Ludmiła i pan Kot, zwany Maurycym cz. 3
Dieta
Pan Kot się obraził. Na wszystkich i na wszystko, a właściwie na cały świat, a już w szczególności na mamę, tatę i nawet Ludmiłę. Obraził się całkowicie i bezpowrotnie. A wszystko przez nową karmę, którą kupili rodzice, no i przez zakaz „dokarmiania” szyneczkami, paróweczkami, kiełbaskami, czy innymi dobrodziejstwami pochodzącymi z lodówki.
- Maur.. ależ panie Kocie, to dla twojego dobra! – próbowała wytłumaczyć mu Ludmiła.
- Taaa, dobra, oczywiście! Dręczą biedne zwierzę i jeszcze mu próbują wmówić, że to z troski… - pan Kot był naprawdę rozgoryczony – i to po tylu latach wiernej służby, ciągłego czuwania, trwania na posterunku, niedosypiania, i oto wdzięczność, ach! Marność nad marnościami, na cóż mi przyszło na stare lata, by znosić taką poniewierkę, takie upokorzenie, taki brak szacunku, żadnego docenienia, żadnej wdzięczności, żadnej litosnej dłoni pomocy, jak można tak….
- Ależ Maurycy! – przerwała tę tyradę Ludmiła – tata mówi, że to najlepsza karma dla kotów w twoim wieku!
- Jakim wieku?! – obruszył się pan Kot
- No, sam przecież mówiłeś, że już jesteś troszkę starszy….
- Też coś: stary! To tylko taka przenośnia moje dziecko, wypraszam sobie – kot wcale nie wyglądał na udobruchanego.
- Ależ Maurycy… - spróbowała jeszcze raz Ludmiła
- Panie Kocie! Skoro już przy tym jesteśmy!
- No więc: panie Kocie – kontynuowała niezrażona Ludmiła – tata mówi, że ta karma jest doskonale zbilansowana.
- Jaka? – zapytał rozdrażniony pan Kot.
- No, ma wszystkie odpowiednie składniki i witaminy i minerały i jest po prostu dużo zdrowsza niż ciągłe jedzenie szynek, czy kiełbasek – tłumaczyła Ludmiła.
- Też coś! Co za wymysły. Cóż szkodzi troszkę szyneczki, czy kiełbaski! – zirytował się pan Kot.
- Ale mama mówi, że nie mogę cię dokarmiać, bo jesz za dużo i jesteś za gru… - Ludmiła umilkła, bo pan Kot łypnął na nią złowieszczym okiem, po czym zapytał z lodowatą wręcz uprzejmością:
- Przepraszam młoda damo, chyba nie dosłyszałem – mogłabyś łaskawie powtórzyć: jaki jestem?
- Ymm – Ludmiła pospiesznie myślała – cóż, mama mówi – zaczęła powoli – że jesteś troszeczkę…( a właściwie całkiem sporo, ale tego Ludmiła nie zamierzała mówić) – a więc, że troszeczkę… za dużo ważysz…
Kot głęboko wciągnął powietrze.
- …i dlatego musisz być na diecie – dodała szybko Ludmiła, która postanowiła mieć to już za sobą – i dlatego nie możesz jeść żadnych szyneczek, kiełbasek i innych smakołyków!
- Za dużo, za dużo… - panu Kotu najwyraźniej zabrakło słów – ważę?! Przecież ja mam grube kości! To ile mam ważyć?! Czy ty wiesz dziecko, ile może ważyć taaaka kość?! – zapytał wyciągając przed siebie łapę.
- Hymm, sama kość pewnie niewiele.. – odparła Ludmiła – ale sadełko na niej…
- Sade co?! – oburzył się pan Kot – Sade co?! Nie, tego już za wiele moja damo, rozmowa skończona, żegnam, adieu, bon voyage! Miło było panią poznać!
Po czym pan Kot poszedł do swojego kąta, na swoje legowisko i przestał się odzywać, a kiedy Ludmiła podchodziła do niego, odwracał się w drugą stronę i udawał, że śpi. Miski, w której była nowa karma, nie raczył obdarzyć choćby spojrzeniem. Co – jak podejrzewała Ludmiła – musiało wymagać od niego sporego poświęcenia, bo karma pachniała nader smakowicie. Gdyby jej chociaż spróbował… Na pewno, by mu smakowała! Ale nie, obraził się na cały świat (w tym na nową karmę) i basta! Nie zjawił się nawet na kolacji.
- A gdzie kot? – zapytał tata – zawsze przychodzi na kolację.
- Śpi cały dzień, w sumie to nic nowego, ale kolacji raczej faktycznie nigdy nie opuszczał – stwierdziła mama – może coś mu dolega?
- Nie smakuje mu nowa karma. Ta dietetyczna – stwierdziła Ludmiła.
- Niemożliwe - odparł tata – nie ma lepszej karmy, z resztą nawet jej nie spróbował. No nic, zobaczymy, co będzie jutro, jak mu nie przejdzie, to trzeba będzie pójść z nim do weterynarza, może coś mu zaszkodziło?
