Kąpiel w lodowatej Rabie? Morsy gorąco ją polecają

Kąpiel w lodowatej Rabie? Morsy gorąco ją polecają
Myślenickie morsy spotykają się w niedzielne południa na wysokości dolnego jazu. Tu podczas jednej z pierwszych kąpieli w tym sezonie, niedługo po Międzynarodowym Dniu Morsa, który przypada 24 listopada

Na liście zimowych form rekreacji popularnych w Myślenicach, obok jazdy na nartach i na łyżwach, od kilku lat znajduje się także morsowanie. Do kąpieli w lodowatej wodzie po raz pierwszych zaprosili i zachęcili myśleniczan Kaja i Robert Zabelowie. To para pasjonatów nie tylko morsowania, ale również biegania i jazdy na rowerze. Kaję pasjonuje jeszcze szeroko pojęty zdrowy styl życia, a Roberta snooker, fotografia i stolarstwo.

Parę tworzą od 10 lat, a na jedną z pierwszych randek wybrali się właśnie na morsowanie w Jeziorze Kierskim w Poznaniu. Jakiś czas później Kaja dostała ofertę pracy w Krakowie. Wiedzieli, że chcą się tu przeprowadzić, ale nie do samego Krakowa. Wtedy Robert podsunął pewną myśl.

- Powiedziałem „Myślenice są ok”. Znałem je trochę, bo uprawiając kiedyś m.in. downhill bywałem tu na zawodach rowerowych – mówi Robert.

I tak w 2016 roku zostali mieszkańcami górującego nad Myślenicami Chełmu.

Znaleźli tu wszystko, co wiąże się z ich pasjami: góry, rzekę, górskie trasy rowerowe, basen. - Tylko pociągu brakuje – mówi Robert. Ma nadzieję, że linia kolejowa wreszcie połączy Myślenice z Krakowem. Chciałby tego dla siebie, ale nade wszystko dla swoich córek, które przyszły na świat już tutaj, i kiedyś być może będą chciały uczyć się w Krakowie.

Kiedy tu zamieszkali postanowili zachęcić do morsowania myśleniczan. Bliskość rzeki zachęcała do tego, ale długo szukali miejsca, które byłoby do tego odpowiednie, bo rzeka jest raczej płytka, a żeby morsować trzeba się zanurzyć mniej więcej do wysokości klatki piersiowej. W końcu z pomocą znajomego znaleźli takie miejsce przy dolnym jazie.

Wcześniej morsowali w jeziorze albo morzu. Górska rzeka z wartkim nurtem to było coś innego. Robert mówi: - Raba jest kapryśna, co tydzień zastanawiam się jaka będzie tym razem. Czasem trudno jest ustać w wodzie, czasem goni się klapek, jeśli spadnie z nogi. Trzeba też uważać stąpając po dnie, bo jest kamieniste, a kamienie są dość duże. Zdecydowanie nie jest to samo, co piaszczyste dno jeziora albo morza. Inna różnica jest taka, że trzeba dużo więcej czasu, aby na Rabie pojawił się lód.

Od czwórki do setki

Pierwsze morsowanie w Rabie odbyli ze znajomymi, we czwórkę. Później w niedzielne południe nad Rabę zaczęło przychodzić więcej ludzi. Przybywało ich ze spotkania na spotkanie, aż padł frekwencyjny rekord, kiedy jednej niedzieli w ciągu ok. pół godziny do Raby weszła około setka morsów.

- Był taki moment kilka lat temu, kiedy media, także te ogólnopolskie, zaczęły dużo miejsca poświęcać morsowaniu. Stało się ono modne. Także u nas zaczęły się pojawiać nowe osoby, wielu chciało mieć selfie zrobione podczas morsowania. Część z tych osób przychodzi nadal, inni przestali. Byli też tacy, którzy przyszli raz i więcej już nie wrócili. W minionym sezonie liczba myślenickich morsów ustabilizowała się na poziomie około 20-30 osób na spotkaniu. Niemniej ciągle dostaję dużo zapytań od nowych osób, które chcą spróbować morsowania, pytają jakie są przeciwwskazania i jak się do tego przygotować. Polecam im wtedy nasz mini poradnik na Facebooku, a jeśli tylko jestem na niedzielnym spotkaniu chętnie osobiście służę radą – mówi Robert.

