Maja Winkler - przeznaczenie i tak mnie dogoniło

Maja Winkler - przeznaczenie i tak mnie dogoniło

O Mai Winkler można, bez wielkiej przesady napisać, że była skazana na śpiewanie. Pochodzi z muzycznej rodziny Hudaszków, którą kojarzy chyba każdy myśleniczanin pamiętający przełom lata 70. i 80. poprzedniego stulecia. Familia to był zespół, w którym występowała mama Mai (Teresa Winkler), jej wujek (Roman Hudaszek, obecnie Dziekan Wydziału Jazzu Państwowej Akademii Nauk Stosowanych w Nysie) i jej ciocia (Elżbieta Jadczak), zaś inicjatorem powstania grupy był tata Mai, Marek Domański.

Zespół dał się wówczas poznać całej Polsce jako muzykująca rodzina w autorskim programie Bożeny Walter legendarnego Studia 2 i na pierwszym Festiwalu Interwizji w Sopocie, gdzie pod kierownictwem muzycznym Antoniego Kopffa wystąpili jako grupa wokalna towarzysząca artystom m. in. Helenie Vondrackovej, gdy wykonywała „Malovany dzbanku”. Maja szlakiem swoich rodzinnych tradycji idzie już od bez mała dwóch dekad, ale wygląda na to, że prawdziwego rozpędu jej muzyczna droga nabiera od dwóch czy też trzech lat.

Wierzysz w przeznaczenie?

Tak, bezwzględnie. Moje życie jest najlepszym dowodem na to, że jeśli to, co jest nam pisane jest naszą prawdą zapisaną w sercu, to znajdzie nas i dogoni tak czy siak.

W Twoim przypadku tym przeznaczeniem było śpiewanie.

W moim rodzinnym domu na Solskiego, muzyka wybrzmiewała non stop, odbywały się próby, przyjeżdżali artyści, których znałam z telewizji i jako mała dziewczynka byłam oczarowana tą atmosferą. Byłam wprost otulona muzyką. Wujek pisał dla mnie kołysanki i pewnie dlatego muzyka daje mi ukojenie.

Kiedy uznałaś, że to może być fajna droga życiowa dla Ciebie?

Taki pierwszy „strzał” nastąpił jak w wieku 10 lat usłyszałam Mariah Carey śpiewającą „Vision of Love”. To jak śpiewała pod względem czysto technicznym, ale również jak potrafiła przekazać emocje trafiało do mnie w taki sposób, jakby to było o mnie. Może również dlatego, że miałyśmy podobne doświadczenia życiowe. Jej rodzice też dosyć wcześnie się rozeszli.

Mariah Carey stała sie dla Ciebie drogowskazem?

W zasadzie jest nim do dzisiaj. Wśród wykonawców, którymi się w mniejszym czy większym stopniu inspirowałam Mariah jest ciągle na pierwszym miejscu. Nie słucham jej teraz tak często jak wtedy, gdy byłam nastolatką, ale szalenie cenię jej warsztat i to, że sama pisze swoje teksty i komponuje muzykę. Na samym szczycie obok niej wymieniłabym jeszcze Whitney Houston i Tinę Arenę. Poza tym na pewno Steviego Wondera, Bee Gees czy Michaela Jacksona.

Czyli generalnie klimaty zbliżone do soulu, funky, smooth jazzu czy r’n’b ?

Zgadza się. Na początku lat 90. to wcale nie były w Polsce takie oczywiste fascynacje, bo wiele dziewczyn wolało wtedy śpiewać rocka. Lubię muzykę rockową, ale raczej tę trochę ugładzoną i wyszlifowaną, spod znaku Steve’a Lukathera i zespołu TOTO, który uwielbiam od dziecka i nawet śpiewam kilka ich utworów.

Jesteś rodowitą myśleniczanką?

