Ludmiła i pan Kot, zwany Maurycym cz.2
Herbatka
- Maurycy! Pobaw się ze mną w „Herbatkę”…
Ludmiła rozłożyła swój zabawkowy zestaw herbatkowy, nalała do filiżanek wody i usadowiła wszystkie swoje lale wokół stoliczka, ale trochę ta zabawa zaczynała ją nudzić. Nic dziwnego, lalki nie były zbyt rozmowne i choć wyglądały pięknie w swoich wizytowych ubrankach, to pożytku przy herbatkowych rozmówkach było z nich niewiele… Mama co prawda obiecała, że „jak tylko skończy pracować”, to przyjdzie do niej na wspólną zabawę, ale póki co siedziała wciąż przy komputerze w swoim pokoju, a ta praca trwała i trwała. Ludmiła postanowiła zatem zaprosić do wspólnego „herbatkowania” Maurycego, który leżał i drzemał, czyli mówią szczerze: nic nie robił.
- No, chodź Maurycy…, proszę cię, zorganizujemy sobie fantastyczny podwieczorek.
- Po pierwsze, to nie „Maurycy”, tylko pan Kot, moja młoda damo, a po drugie jestem aktualnie bardzo zajęty, jak widać.
- Ależ Maury…to znaczy panie Kocie przecież ty śpisz cały czas! Spałeś, jak wychodziłyśmy z mamą do sklepu jak wróciłyśmy, jak rozkładałam zestaw do herbatki… no śpisz cały czas!
- Nieprawda. Nie cały czas. W międzyczasie coś przekąsiłem…, ale faktycznie, to już było chwilę temu, chyba robię się głodny… - pan Kot przeciągnął się na swoim posłaniu i usiadł.
- No widzisz! – ucieszyła się Ludmiła – A ja cię zapraszam na herbatkę.
- Koty, a ja to już w szczególności, nie piją herbaty młoda damo – pan Kot prychnął z dezaprobatą.
- Ach tak – zmartwiła się Ludmiła – ale wiesz – dodała szeptem – to nie jest PRAWDZIWA herbata, to woda.
- Cóż – zastanowił się Kot – woda brzmi lepiej, ale sama pomyśl: kto piłby wodę, jeśli mógłby pić mleko?
- Mleko? – powtórzyła Ludmiła – Doskonały pomysł! – aż klasnęła w ręce – Przyniosę specjalnie dla ciebie mleczko z lodówki i naleję ci to do tej pięknej filiżanki – wskazała na białą filiżankę w różowe kwiatuszki – i…
- E.. – kot spojrzał niechętnie na filiżankę.
- No dobrze, to może w tej? – Ludmiła wskazała na filiżankę, z której była niezwykle dumna, a na której namalowany był cudnej urody jednorożec.
- Dziękuję młoda damo – odparł z godnością pan Kot – wolałbym jednak swoją miseczkę.
- Ale… - zaczęła Ludmiła.
- Nalegam! – powiedział kot tonem sugerującym, że w tej kwestii negocjacji nie będzie.
- Ale – spróbowała jednak Ludmiła – to „herbatka”, a na herbatce musi być elegancko!
- Hymmm. Pan Kot się zadumał, po czym rzekł:
- Sugerujesz młoda damo, że moja, moja osobista miska na mleko nie jest elegancka? Bo skoro tak, młoda osóbka uważa, to ja niestety nie czuję się godzien…
- Ależ nie! Nie! Jest elegancka! O, jaka ona jest elegancka, tak elegancka, jak tylko może być elegancka miska na mleko – powiedziała szybko Ludmiła.
Skoro wszystko zostało już ustalone, Ludmiła ruszyła do kuchni po mleko. Po cichu, by nie przeszkadzać pracującej mamie. Pan Kot ruszył za nią i gdy tylko Ludmiła otworzyła lodówką rzekł:
- A tak przy okazji, skoro już tu jesteśmy to myślę… tak, to z pewnością doskonały pomysł, jakie to wspaniałe, że na niego wpadłem, a więc: skoro już jesteśmy przy lodówce młoda damo, to myślę (a pomysł ten podoba mi się coraz bardziej), że plastereczek szynki byłby akuratnie doskonałym pomysłem.
Ludmiła spojrzała na niego zdziwiona.
- Szynki? Ale ja mam herbatniczki do naszej herbatki!
Pan Kot spojrzał na Ludmiłę, zadumał się, spojrzał raz jeszcze i powiedział:
- Dla każdego coś dobrego. Kawałeczkiem herbatnika być może nie pogardzę, ale sama przyznasz, że do mleczka, plasterek szynki byłby w sam raz.
- Czy ja wiem? – zastanowiła się Ludmiła
- Nalegam!
- No już dobrze, już dobrze! Weźmiemy też szynkę – zgodziła się Ludmiła zaglądając do lodówki.
- Ojej, nie ma szynki, skończyła się…
- Oj, Oj – zmartwił się pan Kot – ale przecież byłyście z mamą na zakupach, nie kupiłyście szynki? Niemożliwe!
- Nieee, chyba nie – Ludmiła próbowała sobie przypomnieć – ale mama brała jakieś kiełbaski dla taty, takie malutkie, jakoś tak śmiesznie się nazywały: cziliperoni.
Ludmiła przesuwała rzeczy w lodówce:
- O! Tu są, widzisz – wskazała na paczuszkę drobnych kiełbasek – tylko, że one miały być dla taty... nie jestem pewna, czy możemy je wziąć.
- Ależ oczywiście, że możemy młoda damo, zwłaszcza, jeśli nie ma szynki! – pan Kot nie miał co do tego żadnych wątpliwości.
- Nooo dobrze – zgodziła się Ludmiła – chcesz kawałek spróbować?
- Pytanie! – Pan Kot właściwie połknął kiełbaskę w całości, ale zamiast pomruku zadowolenia, którego spodziewała się Ludmiła, zaczął nagle prychać i skakać po całej kuchni! Au, Au, Au – wołał przeraźliwie trzymając się za pyszczek i obijając się, a to o krzesło, a to o stolik. Ludmiła stała i patrzyła na niego oszołomiona, nic nie rozumiejąc.
- Miauuuuu, pić, pić, miauuuu – wrzeszczał tymczasem pan Kot.
- A co tu się dzieje? – mama wpadła do kuchni – czy człowiek nie może chwilę w spokoju popracować? - westchnęła – cóż to kocisko wyprawia? o co on tak miauczy? – spytała zdumioną Ludmiłę.
- Oj, chyba mu się chce pić mamo, ale nie wiem, co mu się stało. Dałam mu tylko kawałeczek, no może ciut więcej niż kawałeczek, tych kiełbasek, które kupiłaś dla taty.
- Ależ dziecko – mama złapała się za głowę – to była bardzo ostra kiełbaska, mówiłam ci: chili peperoni.
- Ach – zrozumiała Ludmiła i pobiegła jak najszybciej po miseczkę pana Kota. Tę bardzo elegancką miseczkę. Po czym nalała mu do niej dużo wody i postawiła przed udręczonym panem Kotem, a ten pił, pił i pił. A kiedy już całą wypił, a mama wróciła do pracy, rzekł:
- I tak się właśnie kończą eleganckie herbatki! A teraz, wybacz młoda damo, muszę odsapnąć po tym wstrząsającym wydarzeniu.
Po czym dostojnym krokiem udał się na drzemkę.