Kaja jako pasjonatka zdrowego stylu życia, zawodowo związana z branżą biotechnologiczno-medyczną, radzi skonsultować się z lekarzem zanim zacznie się przygodę z morsowaniem. - Przeciwwskazaniem są np. choroby układu krążenia, nadciśnienie tętnicze, dlatego zalecałabym wcześniejszą konsultację z lekarzem, zwłaszcza, że możemy nie wiedzieć o chorobie – mówi.

Jeśli zaś mamy już „zielone światło” od lekarza, kobieta ze wszech miar poleca spróbować morsowania. Dla zdrowia i to nie tylko fizycznego. Jak mówi, morsowanie relaksuje, choć paradoksalnie wystawia organizm na warunki stresowe.

- W momencie wejścia do zimnej wody w naszym organizmie następuje wyrzut adrenaliny i kortyzolu. Tak się dzieje, kiedy organizm szykuje się do walki lub ucieczki. Doświadczamy tego także na co dzień, w stresujących sytuacjach , tyle, że wtedy nie dzieje się to co morsowaniu. Bo wychodząc z wody i ocieplając organizm doznajemy z kolei wyrzutu endorfin, czyli tzw. hormonu szczęścia – mówi Kaja.

Na zdrowie i na szczęście

Na początku na zaproszenie do morsowania najliczniej odpowiedziało środowisko biegaczy, którego po sprowadzeniu się tutaj, Robert i Kaja sami szybko stali się częścią. Biegacze, ale nie tylko oni, bo w ogóle sportowcy chwalą sobie morsowanie za to, że szybko i efektywnie ich regeneruje. - Do sportu warto dodać morsowanie, ale jeżeli nie uprawia się sportu, to morsować też ze wszech miar warto – mówi Robert.

I tak też się dzieje. Kąpią się sportowy, ale nie tylko oni. Morsowania w Rabie próbowały już ok. 7-letnie dzieci i osoby ok. 70-tki.

Niemal od samego początku z myślenickimi morsami kąpieli w Rabie zażywa pan Bogusław.

- Jeżdżąc tędy na rowerze nieraz widywałem morsów. Nie umiałem się zdecydować dołączyć do nich, aż wreszcie przyszedłem i od tej pory przychodzę regularnie. Bywa, że w niedzielę, ale bywa też że w inne dni. Nie chodzę dla pokazu, ale dla siebie, dla zdrowia. Dzięki morsowaniu dobrze się czuję, nie choruję. Poprawiła się odporność, ale też nie dokucza mi np. kręgosłup, a mam pracę siedzącą, bo jestem kierowcą samochodu dostawczego – mówi mężczyzna.

Robert ma podobne spostrzeżenia: - Odkąd morsuję praktycznie nie choruję, nie przeziębiam się. Warto morsować dla zdrowia, ale nie tylko dla niego, bo też dla tego uczucia „po”. Po wyjściu w wody czuje się wyjątkowy zastrzyk energii. Czasem decyduję się jest całkowite zanurzenie, czyli tzw. reset. Jak przysłowiowy kubeł zimnej wody orzeźwia, a nawet powiedziałbym, że wyostrza zmysły. Dla mnie to taka „wisienka na torcie”. Zima naprawdę sprzyja kąpielom, choć jest zimno. Trudno mi to wytłumaczyć, może to kwestia różnicy temperatur, ale wejście latem do rzeki kosztuje mnie dużo więcej i nie należy do przyjemności - mówi.

Najzimniejszego dnia, jakiego wchodzili do Raby temperatura powietrza spadła 11 stopni poniżej zera. Temperatura wody wynosiła zaś 0,4 stopnia Celsjusza. Pod warstwą lodu, w którym wycięli przerębel, woda przypominała skruszony lód. - Przy takiej temperaturze kwestia przebrania się staje się wyzwaniem, bo strój kąpielowy, kąpielówki momentalnie zamarzają – śmieje się Robert.

W jednym miejscu, gdzie morsował – w Gdyni była specjalna budka dla morsów. Takiej nad Rabą Robertowi nie brakuje, ale chętnie widziałby tam wiatę ze stołem i ławkami, pod którą można by usiąść po morsowaniu i napić się herbaty z termosu, który jest niezbędnym elementem ekwipunku morsa.

