Krajobraz po aferze myślenickiej

Historia 13 września 2022 Wydanie 34/2022
Krajobraz po aferze myślenickiej

Afera z działkami na ul Dąbrowskiego miała swój epilog we władzach partyjnych. Sprowokowany przez Krystyna Dąbrowę konflikt wywołał skutki w dymisjach i doprowadził do zamieszania w Myślenicach. Sztucznie stworzona opinia zorganizowanej grupy przestępczej w szeregach partyjnych spowodowała zwolnienia w kręgach najważniejszych stanowisk w mieście.

Odwołano z funkcji komplet władz w biurze naczelnika miasta oraz wymieniono sekretarzy Komitetu miejsko gminnego PZPR. Ponieważ afera obejmowała wąskie kręgi rządzącej partii i nie próbowano jej wyjaśnić zatem utraciła swój autorytet. Poprzez posądzenia o nadużycia, a przede wszystkim wskutek aresztowania zniszczono opinię ludzi zajmujących te stanowiska.

Wystąpiła potrzeba powołania nowych składów na kluczowych funkcjach w mieście. I tutaj wystąpiły komplikacje. Przedstawiciele miejscowej śmietanki partyjnej byli zamieszani w aferę poprzez udział w tworzeniu parcel budowlanych bądź byli właścicielami tych działek po zakupie w atrakcyjnych cenach.

Przywieziony z Krakowa, sekretarz komitetu funkcjonujący w Myślenicach przez krótki okres czasu nie miał rozeznania wśród miejscowej kadry i w tych okolicznościach uzdrowienia zagmatwanej sytuacji podjął się Stanisław Ziarkiewicz, niewątpliwie postać zasłużona dla miasta inicjator budowy obiektów Technikum Ekonomicznego przy ul. Żeromskiego. Osoba na owe czasy o barwnym życiorysie. Były żołnierz Armii Krajowej, uwięziony w obozie koncentracyjnym Groß-Rosen po czym aktywny członek PZPR i ostatecznie z ziemi myślenickiej poseł na sejm dwóch kolejnych kadencji.

Do objęcia funkcji naczelnika miasta należało poszukać osoby niezwiązanej z skompromitowaną partią. Po namowach udało się przekonać do tej roli Jerzego Boryczkę absolwenta studiów prawniczych, który nie był członkiem PZPR-u, lecz był osobą nieskonfliktowaną o dużej popularności w Myślenicach, weteranem pierwszoligowych klubów piłki siatkowej w Polsce.

Miał pecha, że trafił na okres wzmożonego ruchu związkowego i musiał się uporać z nowymi problemami by zajmować stanowisko w sprawie niekiedy będące w sprzeczności z posiadanymi poglądami. Między innymi jego kadencja przypadała na czas trwania stanu wojennego w Polsce.

Zmieniając skład Miejsko-gminnego Komitetu PZPR nowym władzom postawiono zadanie uporządkowania sytuacji w mieście. Lecz brakowało ściślejszego nadzoru nad Urzędem miasta. Jerzy Boryczko nie był członkiem partii i mimo że miał ideowych zastępców nie było na niego bezpośredniego oddziaływania. Toteż zaraz po rozprawieniu się w stanie wojennym ze związkiem zawodowym Solidarność, doprowadzono w 1982 roku do rezygnacji z funkcji i skrócenia do dwóch lat kadencji naczelnika. Na jego miejsce postanowiono powołać byłego zastępcę naczelnika ale już członka partii.

Według wcześniej stosowanej reguły, kandydata do tej roli zgłaszała rządząca partia i w gestii radnych była tylko akceptacja. Nie spodziewano się problemu bo wówczas w całej okazałości funkcjonowała „dyktatura proletariatu”. Miejskich radnych proponował Front Jedności Narodu w uzgodnieniu z rządzącym aktywem i wybór był kolejną farsą. Na karcie wyborczej umieszczano trzech kandydatów oraz w przypadku braku skreśleń, co uważano za postawę obywatelską, zaliczano wybór pierwszemu na liście. Tak więc radni obdarzeni zaufaniem władzy, nie mieli prawa się wyłamywać.

