Dawnych Wspomnień Czar - z kolekcji Jana Koczwary

Dawnych Wspomnień Czar - z kolekcji Jana Koczwary

Jedną z form wspólnej zabawy i edukacji kulturalnej najmłodszych myśleniczan, proponowanych przed siedemdziesięcioma laty, były m.in. „wieczory bajek” – bajek czytanych, bajek na żywo opowiadanych. Te spotkania w istocie bardzo dokładnie odzwierciedlały ówczesne warunki i możliwości techniczne ówczesnego Domu Kultury. Były one niezwykle skromne i wręcz prymitywne. A mimo to „wieczory bajek” miały jakiś szczególny, wręcz osobliwy i niepowtarzalny Klimat i charakter sprawiający, że piątkowe spotkania przy ulicy Mikołaja Reja 5 miały swoją wierną i niezawodną publiczność. Odbywały się one w niewielkiej „sali kameralnej” mogącej pomieścić co najwyżej 80 osób. W sprawozdawczym opisie i meldunku z roku 1956, sygnowanym podpisem instruktorki Domu Kultury Anny Żelaznej czytamy m.in.: „Wieczory bajek” cieszyły się u nas bardzo dużą frekwencją sięgającą, zwłaszcza w okresie jesienno-zimowym, do stu i więcej uczestników, których z wielkim trudem staraliśmy się pomieścić w sali uchylając drzwi do sąsiednich pomieszczeń – czytelni prasy i pokoju gier – dostawiając dla uczestników dodatkowe krzesła. Bajkowe spotkania miały swój z góry określony przebieg i scenariusz. Rolę lektora i bajkowego gawędziarza pełnili instruktorzy PDK – Józefa Burzawa, Anna Żelazna, od pierwszych lat 60. stulecia Jan Koczwara, zaś okazjonalnie Maria Szukiel-Rogalska i Jadwiga Jawor. Każdego piątkowego popołudnia staraliśmy się słowem i obrazem przywoływać naszym najmłodszym widzom – słuchaczom funkcjonujące w powszechnym obiegu i ludowej literaturze... „Baśnie z tysiąca i jednej nocy”. Każde opowieść ilustrowaliśmy dziesiątkami kolorowych rysunków. Autorką tych była Józefa Burzawa – instruktor d/s artystycznych, a zarazem plastyk dekorator PDK (1956–1960) – tytan pracy i obowiązku; w tym fachu niedościgniona i niestrudzona. Rysunki będące ilustracją słynnych bajek wyświetlaliśmy na rozwieszonym w głębi sceny białym ekranie za pomocą epidiaskopu– aparatu pozwalającego rzutować na ekran przygotowane rysunki, w postaci – wiadomo – nieruchomej. Narracja, nieomal aktorska „gra” komentatora, który nierzadko przekształcał się w jednego z bohaterów opowiadanej bajki była w istocie rolą o pierwszorzędnym znaczeniu. Zachowując treść fabuły bajkowej opowieści często na własny indywidualny sposób modyfikowaliśmy ją swoją fantazją, dodając doń i od siebie jakieś nowe uzupełniające wątki, szczegóły i zdarzenia. Miało to posmak nieomal improwizowanego teatru jednego aktora ze zmieniającą się na ekranie ilustracją. Bajkowe wieczory były ekscytujące nie tylko dla nas opowiadaczy. Zdarzało się i to wielokrotnie, że po trwającym niespełna godzinę spotkaniu ścieraliśmy tu i ówdzie zawilgocone powierzchnie drewnianych krzeseł.

Zapewne działo się tak, ponieważ w opowiadanych przez nas baśniach i legendach pojawiali się fantastyczni bohaterowie słynnych bajek Marii Konopnickiej, Marii Kownackiej, Janiny Porazińskiej, a zwłaszcza głównego speca i sztukmistrza bajkowego świata, wszechświatowego klasyka dziecięcej Hansa Christiana Andersena. Z pewnością i dlatego, że w tych fantazyjnie i bajecznie ukwieconych liryzmem opowieściach głównym motywem fabularnym i wizualnym były np. domy i pałace, lasy i głębokie knieje pełne niesfornych duchów i demonów, czarownic i rozbójników, straszliwych smoków i wilków, wszelako też innej zwierzyny, zaiste grubej i żarłocznej, a więc lisów, niedźwiedzi i krokodyli, a na koniec gromady nieposłusznych gąsek i kogutków nawet brzydkich kaczątek. A może dlatego, że gośćmi takiego „seansu” był np. dzielny Szewczyk Dratewka, Kopciuszek, Sierotka Marysia bądź znany w okolicy „Świniopas” i „Kichuś majstra Lepigliny”, albo na przykład hojni dobrocią aniołowie wszelkich praw i obowiązków, a na ostatku możni królowie i monarchowie z „Królową Śniegu” i ”Księżniczką na Ziarku grochu”.. Oczywiście, nie zabrakło też walecznych rycerzy w każdym calu i obyciu zamkowych strażników, rycerzy i wojowników z drużyną, solidnie zapracowanych krasnoludków. Pamiętam doskonale – bo jak tu nie pamiętać –tych wspaniałych, niecodziennych „wieczorów”, tej osobliwej atmosfery panującej wśród przejętych, głęboko zapatrzonych i zasłuchanych maluchów, którzy pospiesznym wzrokiem, z przyspieszonym rytmem serca i oddechu wędrowali z nami po tych wyższych krainach nieba i ziemi, krainach dobra i zła, radości i piękna i brzydoty.

I jak tu nie odnieść się wspomnieniowo – po tylu latach - z niekłamanym podziwem i szacunkiem do ilustratorki naszych baśniowych opowieści – Józi Burzawy, której dziełem, jakże pięknym i szlachetnym, wręcz niepowtarzalnym były setki rozpisanych na niewielkich kartonikach rysunków, obrazujących iście wymownie i czytelnie najwspanialsze bajki świata… czyli „Baśnie z tysiąca i jednej nocy”.

Pozostając w transie wspomnień miło mi w tym miejscu przypomnieć jedno zdarzenie, które utkwiło w mojej pamięci... Któregoś dnia zdarzyło mi się, że powtarzając kolejny raz jedną z bajek, tuż po owej „projekcji” podszedł do mnie wielokrotny bywalec naszych wieczorów mały bystrzak mówiąc donośnym głosem: – „Proszę Pana! Kiedyś to Pan mówił inaczej... No... całkiem inaczej... Ale dzisiaj to mi się nawet podobało! A jak będzie Pan mówił za tydzień?” – zapytał. Odpowiedziałem krótko i błyskawicznie: „Też inaczej...