- Gorąca herbata – jak najbardziej. Ważne, aby nie była to herbata „z prądem”, ani tym bardziej sam alkohol, bo rozgrzewa tylko pozornie. Tak naprawdę rozszerza naczynia krwionośne, a co za tym idzie powoduje szybsze uciekanie ciepła z organizmu, a stąd już blisko do zagrożenia groźną hipotermią. Z tego samego powodu, żeby się nie wyziębić, odradzam też próby bicia jakichkolwiek rekordów. Podczas morsowania nie patrzmy na to ile czasu w wodzie spędzają inni, a wyjdźmy z wody od razu kiedy tylko poczujemy dyskomfort. Załóżmy też klapki lub buty do wody. Czytam czasem w internecie, że prawdziwy mors kąpie się boso, ale nie zgadzam się z tym – mówi Kaja.

Biegi i inne pasje

Robert biega od 10 roku życia. W szkole podstawowej za namową wuefisty, Tadeusza Rutkowskiego, lekkoatlety, wieloletniego trenera kadry biegaczy na orientację, zaczął przygodę właśnie z biegami na orientację. Trenował je wyczynowo. Z sukcesami startował w Mistrzostwach Polski, był też w kadrze narodowej, która reprezentowała Polskę na Mistrzostwach Europy.

Kiedy 10 lat temu poznał Kaję, która również jest pasjonatką biegów, zaczęli razem startować w zawodach. Po przeprowadzce do Myślenic skupili się przede wszystkim na biegach górskich. Robert zaczął tu nawet prowadzić grupę biegową. Razem z Kają startują w Grand Prix Krakowa w biegach górskich. Każde ma na swoim koncie medale, miejsca na podium.

- Jako doświadczony biegacz wiem, na ile mnie stać. W biegach, zwłaszcza męskich, konkurencja jest bardzo duża, a ja nie jestem już w takim wieku, żeby konkurować z młodymi zawodnikami, ale staram się biegać swoje i czerpać z tego przyjemność – mówi Robert.

Chętnie siada też na rower. - Często korzystam z tras rowerowych, po prostu żeby zjechać do Myślenic niekoniecznie po asfalcie. Bardzo to lubię i cenię sobie to, że mam je „pod nosem”. Nie każdy ma do nich tak blisko, a korzysta z nich naprawdę dużo osób – dodaje Robert.

Teraz jeździ wyłącznie dla przyjemności, ale był czas kiedy trenował wyczynowo jazdę na rowerze na orientację (MTBO). Był nawet w kadrze Polski.

Jeszcze inny sport, który go pasjonuje to snooker. - Trenowałem kiedyś pod okiem trenera i grałem w Wielkopolskiej Lidze Snookerowej. W Myślenicach niestety stołu snookerowego nie ma, dlatego od czasu do czasu jeżdżę do Krakowa, żeby pograć – mówi.

Czas wolny, którego jako tata dwóch córek nie ma zbyt wiele, chętnie spędza też w swoim warsztacie stolarskim albo budując z kloców Lego.

- Praca z drewnem sprawia mi wiele radości. To mój świat. Mój tata kiedyś rzeźbił, po nim odziedziczyłem zamiłowanie do sztuki i sposób patrzenia na nią. Ale nie rzeźbię jak on, zajmuję się za to stolarką. Natomiast fascynacja klockami pojawiała się razem z dziećmi. Z nimi poznaję ten świat i mam z tego wielką frajdę.

Jeszcze jednak pasja, a jednocześnie wyuczony zawód to fotografia. Przez ponad 20 lat uprawiania go zajmował się m.in. fotografią reklamową, ślubną, fotografował też koncerty zespołów muzyki alternatywnej, undergroundowej.

- Już za kilka dni w pubie Pod Parasolkami zagra zespół Farben Lehre, któremu robiłem zdjęcia bodaj w 1995 oku podczas dużego koncertu w Krakowie. Mam nadzieję spotkać się z nimi po latach właśnie tu, w Myślenicach – mówi Robert.

Z pasji do fotografii i z zachwytu nad widokiem z domowego okna, codziennie od kilku lat codziennie sięga po aparat żeby uwiecznić ten sam kadr, ale przecież nie taki sam, bo inny chociażby ze względu na zmieniające się pory roku.