Leśnik na tatami

Leśnik na tatami
fot. z arch. autora

Obie profesje, które dzisiaj wykonuje zaczęły się w nim kształtować jeszcze w szkole podstawowej, głównie pod wpływem taty. To wtedy złapał bakcyla sportu, ale również zdecydował, że będzie leśnikiem. Wiktor Siłuszyk, bo o nim tu mowa, nie tylko pracuje w Nadleśnictwie, ale przede wszystkim jest znany jako trener sekcji judo Towarzystwa Gimnastycznego Sokół, a sport ten to jego wielka pasja.

Mówiąc judo mam namyśli szkolenie dzieci i młodzieży. Tym głownie się zajmuje, oczywiście po pracy, choć swoją pasję traktuje w pełni profesjonalnie i angażuję się w nią tak samo jak w pracę zawodową. Po prostu judo, a raczej uczenie judo, to też praca i to taka, która sprawia przyjemność i daje satysfakcję. Jak sam przyznaje kariery sportowej nie zrobił, ale tak pokochał tę dyscyplinę sportu, że próbuje tą pasją „zarazić” kolejne pokolenia. Ale po kolei.

- Judo zacząłem uprawiać w szóstej klasie szkoły podstawowej, to wtedy w Myślenicach powstała pierwsza sekcja, którą założył Edward Bodzioch. Oczywiście mój pociąg do tego sportu wiązał się z klasycznymi problemami młodego chłopaka, który ważył zaledwie 32 kg i miał problemy z niektórymi kolegami z klasy Chciałem nauczyć się bronić – wspomina swoje początki Wiktor Siłuszyka. – Wówczas na ekranach kin właśnie grano „Wejście Smoka”. Wszyscy moi rówieśnicy i ja, chcieliśmy być jak Bruce Lee. Karate w Myślenicach nie było, ale na szczęście powstała sekcja judo. To było prawdziwe odkrycie i tę fascynację, którą wtedy przeżyłem mam chyba do dzisiaj.

Zajęcia sekcji judo odbywały się gościnnie w Sokole na macie zapaśniczej sekcji KS Dalin. Prowadził je trener Edward Bodzioch, który również wszystko organizował, a były to trudne czasy. W latach 80. ubiegłego wieku np. judoga, czyli strój sportowca była towarem deficytowym, który trudno było zdobyć. Sekcja miała trudności lokalowe i ci, którzy chcieli uprawiać ten sport, w końcu musieli dojeżdżać do Krakowa na Wisłę. To była prawdziwa weryfikacja dla młodych entuzjastów judo. Jeżdżono do Krakowa starymi „Nyskami”, nieraz „nabitymi” po brzegi.

- Już w tym pierwszym okresie, jeszcze na początku liceum, przejawiałem zainteresowanie szkoleniem judoków. Kiedy opanowałem trochę technikę, stałem się takim pomocnikiem trenera, któremu nieraz asystowałem na zajęciach. A judo to ciężki sport, wielu moich rówieśników z entuzjazmem zaczynało treningi, a później szybko rezygnowali. Byli też tacy jak ja, którzy złapali bakcyla i później dojeżdżali na treningi do Krakowa. Wśród nich byli Grzegorz Lech i Tomasz Dyrda, z którymi wspólnie reaktywowaliśmy sekcję judo przy myślenickim Sokole.

Po liceum przyszedł czas na studia, oczywiście na Wydziale Leśnym Akademii Rolniczej. Ale był to też czas intensywnych treningów i to nieraz dwa razy dziennie. Niestety okres ten zakończył się ciężką kontuzją kolana, która przekreśliła nadzieję na karierę zawodniczą.

- Był to dla mnie ciężki okres. Zacząłem studia i równocześnie ostro trenowałem, ale później doznałem kontuzji i musiałem zaprzestać treningów, a na dodatek powtórzyć rok na uczelni. Ale otrząsnąłem się z tego i podjąłem studia na nowo, a z czasem wróciłem też do treningów – wspomina trudne chwile Wiktor Siłuszyk. – Trenowałem wtedy na Wiśle, a zawodnicy sekcji judo tego klubu byli wówczas drużynowymi Mistrzami Polski. Byli wśród nich także indywidualni mistrzowie, tak że nie było łatwo na treningach. Dużo pomógł mi wtedy Grzesiek Lech, który zostawał ze mną po treningu, aby podszlifować technikę. Z czasem wróciłem do pełnej sprawności, a dzięki koledze znacznie się podciągnąłem, tak, że bez stresu sparowałem na treningach z zawodnikami z krajowej czołówki judo. Zdarzało się tak, że to ja wygrywałem walki. Niestety trochę „uciekł” mi czas i nie miałem już szansy na karierę zawodniczą. A później studia się kończyły, trzeba był zająć się pracą magisterską, były też inne tematy, plany na przyszłość, założenie rodziny i zaprzestałem trenować.

Po skończeniu studiów w 1997 roku Wiktor Siłuszyk rozpoczął pracę w Nadleśnictwie Myślenice, później założył rodzinę. Jednak cały czas brakowało mu judo, dlatego od czasu do czasu z kolegami spotykał się na Sokole, by jak za dawnych czasów „bawić się” na macie. Tam narodził się pomysł reaktywacji sekcji. Zaangażowano w to również trenera Edwarda Bodziocha. Grzegorz Lech, który był już wówczas pracownikiem naukowym Akademii Wychowania Fizycznego w Krakowie zgodził się, że będzie trenerem. W tym samym okresie reaktywowało się także Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół” w Myślenicach, które zgodziło się przyjąć pod swoje skrzydła sekcję judo i tak jeszcze w lutym 1999 roku ruszyły pierwsze zajęcia. Początkowo była to jedna grupa młodzieżowa, ale później powstała druga grupa dziecięca, którą prowadzili Wiktor Siłuszyk z Tomaszem Dyrdą.

