Krzysztof Płatek – zraniony, niepokonany

Krzysztof Płatek – zraniony, niepokonany

Podobno jak w życiu coś idzie źle, dobrze jest posłuchać o kimś, kto ma jeszcze gorzej. Gdyby to była prawda, Krzysztof Płatek mógłby uzdrawiać ciężko chorych, samym opowiadaniem historii swojego życia. Do 34 roku życia przebiegało ono w miarę normalnie i standardowo, po czym zwaliło się na Krzysztofa w krótkim czasie tyle ciężkich życiowych doświadczeń, że nawet Superman wywiesiłby białą flagę.

Choroba mamy, choroba i śmierć ojca, wypadek i operacja małżonki, problemy zdrowotne dzieci - to był ledwie początek, bo zmagając się z tymi przeciwnościami i pomagając bliskim, Krzysiek Płatek wkrótce przekonał się, że sam również będzie wymagał pomocy. Nie od razu potrafił się do tego przyznać, bo nie należy do osób, które łatwo złamać, a jako pracownikowi socjalnemu, jak sądził, nie wypadało mu pokazywać żadnej słabości. Depresja jednak łamała nie takie skały, a leczona alkoholem, odpuszczała tylko na krótkie chwile. Gdy przełamał opory psychiczne, zgłosił się do lekarza. Jednak nie brał zapisanych przez niego lekarstw. Los nadal mu jednak nie odpuszczał, bo zdiagnozowano u niego niedługo potem, chorobę nowotworową – kłębczaka. Paradoksalnie, walka z rakiem przynajmniej na jakiś czas odpędziła złe myśli i pozwoliła się skoncentrować na konkretnym i namacalnym wrogu. Walka została wygrana, ale dwie operacje pozostawiły u Krzysztofa trwały ślad. Od tego czasu nie słyszy na jedno ucho i ma uszkodzone nerwy jednej strony twarzy.

Radość ze zwycięstwa nad kłębczakiem wkrótce przesłoniła depresja, która wróciła ze zdwojoną siłą. O tym, że się z niej leczy, Krzysztof Płatek nie mówił nawet swojej żonie. Być może miało to jakiś wpływ na fakt, że ostatecznie rozpadło się jego małżeństwo. Gdy kilka lat temu doznał zawału serca, przyjął to mottem z „Rzeźni numer 5” Kurta Vonneguta – „Zdarza się”. Tak Krzysztof odnosi się do swoich trudnych doświadczeń. W taki sposób wyraża zgodę na los, jaki go spotkał, walcząc z obliczem męskiej depresji. Piszemy o nim jednak dlatego, że nie porzucił swojej pasji, która jest jednocześnie jego pracą.

Wszystkie życiowe doświadczenia, pozwoliły mu stać się innym człowiekiem i docenić wartość drogi życiowej, którą uważa za bardziej istotną, niż cel. Z takim bagażem wiedzy zdobytej „po drugiej stronie barykady” stał się w swoim fachu kimś, kogo wartość nie sposób przecenić. Od niedawna pracuje na półtora etatu, bo pracę w Myślenickim Ośrodku Pomocy Społecznej łączy z funkcją asystenta zdrowienia w Centrum Zdrowia Psychicznego. Odwiedzamy go w domu, gdzie otaczają go setki książek (Od Nietzschego, Orbitowskiego i Krajewskiego po Ericha Emmanuela Schmitta i biografie The Clash) i nie mniejsza ilość płyt ze szczególnym naciskiem na metal i hardcore.

Poznajcie człowieka otoczonego książkami, black metalową muzyką, o niepokonanym, zahartowanym cierpieniem charakterze.

- Gdy po liceum próbowałeś dostać się na studia psychologiczne, to był świadomy wybór, czy też wybrałeś ten kierunek, bo jest prestiżowy i dobrze brzmi?

- Chodziłem do liceum w Dobczycach, gdzie uczono jak naprawić „tranzystor”, a mnie zdecydowanie bliżej do nauk humanistycznych. Lepiej wypadałem w rozumieniu drugiego człowieka, w budowaniu relacji grupowych , więc uznałem, że psychologia byłaby całkiem ŕ propos. Nie dostałem się na studia psychologiczne UJ, ale łatwe to nie było, bo aplikowało 13 osób na jedno miejsce, a na egzaminie była m.in. biologia, z którą nie miałem wiele wspólnego w liceum. Jednak nie żałuję, że tak to się potoczyło, bo, gdy się dowiedziałem później, jak wyglądają studia psychologiczne, to uznałem, że średnio przystają do moich praktycznych potrzeb. Poszedłem do policealnego studium pracowników socjalnych i po drugim roku 2,5 letniej szkoły pracowników służb społecznych dostałem etat w GOPS w Gdowie. W pomocy społecznej pracuję cały czas. W międzyczasie popracowałem jeszcze w branży budowlanej, ale chyba tylko po to, żeby się przekonać, że to zupełnie nie moja bajka, natomiast praca fizyczna przynosiła realne pieniądze, które przeznaczałem na koncerty i wtedy jeszcze kasety.

