Lecieli, by świat o nas nie zapomniał

Lecieli, by świat o nas nie zapomniał

O brytyjskich zrzutach dla powstańców warszawskich słyszał pewnie każdy, ale o tym, że niebagatelną rolę w tych straceńczych misjach odegrali piloci południowo afrykańscy słyszał już mało kto. Temu nieznanemu szerszemu odbiorcy epizodowi wojennemu był poświęcony wykład Dominika Kościelnego, jaki odbył się w Muzeum Niepodległości w związku z obchodami 76. rocznicy Powstania Warszawskiego.

To był 13 sierpnia 1944 roku, kiedy z pasa startowego lotniska w Celone koło Foggi we Włoszech wzbiły się w powietrze „Liberatory” należące do 31 Dywizjonu Bombowego SAAF, czyli południowoafrykańskich sił powietrznych. Po 200 kilometrowym locie dotarły do Brindisi i tam dowódcy załóg wraz z nawigatorami udali się na spotkanie do siedziby dowództwa 178 Dywizjonu Bombowego RAF. Po wejściu do Operation Roomu ich wzrok przykuła mapa Europy, na której wyznaczono wijącą się zygzakiem trasę z Brindisi do Warszawy. Nie bardzo rozumieli, dlaczego mają przelecieć grubo ponad tysiąc kilometrów przez osiem krajów opanowanych w większości przez III Rzeszę i bombardować polską stolicę, ale wtedy wyjaśniono im, że chodzi o zupełnie inną misję.

Misja ta była już na pierwszy rzut oka przeznaczona dla szaleńców, albo samobójców, bo trzeba było przelecieć z Brindisi do Warszawy w kilkanaście godzin bez międzylądowań Liberatorem pozbawionym eskorty myśliwców i dokonać nad płonącym miastem zrzutu zasobników z bronią dla powstańców na niebezpiecznie niskiej wysokości. Dodatkową „atrakcją” tej wojennej przygody był fakt, że Liberator musiał mieć częściowo wymontowane własne uzbrojenie, aby zabrać możliwie jak największy ładunek dla walczącej Warszawy. Dodajmy do tego jeszcze fakt, że nawigacja nad samą Warszawą polegała na tym, że nawigator pokładowy musiał liczyć mosty na Wiśle, bo wiedział jedynie, że za czwartym musi skręcić na zachód, a sama „latająca forteca”( jak nazywano Liberatora) była właściwie zupełnie bezbronna wobec artylerii przeciwlotniczej i doskonale dla niej widoczna. Spotkanie Liberatora z niemieckim Heinklem to była w zasadzie egzekucja. Jedynym ułatwieniem dla załogi samolotu by fakt, że Warszawa była łatwa do odnalezienia już z bardzo dużej odległości, bo tej łuny pożarów nie sposób było pomylić z czym innym. O ludziach, którzy podejmowali się takiej misji trudno powiedzieć coś innego niż to, że byli bohaterami przez największe B, jakie tylko można sobie wyobrazić. Najbardziej znamienna jest chyba historia załogi Liberatora, który został tak dotkliwie ostrzelany przez Niemców, że już w drodze powrotnej do Włoch pierwszy pilot nie wytrzymał psychicznie, opuścił swoją załogę i po prostu wyskoczył ze spadochronem przez luk bombowy. Samolot przejął drugi pilot Christopher Burgess i nie mając wielkiego doświadczenia zdołał nim wylądować w okolicach Kijowa.

Podobnych historii męstwa i niezłomności znajdziemy wiele w annałach południowoafrykańskich lotników. Straty, jakie ponieśli były również niebagatelne, bo w ciągu zaledwie trzech dni 31 Dywizjon Bombowy SAAF stracił aż połowę swoich załóg i został wycofany z dalszych lotów, a jego rolę przejął potem 34 Dywizjon Bombowy.

Jakie było strategiczne znaczenie tych lotów? Znikome. Nawet Winston Churchill podkreślał, że chodzi jedynie o kwestie moralne czyli o pokazanie, że nie zapomniano o powstańcach. Nie zapomnieliśmy jednak i my Polacy o bohaterskich lotnikach z RPA i w 1992 roku ponad sześćdziesięciu żyjących uczestników otrzymało Krzyże Powstańcze oraz inne wysokie odznaczenia. Kilku z nich żyje z resztą do dziś, a legenda ich straceńczej misji nad Warszawą do tej pory jest starannie pielęgnowana w Republice Południowej Afryki.

 

Rafał Podmokły Rafał Podmokły Autor artykułu

Dziennikarz, meloman, biblioman, kolekcjoner, chodząca encyklopedia sportu. Podobnie jak dobrą książkę lub płytę, ceni sobie interesującą rozmowę (SPORT, KULTURA, WYWIAD, LUDZIE).