Ludmiła i Pan Kot zwany Maurycym

Ludmiła i Pan Kot zwany Maurycym

Ludmiła siedziała na podłodze w swoim pokoju i rysowała coś bardzo uważnie. Kredki leżały porozrzucane jak po małej burzy, a na kartce powoli pojawiały się cztery krótkie łapki, cienki ogonek i pyszczek z oczami tak dużymi, że aż nie mogły zmieścić się w głowie.

- Wiesz, Panie Kocie… – odezwała się cicho, jakby nie była pewna, czy to dobry moment. - Koleżanka mamy ma małego kociaka.

Pan Kot, zwany Maurycym, który właśnie mył łapę z pełnym skupieniem, znieruchomiał. Uniósł głowę. Jedno ucho przekrzywiło się podejrzliwie.

- Aha, toć bardzo dobrze, zawsze mówię, że nie ma to jak kot w domu – no bo co to za dom bez kota? Prawda? To się myszy zaraz się dowiadują jakimś szóstym zmysłem i przyłażą, ptactwo dobija się do okien i w ogóle: same straty. Nie mówiąc już o nudzie, no bo – popraw mnie młoda damo, ale właściwie przecież beze mnie to Ty byś się chyba zanudziła, prawda? Tak, taki kot to prawdziwe dobrodziejstwo dla wszystkich. Absolutnie. Bez dyskusji. Niezaprzeczalnie. po prostu. No tak.

Ludmiła, zmarszczyła czoło, dorysowała na kartce jeszcze jedno „miau” i odezwała się niepewnie:

– Nooo tak, oczywiście, jak zwykle masz rację… tylko wiesz, ta koleżanka mamy ma alergię, taką straszną alergię: na sierść kocią, psią z resztą też i wiesz ona po prostu NIE MOŻE ODDYCHAĆ … no więc… hymn, no, togo, tego…. – speszyła się Ludmiła

- Tego co? – spytał Pan Kot

- No właśnie.. szukajądomudlategokociaka – powiedziała szybko Ludmiła

- Przepraszam, nie zrozumiałem?

Ludmiła westchnęła i powiedziała spokojniej:

- Szukają domu dla tego maleństwa.

- Aaaaa, domu. O, to bardzo dobrze. Bo jak już mówiłem co to za dom bez kota? No i cóż to za kot bez domu?

- No tak, oczywiście – odpowiedziała Ludmiła – tylko, jakoś nie mogą znaleźć niczego, więc tak sobie pomyślałam…Czy może byśmy…nie zabrali go tutaj?

- Hm - mruknął Pan Kot. - Domów jest wiele. Kotów też. A ten dom ma już kota. Bardzo dobrego kota. Z doświadczeniem.

Odwrócił się tyłem. Tak demonstracyjnie, jak tylko potrafią to robić koty. Ogon opadł z godnością, a plecy mówiły wyraźnie: temat zamknięty.

Zapadła cisza.

Ludmiła milczała. Skończyła rysunek i spojrzała na Pana Kota.

- Wiesz, on, ten maluch nie ma jeszcze nikogo, jest sam i nie może zostać u tej koleżanki.

Pan Kot prychnął i wskoczył na parapet. Z tego miejsca świat wyglądał bezpieczniej, a decyzje były łatwiejsze. Przez chwilę udawał, że interesują go tylko ptaki za oknem. Potem jednak cisza zrobiła się zbyt gęsta.

W tej ciszy przypomniał sobie coś, czego nie lubił wspominać. Zbyt małe legowisko. Zbyt dużo zapachów. Ludzi, którzy przychodzili i odchodzili. I jego samego - chudego, wystraszonego, z nadzieją schowaną głęboko pod futrem.

Przypomniał sobie dzień, w którym ktoś się zatrzymał. Ktoś, kto nie przeszedł obojętnie.

- Ja też kiedyś byłem mały – powiedział w końcu cicho, nie odwracając się. - I nikt mnie nie chciał.

Ludmiła wstała i podeszła bliżej. Nie spieszyła się. Wiedziała, że to ważna chwila. Delikatnie pogłaskała Pana Kota za uchem, dokładnie tam, gdzie zawsze miękł, choć nigdy się do tego nie przyznawał.

Pan Kot zamknął oczy. Tylko na moment.

- To nie znaczy, że lubię niespodzianki - mruknął. - I na pewno nie znaczy, że chcę się dzielić.

- Wiem - szepnęła Ludmiła.

Pan Kot westchnął głęboko, jakby podejmował decyzję większą niż on sam.

- Dobrze - powiedział w końcu. - Mogę się zastanowić. Z wielkimi oporami. Bardzo wielkimi.

Odwrócił się i spojrzał na Ludmiłę.

- Ale uprzedzam: ja nadal jestem najważniejszy.

Ludmiła uśmiechnęła się szeroko, a jej oczy błysnęły.

Pan Kot zaś, choć udawał, że to tylko chwilowa słabość, poczuł, że w tym domu może… może naprawdę jest jeszcze trochę miejsca.