- Pracownikiem socjalnym jesteś zatem już od 22 lat, ale w połowie tej drogi chyba miałeś inne zmartwienia niż pomaganie innym.

- Praca z człowiekiem, czy też jak to mówię: bycie „pomagaczem” z czasem powoduje rozmaite rzeczy. Ogromna presja i odpowiedzialność. U mnie po pewnym czasie pojawiło się wypalenie zawodowe, brak radości, celu, sensu, wszechogarniający smutek, pustka. Gdybym z 10 lat temu doszedł do wniosku, że potrzebuję wsparcia i dał sobie pomóc, albo poprosił o tę pomoc, to może życie potoczyłoby się inaczej. Sęk w tym, że uważałem się za niezniszczalnego, a okazywanie słabości, za co najmniej niemęskie. Poza tym depresji nie widać z zewnątrz, to przynajmniej przez jakiś czas można ją ukrywać.

- Jakbyś określił depresję, bo często jest ona mylnie definiowana?

- Na pewno nie jest to wyłącznie jakiś smutek czy melancholia. Swoją depresję odczuwałem jak jakąś smolistą substancję, która sama się tworzy, sukcesywnie wypełnia organizm i niemal namacalnie się ją czuje. Odbiera człowiekowi wolę do wykonania najprostszych i najbardziej podstawowych czynności życiowych, jak mycie się, jedzenie czy spanie. Miała jeszcze mnóstwo innych, bardziej osobliwych symptomów, takich jak totalne zmęczenie, bezsenność, myśli o samobójstwie, nadużywanie alkoholu, ciągły pesymizm, ale i wybuchy złości. Gdy to przychodzi pierwszy raz, człowiek nie wie, co się dzieje. Dopiero lata praktyki pozwoliły mi depresję trochę oswoić, może nawet zaprzyjaźnić się z nią, bo wiem, kiedy może nadejść. U mnie na przykład zwyczajowo następuje z początkiem sierpnia.

- Czemu w takiej sytuacji ludzie sięgają po alkohol?

- Bo daje pozorną ulgę. Pozwala na jakiś czas odwrócić uwagę od myśli depresyjnych, a idąc do sklepu po alkohol nie potrzeba recepty i nie musimy się afiszować ze swoją chorobą. Podobny mechanizm występuje u ludzi, którzy będąc w takim depresyjnym stanie, zaczynają się ciąć po rękach czy w inny sposób okaleczać. Bólem fizycznym chcą zagłuszyć ból wywołany przez umysł. Łatwiej go wytrzymać. Krańcowym przykładem są samobójstwa.

- Gdy pierwszy raz poszedłeś do psychiatry, to zignorowałeś leki, które Ci przepisał. Dlaczego?

- Wydawało mi się, że pomogła mi już sama z nim rozmowa. Faktycznie pomogła. Tyle tylko, że polepszenie stanu zdrowia trwało bardzo krótko i musiałem iść do gabinetu ponownie. Odczuwałem wstyd, zbyt długo zresztą przybierałem „maskę”. Poza lekami miałem też psychoterapię, gdzie dopiero po którymś tam spotkaniu psycholog stwierdził, że rzeczywiście przyszedłem dzisiaj ze swoim problemem. Tak długo negowałem swoją chorobę. Nadal twierdzę, że leki są potrzebne, natomiast ich skuteczność oceniam nisko, jeśli nie towarzyszy im zmiana w ważnych aspektach życia.

- Od jakiegoś czasu łączysz pracę socjalną z bycie asystentem zdrowienia psychicznego. Jaki wpływ miało to, co Cię spotkało w życiu, na twoje metody pracy?

- Gigantyczny. Można powiedzieć, że Krzysztof Płatek „przed” i „po” to dwóch różnych ludzi. Nie chciałbym, żeby to zabrzmiało jak chwalenie się, ale kiedy wchodzi do pokoju człowiek po pomoc, umiem zaobserwować coś, co mocno ukrywa. Potrafię przeczekać, popracować ciszę, zadać odpowiednie pytania. To nie byłoby możliwe, gdybym sam przez coś takiego nie przeszedł. Wiem, jak wygląda człowiek, który kryje swoje problemy za maską i wiem, jaki stres wiąże się z oczekiwaniem przed gabinetem lekarza, czy „pomagacza”, bo przechodzę to wielokrotnie. Człowiek, który otwiera drzwi, przekracza próg i wchodzi w przestrzeń dla siebie nieznaną, a jest uwikłany w kryzysy, czy w przemoc, zawsze jest tak traktowany, jak ja bym chciał być na jego miejscu. Zwie się to empatią?

- Asystent zdrowienia psychicznego to nie jest funkcja, o której słyszałoby zbyt wielu ludzi.

