Dowody naukowe w postępowaniu sądowym

Dowody naukowe
w postępowaniu sądowym
Ryszard Tadeusiewicz Naukowiec AGH, absolwent myślenickiego LO

W tych moich felietonach staram się uprzystępniać Państwu pewne ciekawostki na temat osiągnięć i problemów współczesnej nauki. Dzięki nauce pokonamy – mam nadzieję! – aktualną pandemię, bo zostały odkryte i zastosowane szczepionki. Dzięki nauce mamy Internet i smartfony pozwalające na zdalne wykonywanie pracy, zdalne nauczanie i zdalne kontakty z rodziną - chociaż nikogo nie trzeba specjalnie przekonywać, że to nie to samo co praca, nauczanie i spotkania „w realu”. Dzięki nauce mamy ciepło w domach i dostatek żywności. Mamy wygodne środki komunikacji i bezpieczne mieszkania. Mamy wiedzę przyrodniczą, historyczną i humanistyczną. Mamy CYWILIZACJĘ, która jest też fundamentem kultury.

Jednym z zastosowań nauki jest obecnie wspomaganie policji i sądów w wykrywaniu przestępców i sprawiedliwym wyrokowaniu. Książki, filmy i relacje prasowe przyzwyczaiły nas do tego, że w docieraniu do prawdy procesowej argument naukowy miewa rozstrzygające znaczenie. Oglądamy mnóstwo filmów, na których schwytanie przestępcy staje się możliwe dzięki pracy specjalistycznych laboratoriów.

Jest to prawda, ale nie cała prawda. Wynik badania naukowego dostarcza w śledztwie i podczas rozprawy sądowej ważnych argumentów. Ale wnioski na podstawie tych argumentów wyciągają ludzie.

Rozważmy pewien hipotetyczny przykład:

Wyobraźmy sobie, że w sprawie o morderstwo biegły stwierdził, iż DNA odnalezione na ciele ofiary jest zgodne z DNA oskarżonego. Szansa na to, by taka zgodność była przypadkowa, wynosi 1: 10.000.000.

Zanim spróbujemy wydać wyrok, musimy zrozumieć, co naprawdę powiedział biegły.

Otóż stwierdził on, że prawdopodobieństwo znalezienia takiego śladu, gdyby oskarżony był niewinny, jest bardzo małe: jeden do dziesięciu milionów. Tyle pozwala stwierdzić nauka – i to można uznać za pewne.

Rozważmy sposób interpretacji tej ekspertyzy przez adwokata i prokuratora. Ich podejście do ustaleń biegłego jest doskonałą ilustracją powiedzenia, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia (chociaż na końcu siedzi zwykle oskarżony).

Prokurator pyta, jakie jest prawdopodobieństwo tego, że oskarżony jest niewinny, skoro znaleziono taki dowód rzeczowy? I twierdzi, że takie samo, jakie wynika z badania DNA, to znaczy 1: 10.000.000. A skoro tak, to winę oskarżonego można uznać za pewną!

Rola adwokata jest trudna, ale nie beznadziejna. Stwierdza on, że ułamek określony przez biegłego oznacza, iż identyczne DNA znajdzie się u jednego człowieka na dziesięć milionów. Zatem w samej Polsce, w której żyje ponad trzydzieści milionów ludzi, są przynajmniej trzy osoby, które mogą mieć takie samo DNA. A przecież zbrodniarzem mógł być cudzoziemiec! Sąd powinien więc uniewinnić oskarżonego, gdyż istnieją uzasadnione wątpliwości!

Jak z tych samych (naukowych!) przesłanek można było wyciągnąć dwa dokładnie przeciwne wnioski?

Prokurator i adwokat użyli SOFIZMATU - zabiegu pozwalającego nadawać pozory prawdy fałszywym tezom. Prokurator z odpowiedzi na jedno pytanie usiłował wyprowadzić odpowiedź na inne pytanie w nieuzasadniony logicznie sposób. Adwokat ze stwierdzenia, iż takie DNA zdarza się raz na dziesięć milionów, wywodził, że wśród każdych dziesięciu milionów ludzi takie DNA naprawdę znajdziemy. Też nie miał racji!

Jaki więc powinien być wyrok?

O to martwi się sędzia. To nie jest łatwy zawód...