W tym przypadku proponowaną osobę na przyszłego włodarza Myślenic, na sesji Rady Miejskiej zarekomendował sekretarz Komitetu Krakowskiego Józef Gajewicz, pewny bezproblemowej akceptacji. Aby podkreślić przestrzeganie zasad demokracji zarządził tajne głosowanie. Lecz tutaj spotkała go niespodzianka bo radni głosami 13 do 12 odrzucili proponowaną kandydaturę.

To było szokiem dla sekretarza. Uznał to jako policzek dla partii i ze słowami „demokracja też powinna mieć swoje granice” J. Gajewicz z gniewem opuścił Myślenice. W następstwie w 1982 roku delegował do Myślenic naczelnika komisarycznego w osobie Stanisława Kota, sprawdzonego krakowskiego aktywisty. Ten pełniąc tyko obowiązki zgłaszał o trudach w okiełznaniu rozhuśtanej „aferą” społeczności i aby naprawić opinię rządzącej partii, śmiało wyciągał ręce po pieniądze, które otrzymywał bo krakowskie władze poczuwały się winowajcą myślenickiego zamieszania. Pozwalało mu to zakończyć remonty w mieście i gospodarnością na tyle sobie zaskarbił opinię u radnych, że ostatecznie został wybrany naczelnikiem.

Był to okres korzystny dla miasta. Stanisław Kot okazał się naczelnikiem pracowitym i potrafił wprowadzić do miejskiego budżetu pokaźną pulę pieniędzy, aby zrealizować kilka inwestycji, a sztandarową było ukończenie przewlekającej się modernizacji rynku – rozpoczętej w 1976 roku. Umiejętnie nawiązał współpracę z miejscowymi organizacjami i pomagał im w rozwiązywaniu problemów. W sferze zainteresowania był sport, który wynikami reklamował Myślenice. Między innymi zasilony krakowskimi piłkarzami, miejscowy klub piłkarski Dalin awansował do wyższej klasy rozgrywek o zasięgu kilku województw. W Myślenicach przeprowadzano zawody sportowe o randze ogólnokrajowej. Mieszkańcy znaleźli zainteresowania i odczuli, że mają gospodarza. Dysponując funduszami kupił sobie opinię u wyborców, którzy pozytywnie ocenili jego kadencję i na dowód tego kilka lat później w 2002 roku, już w wolnych wyborach ponownie wybrali go burmistrzem miasta.

Jeszcze nie do końca rozliczono się z aferą działek przy ul. Dąbrowskiego a już wystąpiła następna z kościołem na Chełmie. Tym razem był problem z niesubordynowanym księdzem proboszczem myślenickiej parafii. Bez wymaganych zezwalających dokumentów wybudował w lesie – obiekt sakralny.

Postępek bulwersujący w świetle ideologicznej walki. Końcowe lata PRL-u obfitowały w konflikty na linii z kościołem, zatem czyn budowy stał się motywem do wywołania kolejnej zawieruchy w Myślenicach.

Kaplica po kryjomu wybudowana na górze w lesie, z dala od miasta, w odległej dzielnicy, dla nikogo nie była przeszkodą lecz fakt dzikiej budowy obiektu sakralnego posłużył do nagłośnienia naruszenia prawa przez jednostkę kościelną.

Ksiądz proboszcz zakpił z miejscowych organów pilnujących porządku publicznego. Z kościelnej ambony ogłosił szczęśliwe zakończenie inwestycji oraz cykliczne odprawianie mszy św. w nowej kaplicy na Chełmie oraz z imienia i nazwiska publicznie podziękował za udział aktywnym uczestnikom budowy. Więc gdzie byli suto opłacani szpicle, ormowcy i tzw. tajni współpracownicy, że dopiero od proboszcza dotarła wiedza o dzikiej budowie.

Tomasz Osiński