Tak, ale dosyć wcześnie, bo gdy miałam 6 lat musiałam przenieść się razem z mamą do Bytomia, gdzie mieszkał mój ojczym, Piotr Winkler. Mieszkałam tam prawie do „30”, ale pamiętam, że już we wczesnym dzieciństwie obiecałam sobie, że wrócę do Myślenic, gdzie spędzałam każde wakacje u dziadków.

Dlaczego nie usłyszeliśmy o Mai Winkler w latach 90.?

Stanowcze veto co do moich planów muzycznych postawił mój drugi tata. Był inżynierem dźwięku i chciał ustrzec delikatną i wrażliwą Maję przed niebezpiecznym światem szołbiznesu, który znał aż za dobrze, z tej gorszej strony również. Ponieważ nie miałam nigdy natury buntowniczki, to poddałam się jego woli i między 14 a 21 rokiem życia w żaden sposób poza domowym zaciszem nie rozwijałam swojej pasji. Robiłam wszystko, żeby zamaskować swoją pasję przed ojczymem, ale nigdy ona jednak we mnie nie umarła.

Co takiego przełomowego się wydarzyło, gdy miałaś 14 lat i 21?

Pierwszy epizod to warsztaty jazzowe w Margoninie, po których mój tata zrozumiał, że pasja małej Mai to nie są przelewki i może zejść po nich na „złą drogę”. Widział dla mnie przyszłość raczej jako ustatkowanej pani prawnik. To między innymi spowodowało, że nigdy nie chodziłam do szkoły muzycznej i różne techniki wokalne poznawałam na własną rękę, czy może raczej na własnym gardle. Drugi epizod to wakacyjny wyjazd do Nysy, gdzie mieszka i działa muzycznie mój wujek Roman Hudaszek. Zachęcona przez niego przyszłam pośpiewać do studia nagrań w Nyskim MDK-u i ten skrywany ogień wybuchł we mnie ponownie. Można powiedzieć, że ze zdwojoną siłą. Dopiero, gdy wróciłam po tych pamiętnych wakacjach z Nysy do domu i ojczym zauważył, że wróciło również moje śpiewanie, wzruszył się i uznał, że nie ma już sensu walczyć z wiatrakami.

Jak wygląda Twoja muzyczna droga od Nysy 2001 roku?

Mniej więcej w 2005 roku zaczęłam występować w zespole Magnum, w którym wykonujemy cały przekrój repertuaru weselnego, ale staramy się, żeby to była biesiada ze znakiem jakości. Również w 2005 roku zaczął sie mój kilkuletni „romans z dziką bestią”, bo tak powiedziałam mamie o swoim udziale w rockowym zespole Maneking, który założyli koledzy z Magnum razem z Michałem Funkiem, który był głównym wokalistą. Wygraliśmy nawet jeden przegląd zespołów w myślenickim MDK - u chociaż jak już mówiłam stylistyka ostrego rocka mniej mi odpowiada. Wtedy też po raz pierwszy można powiedzieć, że przecięły się nasze ścieżki z Kasią Kubiczek. Ona odchodziła z zespołu, który nazywał się Nefretete, a kiedy ja przychodziłam do tego zespołu, to nazywał się już Maneking. Ale w Manekingu byłam raczej jako takie wokalne urozmaicenie, dla rockowego brzmienia zespołu, w którym grali również Stanisław Bularz, Adam Zadora i Grzegorz Bylica.

A potem był Another Pink Floyd?

To był już rok 2017 i Kasia poniekąd wciągnęła mnie do tego projektu, gdy spotkałyśmy się na Rynku w Myślenicach przy okazji festiwalu folkowego. Jednak to najważniejsze zaproszenie wypłynęło od szefa i menadżera grupy- Andrzeja Łakomego.

Wspólnie z Kasią Kubiczek i Anetą Łakomy wykonujecie tę arcytrudną wokalizę w „Great Gig In The Sky”.