Nazajutrz panu Kotu nie przeszło. Wciąż omijał miską szerokim lukiem. Podobnie z resztą jak Ludmiłę i resztę rodziny.
- Maurycy wciąż taki marudny? No dobrze, jutro rano umówię go do weterynarza – usłyszała Ludmiła, jak tata mówił do mamy. Poszła do pana Kota, który – a jakże – drzemał w swoim legowisku oczywiście wciąż ogromnie obrażony.
- Panie Kocie? – zagadnęła Ludmiła.
Kot zachrapał i westchnął,
- Może jednak chociaż spróbujesz tej karmy? Może akurat ci zasmakuje? Ja też kiedyś bardzo nie chciałam spróbować truskawek, a teraz – sam dobrze wiesz – wprost je uwielbiam.
Kot znów westchnął i zachrapał, tym razem dwa razy, by nikt przypadkiem nie miał wątpliwości, że bardzo mocno śpi i absolutnie niczego nie słyszy.
- To nie spróbujesz? Szkoda – westchnęła tym razem Ludmiła – bo słyszałam jak tata mówił do mamy, że jutro zabierze cię do weterynarza, a u weterynarza to sam wiesz…
- Nie, nie wiem, co u weterynarza? Wizyta, jak wizyta – odparł pan Kot.
- A to jednak nie śpisz – zauważyła Ludmiła.
Pan Kot ziewnął demonstracyjnie, przeciągnął się i odparł:
- Jak widać, nie śpię. Już. Bo ktoś, jak również widać, nie daje mi spać! Nie dość, że nie dają mi jeść, to jeszcze nie dadzą mi spać! Noż doprawdy, czym ja sobie zasłużyłem na te męki i katusze.. Ja kochany, bezbronny, ugodowy, zawsze wierny…
Kot westchnął głęboko, by nikt z przypadkowych świadków nie miał przypadkiem wątpliwości, jakie katusze musi znosić.
- Oj panie Kocie, to naprawdę dobra karma! A jak nie zaczniesz jeść, to tata zabierze cię do weterynarza – mówiłam przecież! – zdenerwowała się Ludmiła.
- I o co te wielkie mecyje? – zapytał kot – pan doktor mnie obejrzy, pogłaska i da smakołyk, i tyle, jak zawsze, o co tyle krzyku?
- Ale panie Kocie – odparła Ludmiła – tym razem będzie inaczej, lekarz będzie próbował ustalić, co ci dolega. To nie taka zwykła, rutynowa wizyta, ale prawdziwe badanie.
- Badanie? – zapytał pan Kot – no to co?
- Pewnie będą ci mierzyć temperaturę – stwierdziła Ludmiła.
- No i? Tobie mama też mierzy temperaturę, jak się źle czujesz, przykłada ci takie coś do czoła, pyk – i już wie, czy masz gorączkę, czy nie – odparł pan Kot.
- No tak, ale kotom ponoć mierzy się nieco inaczej, tata mi mówił.
- Jak inaczej? – zapytał lekko zaniepokojony pan Kot.
- Noo – Ludmiła się zawahała – chyba ten termometr trzeba włożyć … do pupy – dodała szeptem.
- DO??? – ze zgrozą krzyknął pan Kot.
- Tak, właśnie – Ludmiła przytknęła z powagą. – I pewnie jeszcze wezmą ci krew do badania - dodała.
- Jak wezmą mi krew? Co tu opowiadasz dziecko – obruszył się pan Kot – ja tu nie mam żadnej krwi do oddania – powiedział uważnie oglądając swoje łapki – cała jest w środku!
- Wiem – przyznała Ludmiła – dlatego wbiją się igłą i wezmą jej trochę do strzykawki. Ale nie martw się to nie boli…tak bardzo.
- Igłą?? – krzyknął pan Kot.
- Tak właśnie – potwierdziła Ludmiła.
- A więc to tak! – rzekł pan Kot
- Ano tak – odparła Ludmiła.
- A więc to tak – powiedział ponownie pan Kot.
- No tak – odparła ponownie Ludmiła.
- Acha – dodał jeszcze pan Kot i umilkł.
A potem pomaszerował prosto do swojej miski i ostentacyjnie – kęs po kęsie – zaczął zjadać swoją karmę.
- Mamo, tato, pan Kot ozdrowiał! – zawołała Ludmiła – zaczął jeść!
- Uff – westchnął wchodzący do kuchni tata – całe szczęście, już się martwiłem o to kocisko, ale na wszelki wypadek poobserwujemy go przez najbliższe dni.
- A możemy mu dać kawałek szyneczki? Bo tak zeszczuplał od tego niejedzenia bidulek – spytała Ludmiła.
- Myślę, że od czasu do czasu możemy, ale nie za często – zgodził się tata.
Pan Kot tymczasem pochłaniał swoją karmę – z nadspodziewanym wręcz apetytem.
