Dzisiaj jest Dzień Nauczyciela

Dzisiaj jest Dzień Nauczyciela
Ryszard Tadeusiewicz Naukowiec AGH, absolwent myślenickiego LO

Dzień Nauczyciela sprzed wielu lat

Lubię to święto, bo uważam, że nauczycielom należy się znacznie większy społeczny szacunek, niż ten, który jest ich udziałem na co dzień. Jeśli nie możemy zapewnić naszym pedagogom wynagrodzenia, na jakie zasługują, jeśli nie potrafimy okazywać im stale naszej wdzięczności za to, co robią dla kształtowania mądrości przyszłych pokoleń Polaków – to przynajmniej uczcijmy ich Dzień. Od 1972 roku to święto nazywa się Dniem Edukacji Narodowej, ale ja wolę dawną nazwę, Dzień Nauczyciela, bo ona adresowała świętowanie do konkretnych ludzi, a nie do instytucji utworzonej w 1773 roku.

Z tym świętem wiąże się moje dawne wspomnienie z czasów, kiedy uczęszczałem do Liceum Ogólnokształcącego w Myślenicach. Był rok 1963.

Byłem Przewodniczącym Samorządu Uczniowskiego i czułem się odpowiedzialny za sprawy mojej szkoły, więc gdy zbliżał się Dzień Nauczyciela postanowiłem z koleżankami i kolegami zorganizować uroczystą Akademię. Zwykle akademie organizowali pedagodzy dla nas – na przykład z okazji rocznicy Rewolucji Październikowej – ale teraz (za zgodą dyrekcji) to my mieliśmy zrobić coś dla nich.

Przygotowałem okolicznościowe przemówienie, były wybrane okolicznościowe wiersze do recytacji, kolega miał grać na znajdującym się w Auli Liceum fortepianie, a jedna z koleżanek przygotowała śliczną (jak się nam wydawało) piosenkę. Wybór padł na włoski utwór „E mezzanotte”, który kilka lat wcześniej spopularyzował w polskim tłumaczeniu Mieczysław Wojnicki. Koleżanka miała ładny i silny głos, więc gdy śpiewała na próbach – to dosłownie wibrowało powietrze w całej Auli i na przylegającej do niej klatce schodowej aż do parteru. Oczywiście ćwiczyliśmy wieczorami, żeby nie przeszkadzać w lekcjach, więc nikt nie znał przygotowywanego repertuaru.

Nadszedł wielki dzień. W Auli w pierwszym rzędzie zasiedli nasi nauczyciele. Zwyczajowo tytułowaliśmy ich profesorami - z wyjątkiem nauczyciela geografii, który na pierwszej lekcji oznajmił kategorycznie: „Jestem magistrem i proszę mnie tak tytułować!”, czemu się oczywiście podporządkowaliśmy, ale co było przedmiotem wielu uczniowskich żartów.

Z tyłu i na korytarzu tłoczyli się uczniowie.

Wszedłem na scenę (z tremą!), wygłosiłem przemówienie (z patosem) i uruchomiłem część artystyczną (z ulgą).

Deklamacja wierszy się udała, Andrzej zagrał na fortepianie Rapsodię Węgierską – i wystąpiła nasza gwiazda.

Od pierwszych chwil jej śpiewu widziałem pewne poruszenie wśród naszych pedagogów, ale jeszcze nie kojarzyłem niebezpieczeństwa. Piosenka jest śliczna (można ją znaleźć w Internecie, polecam!), więc ja słuchałem jej po raz kolejny – zachwycony:

E mezzanotte - po prostu północ

a my błądzimy wciąż krętymi zaułkami.

Miasto już ciemne, ty jesteś ze mną

I tak nam dobrze, tak dobrze dziś jest

Tobie i mnie

Uważałem, że jest świetnie. Tymczasem gdy koleżanka zaśpiewała:

E mezzanotte - mówiłam: północ

a na zegarach przecież już godzina druga,

Lecz to nieważne, ty jesteś blisko.

Czekam już tylko na jakiś twój znak.

Powiedz, czy „tak”?

Dyrektor Liceum wstał i wyszedł z Auli.

Całkowicie zdezorientowany wysłuchałem piosenki do końca i zamknąłem uroczystość.

W klasie czekało już na mnie wezwanie „na dywanik” do Dyrektora. Kipiał z wściekłości! Uznał, że ta piosenka to była erotyczna prowokacja, a jej śpiewanie do nauczycieli graniczyło prawie z pornografią.
W życiu by mi to do głowy nie przyszło!
Jakoś wybroniłem siebie i koleżankę, ale jeszcze teraz pamiętam żywo tę historię.
Pisze się obecnie wiele na temat molestowania. Pamiętajmy więc, że w myślenickim Liceum w 1964 roku były takie rygory, że było to prawie anty-molestowanie! Też bolesne...