się przez te lata klub z Dolnego Przedmieścia?
Akurat Sęp był wtedy bardzo mocny i grali tam zawodnicy, od których uczyłem się piłki w Dalinie w III Lidze, więc w starciu z nimi, jako młodzi goście za wiele do powiedzenia nie mieliśmy.
Za to na Orle wszystko zmieniło się nie do poznania. Kiedyś, jak się chciało dojechać na trening, to cała droga była zarośnięta krzakami. Trzeba było przejechać przez mostek, który raz był nawet zerwany i wtedy przechodziło się wpław przez Bysinkę. Samo boisko było otoczone zaroślami, a opony na około robiły za trybuny. Obok był tylko kontener, w którym się przebieraliśmy, a gdy było większe błoto, to kąpaliśmy się w rzece.
Jedną z pierwszych osób, która Orła zaczęła zmieniać, był Krzysiek Jędrzejowski, który za swojej prezesury postawił pierwszy budynek. Później to już prezes Edward Łapa powoli budował to, co widzimy obecnie. Teraz również klubem zarządza nowe pokolenie świetnych działaczy.
Dzięki czemu byłeś w stanie grać tak długo? Dotarłem do informacji, że miałeś swoje rutyny, których ściśle się trzymałeś.
Po każdym treningu się rozciągałem i trwało to 40 minut, a czasem nawet godzinę. Zacząłem to robić po drugiej poważnej kontuzji, którą odniosłem, jak miałem 32 lata. Dołożyłem do tego przed trzydziestką siłownię i kontynuowałem intensywnie do 38. roku życia. Później nieco obniżyłem intensywność, a może robiłem to bardziej z głową, biorąc pod uwagę, że trener Kamil Ostrowski był w stanie wplatać nam również drużynowe jednostki siłowe.
A skąd czerpałeś przez tyle lat motywację do gry w piłkę?
Przez ostatnie lata napędzała mnie na pewno rodzina. Widziałem również, że ta drużyna z roku na rok staje się coraz lepsza. Od 2014 roku już poważnie patrzyłem na rozwój zespołu. Choć po drodze przytrafiły się błędy w zatrudnianiu trenerów, ale każdy się czasem myli. Jednak najważniejsza była radość z gry i nieustanne chęci do grania w piłkę.
Podziękować muszę rodzinie, a głównie żonie, która się wszystkim zajmowała. W dodatku przez ostatnie lata przyrządzała mi smaczne posiłki, choć miałem co do nich wysokie wymagania.
Rok temu graliście finał baraży. W 82. minucie przy wyniku 1:1, zdaniem wielu, ty jesteś faulowany we własnym polu karnym, a mimo to, sekundy później sędzia dyktuje jedenastkę dla Pogoni Kraków. Jak się wtedy czułeś?
To był bardzo ciężki czas. Nie chcę tego insynuować i nie mam na ten temat wiedzy, ale pierwszy raz, mimo tylu lat gry, poczułem, że mecz może być ustawiony. To była pierwsza myśl, ale potem oglądając powtórki, wydaje mi się, że po prostu ten sędzia był słaby. Z tego spotkania była transmisja, więc żałuje, że nie zrobiliśmy zdjęcia mojej rany [powstałej po faulu] i nie dodaliśmy tego do komentarza meczowego.
Mimo porażki w barażach dałeś się namówić na kolejny sezon gry...
O! To jest ciężki temat. (śmiech) Przede wszystkim przekonała mnie żona i starsza córka, bo młodsza jest za mała, żeby to wszystko zrozumieć. To dość niecodzienne, że małżonka mnie namawiała, bo wcześniej długi czas była przeciwna, a na końcu postawiła warunek, że muszę jeszcze zagrać ten jeden sezon.
Sam Kamil [Ostrowski], kiedy byliśmy na wczasach, mocno mnie namawiał i stwierdził, że on też zostanie, jeśli ja nie skończę kariery. Też nie chciałem tej grupy zostawiać z innym trenerem. Wiem, jaki kontakt on ma z tą drużyną. Oprócz tego było jeszcze kilka innych osób, którym bardzo dziękuję, że mnie przekonali.
Po tym sezonie też były próby namówienie cię, żebyś został. Co zdecydowało?