- Dokładnie, asystent zdrowienia. Na pewno, bo jest to poniekąd działanie nowatorskie, przynajmniej w Polsce. Każdy, kto się zetknął z pomocą psychiatryczną, psychologiczną w polskiej służbie zdrowia wie, że kiedyś wyglądało to, najoględniej mówiąc, średnio. Szpitale były symbolem gróźb, opresji, czegoś wybitnie stygmatyzującego. Na wizytę ambulatoryjną czekało się miesiącami, a sprowadzała się ona do kilkunastu co najwyżej minut rozmowy i przepisania przez lekarza jakichś „prochów”. Już nie wspomnę o tym, że w mniejszych miejscowościach takich specjalistów w ogóle czasem nie ma. Po bardzo niekorzystnym raporcie NIK, dotyczącym stanu psychiatrii powoli się to zmienia. Asystent zdrowienia to uprawnienie, jakie uzyskuje się po ukończeniu kursu pod tym samym tytułem, a biorą w nim udział osoby mające doświadczenie kryzysu psychicznego. Są to osoby, które przepracowały go i potrafią dzielić się swoim doświadczeniem zdrowienia. To w założeniu ma być pomoc dla tych, którzy doświadczają takiego kryzysu i dla ich bliskich. Kolokwialnie: to towarzysz niedoli, doświadczony mobilizator do działań. Jest fizycznym przykładem, że wyzdrowienie jest możliwe.

- Co jest takiego najbardziej interesującego w kursie asystenta, jak on wygląda w praktyce?

- Głównie jest to świadomość, że jesteśmy wartościowi, że tworzymy jakość. Można nauczyć się reflektować, spojrzeć na pewne rzeczy obiektywnie. Nauczyć się rozumieć, nabrać odwagi, nabyć kompetencji. W praktyce siedzi w jednym pomieszczeniu kilkadziesiąt osób mających zdiagnozowane choroby, czy zaburzenia psychiczne. To się nie może nie udać (uśmiech).

- Jak zetem opisałbyś swoją zwyczajową rozmowę z pacjentem, który do Ciebie przychodzi?

- Bardzo ważnym, wręcz niezbędnym jej elementem jest zbudowanie relacji. Zaufanie. Szczerość. Świadomość, że pracuję z człowiekiem, a nie nad człowiekiem.

- W roli pracownika socjalnego spotykasz się z masą ludzkich problemów, kryzysów czy nieszczęść. Jak to zrobić, żeby to wszystko nie przytłoczyło cię, kiedy wracasz po pracy do domu?

- Trzeba wypracować jakiś mechanizm, którym to wszystko zracjonalizujemy. Nie każdemu jestem w stanie pomóc i nie we wszystkim. To podobnie jak z moimi życiowymi doświadczeniami. Nie uznaję tego za fatum. Po prostu czasem się zdarza. Pomaga także pasja, hobby, zajęcie, ruch, spacer, uprawianie sportu, kontakt z przyrodą, z drugim człowiekiem.

- Ludzie często w takiej sytuacji szukają oparcia w Bogu, w religii. Ty właśnie wystąpiłeś z kościoła.

- Tak, dokonałem tzw. aktu apostazji, bo nie czuję od lat żadnego związku z kościołem. Uznaję go za instytucję opresyjną. A dodatkowo, jak słyszę z ust hierarchy kościelnego, że jakaś grupa ludzi jest „zarazą” to odruchowo staję w jej obronie. Nie odczuwam też jakiejś potrzeby duchowości, a w każdym razie nie poprzez religię, która wplata mnie w poczucie winy z powodu grzechu i katuje wizją piekła. Tych powodów jest dużo więcej, ale to nie miejsce na to.

- Na koniec jeszcze pytanie o Twoją ukochaną Cracovię. Jak to jest, że mieszkaniec miasta, w którym na murach często można przeczytać napisy: „100 procent Wisła” kibicuje Pasom?

- Nie od razu tak było. Jako myśleniczanin od dziecka kibicowałem Dalinowi. Dopiero gdy poszedłem do szkoły średniej poza Myślenicami, zaczęła się fascynacja „Pasami”. Miałem kolegę, który im kibicował i zawsze imponował mi swoją niezależnością, indywidualnością. Potem zainteresowałem się historią Cracovii, która to zawsze miała „pod górkę”, była w najrozmaitszy sposób szykanowana, a szczególnie za komuny wiele razy próbowano ją nagiąć czy złamać, ale to się nie udało. Kibicował im m.in. Józef Piłsudski. No i te piękne barwy biało-czerwone. Jak im nie kibicować?

Wszystkich, którzy chcieliby poznać naszego rozmówcę, jeszcze dokładniej, odsyłamy do dwóch programów, jakie można znaleźć w internecie. Pierwszy to program telewizyjny „Spotkajmy się” (z dnia 04.12.2020) na platformie vod.tvp.pl, gdzie Krzysztofa Płatka przepytuje Anna Dymna. Drugi można znaleźć na yutubowym kanale „Uważaj na głowę” podcast nosi tytuł „Zraniony uzdrowiciel”.

Wywiad ten jest zarazem początkiem cyklu artykułów, które będziemy publikować na łamach naszej Gazety w ramach współpracy z Centrum Zdrowia Psychicznego Małopolska-Południe.

 

Rafał Podmokły Rafał Podmokły Autor artykułu

Dziennikarz, meloman, biblioman, kolekcjoner, chodząca encyklopedia sportu. Podobnie jak dobrą książkę lub płytę, ceni sobie interesującą rozmowę (SPORT, KULTURA, WYWIAD, LUDZIE).