- Grupy dziecięce zaczęły się świetnie rozwijać, kiedy pozyskaliśmy swoją salę ćwiczeń na krytej pływalni. Tam mieliśmy własne tatami (matę do judo) i możliwość tworzenia dodatkowych grup, powstała nawet grupa dziewczęca, którą prowadziła moja siostra Sylwia – opowiada Wiktor Siłuszyk. – Oczywiście na podbaseniu warunki do ćwiczeń nie były najlepsze, bo sala była długa i wąska, ale ćwiczyła tam tylko nasza sekcja, więc mogliśmy rekrutować nowych adeptów judo. Tam m.in. powstała sekcja dorosłych amatorów, która istnieje do dziś. Ćwiczą w niej zarówno panowie, ale i panie, niektórzy już w wieku 50+. Choć podobnie jak w sekcjach dziecięcych jedni przychodzą, a inni rezygnują z zajęć.

Zmiana nastąpiła, kiedy sekcja przeniosła się do hali sportowej na Zarabiu, przy której powstała sala do sportów walki. Sekcja jeszcze bardziej się rozrosła, grup dziecięcych przybyło. Zmieniała się też kadra. Największa zmiana nastąpiła, kiedy z pracy zrezygnował trener Grzegorz Lech i Wiktor Siłuszyk musiał przejąć prowadzenie zajęć z grupą młodzieżową oraz zająć się sprawami organizacyjnymi całej sekcji, w której było przeszło stu zawodników i trzech instruktorów obok trenera Wiktora.

- Było to dla mnie duże wyzwanie, gdyż wcześniej prowadziłem zajęcia z dziećmi oraz dorosłymi, które były ukierunkowane na rekreację. Ale wówczas musiałem poprowadzić grupę, w której byli zawodnicy startujący w zawodach judo. Uczestniczący w rywalizacji sportowej organizowanej przez Polski Związek Judo, gdzie obowiązują przepisy, gdzie każdy chce wygrywać, gdzie jest presja na zawodników i na trenera. Wszystko to trzeba ważyć i uważać – mówi Wiktor Siłuszyk.

- Cały czas mam świadomość, że Sokół stawia na rekreację, ale jeśli jakiś zawodnik chce i ma możliwości włączyć się w rywalizację sportową, to mam obowiązek mu pomóc odnieść sukces. Jednak nie ma nic za darmo, aby odnosić sukcesy trzeba naprawdę ciężko pracować, być zmotywowanym i odpornym na porażki, bo one są nieuniknione. Zwycięstwa moich zawodników są moimi zwycięstwami, a ich porażki moimi porażkami. Sam miałem w życiu różne doświadczenia, więc staram się moją wiedzę przekazać zawodnikom, z którymi pracuję. Myślę, że mi się to udaje. Z młodzieżą mam dobry kontakt i mam nadzieję, że dogadujemy się. W każdym razie cała sekcja, jak i grupa młodzieżowa rozwijają się, młodzież chce chodzić na treningi, atmosfera jest dobra, dobrze się bawimy, ale i ciężko pracujemy. Czuję się w tym spełniony.

Obecnie grupa młodzieżowa sekcji judo Sokoła liczy około 30 zawodników w wieku od 13 do 18 lat, czyli od młodzika do juniora starszego. Wśród nich są chłopcy, ale i dziewczęta. Ćwiczą trzy, cztery razy w tygodniu po dwie godziny. To dużo, zważywszy jak trudno wyciągnąć dzisiaj młodzież sprzed komputera, szczególnie kiedy aktywność wymaga dużego wysiłku i nie ma mowy o łatwych sukcesach. Na pewno na tatami przyciąga ich nie tylko chęć rekreacji, ale także charyzmatyczny trener.

- Zadziwiające jak moja pasja koreluje z pracą, choć to całkiem inne zajęcia, ale i tu i tu pracuję z ludźmi więc musiałem nauczyć się ich słuchać. Aby komuś pomóc, trzeba go najpierw zrozumieć. Treningi nauczyły mnie wytrwałości i cierpliwości, to również jest potrzebne w zawodzie leśnika, gdzie czasami na efekt swoich działań trzeba czekać wiele lat. Obecnie w ramach obowiązków służbowych zajmuje się także edukacją, więc pełnymi garściami czerpię z moich doświadczeń z pracy z dziećmi i młodzieżą – podsumowuje Wiktor Siłuszyk.

Judo to nie jest sport „dla mięczaków”, każdy zawodnik nie raz „dostał w skórę”, ale musiał się podnieść i walczyć dalej. To bardzo ważna umiejętność w dzisiejszym świecie, który nie szczędzi nam ciosów. Myślę, że wychowankowie Wiktora Siłuszyka będą lepiej przygotowani do życia niż ich rówieśnicy, którzy zaniedbują pracę nad sobą. Każdy młody człowiek poszukuje swojego przewodnika i mistrza, niewątpliwie ci, którzy lubią sport i nie boją się walki, znajdą go w trenerze Wiktorze.

 

Witold Rozwadowski Witold Rozwadowski Autor artykułu

Prezes MARG Sp. z o.o. Redaktor naczelny. Przez wiele lat pracował w Urzędzie Miasta i Gminy w Myślenicach, Wcześniej w latach 1999-2003 pełnił funkcję redaktora naczelnego Gazety Myślenickiej. (SAMORZĄD)