To był już krótki temat. Zakończyłem swoją przygodę w najlepszym momencie. Osiągnąłem swój sufit. Czułem, że mogłem jeszcze coś dać drużynie w poprzednim sezonie. Jeśli się jest na boisku i się nic nie wnosi, to mija się to z celem.
Mam dla ciebie też kilka "szybkich strzałów". Najważniejszy gol w karierze?
Akurat miałem to szczęście, do zdobywania ważnych bramek. W debiucie w seniorskiej piłce strzeliłem, w pierwszym meczu w Dalinie też i po powrocie do Orła również.
Jednak ważniejsze były dla mnie te trafiania, które wiązały się z moim życiem prywatnym. Dlatego najważniejszym golem był ten strzelony po tym, jak urodziła się moja pierwsza córka. Zdobyłem mało bramek zza pola karnego, a akurat wtedy mi się udało. To było w meczu z Rokitą Kornatka w listopadzie 2014 roku, zremisowaliśmy wtedy 1:1.
Najtrudniejszy moment?
Życiowo, to na pewno bardzo ciężka kontuzja – zerwanie więzadła proksymalnego rzepki. Wtedy uratował mnie fizjoterapeuta Marcin Bisztyga. Pamiętam, że pytał mnie, czy może sobie zrobić zdjęcie, bo taki uraz jest niezwykle rzadki. Nie miałem wtedy pewności, że to się odpowiednio zregeneruje, a wróciłem jeszcze mocniejszy. Warto jeszcze tutaj nadmienić, że przy innych problemach zdrowotnych pomagali mi także inni fizjoterapeuci - Jasiek Sala i Paulina Marciniak, za co jestem im bardzo wdzięczny.
Piłkarsko najcięższy był sezon 2014/2015, w którym walczyliśmy do końca o utrzymanie. Ostatni mecz, który musieliśmy wygrać, a graliśmy z Rokitą Kornatka na wyjeździe na tym małym boisku. Mieliśmy techniczną drużynę, chcieliśmy grać w piłkę, a tam trzeba było wydrzeć sobie zwycięstwo, co się ostatecznie udało.
Największy błąd, który pamiętasz do dziś?
Sprokurowałem rzut karny w Okręgowym Finale Pucharu Polski, a Orzeł jeszcze wtedy nie miał tego trofeum w gablocie. Zawodnik Jordana Zakliczyn zagrał sobie piłkę koło mnie, a ja go zahaczyłem. Przegraliśmy wtedy po karnych, ale już więcej takiego błędu nie popełniłem, więc była to dla mnie lekcja.
Największy boiskowy przyjaciel?
To na pewno Kamil Ostrowski. Znajomość nasza zaczęła się w zerówce, a potem cały okres szkolny mieliśmy bardzo dobry kontakt. Zawsze graliśmy w jednej drużynie. Teraz jeździmy razem na wakacje i jesteśmy prawdziwymi przyjaciółmi.
Najlepszy zawodnik, przeciwko któremu grałeś?
Myślę, że Krzysztof Przała (były zawodnik Legii Warszawa, ŁKS-u Łódź czy Dalinu Myślenice), który przyszedł do Karpat Siepraw i był też w Pcimiance. Z tego, co pamiętam, grał on w Ekstraklasie.
Graliśmy też przeciwko Dalinowi i tam występował Dawid Kałat, który też jest moim przyjacielem, bo wychowywaliśmy się razem w Trzemeśni, skąd pochodzi moja babcia.
A najlepszy zawodnik, z którym grałeś?
To na pewno Krzysiek Zając. Jak za pierwszym razem do nas przyszedł, to kibice na trybunach krzyczeli, że to chyba Messi. Z młodych zawodników wymieniłbym trójkę, która może grać znacznie wyżej, jeśliby oczywiście chcieli. Na pierwszym miejscu, zaskoczę wszystkich, ale jest “Wiśnia”, czyli Krzysiek Górka. Uważam, że jest zapotrzebowanie na takich zawodników. Rzadko się trafia, żeby ktoś miał jednocześnie taką wydolność i taką szybkość. Na drugim miejscu wiadomo wspólnie - Kyryl Kyrylov i Bartek Gromala. Tak grać w takim wieku? Czapki z głów.
