Krzemowa Dolina

Krzemowa Dolina
Ryszard Tadeusiewicz Fot. Naukowiec AGH, absolwent myślenickiego LO

Pewnie nikt już tego nie pamięta, ale mój pierwszy felieton, który opublikowałem w Gazecie Myślenickiej 05.06.2019, miał tytuł „Myślenicka Krzemowa Dolina?” - przy czym najważniejszy w tym tytule był znak zapytania. Miałem nadzieję, że wykorzystując bliskość silnego ośrodka naukowego, jakim bezspornie jest Kraków, oraz wykorzystując korzystne warunki uprawiania biznesu, zapewniane przez władze Myślenic – uda się w tym mieście stworzyć wiele udanych startupów, właśnie na wzór kalifornijskiej Krzemowej Doliny (oczywiście z uwzględnieniem czynnika skali).

Przez kilka miesięcy nękałem Czytelników Gazety Myślenickiej opisując w kolejnych felietonach, jakie obszary badawcze uprawiane w krakowskich uczelniach i instytutach naukowych mogą być przedmiotem potencjalnych wdrożeń w owych startupach, podawałem nazwiska osób kontaktowych, telefony, adresy email.

I co? Obawiam się, że nic. W każdym razie nie dostałem żadnego sygnału typu „spróbowaliśmy i udało się!”. Szkoda!

Poprzestanę więc na tym, że opowiem Państwu dziś o tej udanej amerykańskiej Krzemowej Dolinie. Jak wiadomo tak nazywany jest teren w otoczeniu Palo Alto – siedziby Uniwersytetu Stanforda. Teren ten stał się swoistym „inkubatorem” wielu firm związanych z nowymi technologiami, głównie z elektroniką, informatyką i telekomunikacją. Początek tej legendarnej „wylęgarni awangardowych firm” związany był z faktem, że w okresie II Wojny Światowej najbardziej zaawansowane ośrodki technologiczne i badawcze USA postanowiono przenieść w bezpieczniejsze miejsce. Konkretnie zdecydowano się przenieść je ze wschodniego wybrzeża USA, gdzie formowały się one od początku XX wieku w powiązaniu z uczelniami Bostonu, zwłaszcza ze słynną MIT, jak najdalej na zachód. Chodziło o ich ochronę na wypadek inwazji III Rzeszy na USA. Inwazji, która wcale nie była nieprawdopodobna, i oczywiście zagrażała właśnie ze wschodu.

Na „schronisko” dla najnowszych technologii wybrano północną część Doliny Santa Clara. Za taką lokalizacją przemawiało sąsiedztwo dobrego Uniwersytetu Stanforda, bliskość metropolii San Francisco, bardzo przyjemny klimat i niskie ceny nieruchomości, gdyż był to teren typowo rolniczy – w miejscach, gdzie dziś lokują się firmy o światowym zasięgu i miliardowym budżecie były gaje pomarańczowe lub plantacje karczochów.

Jednak początkowo w owej dolinie – wcale jeszcze nie krzemowej – produkowano czołgi i radary. Dopiero potem przestawiono się na technologie półprzewodnikowe i systemy informatyczne – i to spowodowało lawinowy rozwój owej doliny. Pierwsze przedsiębiorstwo elektroniczne powstało w 1955 roku i mieściło się w baraku. W 1980 roku było tam już 90 przedsiębiorstw zatrudniających 25 tys. pracowników. W 1985 roku przedsiębiorstw było już 2500 i pracowało tam 220 tys. specjalistów. Obecnie jest tam ponad 700 przedsiębiorstw, a wiele z tych firm ma budynki o wartości powyżej miliona dolarów.

Ta transformacja użytków rolnych w najbardziej produktywny rejon firm zaawansowanych technologii nie dokonała się jednak sama. Niezbędny był geniusz i praca wielu ludzi, którym współczesna cywilizacja wyjątkowo wiele zawdzięcza. W następnych dwóch felietonach będę chciał opowiedzieć o człowieku, bez którego zapewne by nie było Krzemowej Doliny i wielu urządzeń technicznych używanych przez miliony ludzi na całym świecie. Laureacie Nagrody Nobla i najwyższych odznaczeń państwowych i międzynarodowych, który jednak umarł w biedzie i niesławie z powodu swoich kontrowersyjnych zachowań i poglądów politycznych.

Człowiekiem tym był William Bradford Shockley. Przygotujcie się na bardzo sensacyjną relację!