I nie tylko ją. Śpiewamy praktycznie w większości utworów Another Pink Floyd, bo w wersjach koncertowych są one tak zaaranżowane, żebyśmy się nie nudziły na koncercie. Zresztą sam zespół Pink Floyd w podobny sposób „aktywizował” swój chórek żeński co słychać chociażby na płycie „Pulse”. Jeśli chodzi o „Great Gig In The Sky”, to ja wykonuję tę spokojniejszą drugą partię wokalizy, bo jak to kiedyś stwierdziła Kasia: mój głos działa jak balsam. Kasia Kubiczek śpiewa po mnie, a ta najostrzejsza pierwsza cześć zawsze należy do Anety.

Jak podoba Ci się repertuar Floydów?

Zdecydowanie wolę ten późniejszy, z okresu płyt „Wish You Were Here”, „Animals”, „The Wall”, czy nawet „Division Bell”. Gramy oczywiście utwory z okresu Syda Barreta, ale jak na mój gust to trochę za duży odjazd. I zdecydowanie mi bliżej również do wrażliwości muzycznej Davida Gilmoura niż Rogera Watersa. Uwielbiam utwór „Coming Back to Life”, który jest taką kwintesencją gilmourowego grania.

Wspomniałaś o tym, jaką drogę edukacyjną i zawodową widzieli dla Ciebie Twoi rodzice. Jak się ona rzeczywiście potoczyła?

Ukończyłam dwa kierunki studiów i jestem w trakcie kończenia trzeciego. Zaczęło się od filozofii, bo poszukiwanie odpowiedzi na fundamentalne pytania zawsze mnie jakoś fascynowało. Magister filozofii ma jednak dosyć ograniczone pole manewru przy wyborze zawodu, więc poszłam również na pedagogikę podyplomową, a ponieważ od kilku lat pracuje również jako lektor w szkole językowej i nauka języków przychodzi mi dosyć łatwo, to od kilku lat studiuje filologię angielską, żeby poszerzyć swoje możliwości zawodowe.

Zauważyłem, że gdy wymawiasz nazwiska Mariah Carey czy Whitney Houston, to pojawia się amerykański akcent jak u Joanny Krupy.

I to nie jest żadna poza ani zgrywanie się. Uczyłam się takiej wymowy z taśm magnetofonowych, jakie mój biologiczny tata przysyłał nam z USA. Były na nich nagrane całe audycje radiowe i zanim poznałam jak w Polsce się wymawia te wszystkie nazwiska, to znałam je w „oryginalnej wersji”.

Kiedy wpadałaś na pomysł, żeby muzycznie stworzyć coś pod własnym szyldem?

Nigdy nie sądziłam, że kiedyś sama napiszę muzykę. Zdarzało mi się napisać wiersz albo teksy piosenek licząc na to, że ktoś kiedyś dopiszę do nich melodię. Przełomem okazał się być pandemiczny rok 2020. Akurat jesienią przechodziłam tydzień z covidem i nie było to, jak łatwo się domyślić, przyjemne. Ale po tym okresie zaczęłam przechodzić jakąś transformację, w którą nawet mnie samej bardzo trudno było uwierzyć. Dźwięki w mojej głowie zaczęły układać się w jakąś melodię i harmonię, słowa zaczęły się układać w tekst. Poczułam ten magiczny moment jakby „coś” pisało te utwory przeze mnie. Oczywiście nie byłam w stanie sama zapisać tej muzyki więc nieodzowna była pomoc Mateusza Hrynkiewicza, młodego zdolnego pianisty i kompozytora. Niesamowicie trudno opisać uczucie spełnienia, jakie towarzyszy takiemu wyrażeniu siebie i ujściu tych wszystkich emocji, które człowiek, świadomie czy też nieświadomie nosił w sobie przez całe życie. Pokusa, żeby zaprezentować to światu jest bardzo duża. I tak pojawiły się single „Back Home” czy „Something To Offer”. Okazało się, że odzew ze strony słuchaczy był na tyle pozytywny, że dostałam dodatkowej motywacji do kontynuowania tej przygody.

A potem były zaproszenia do Teleexpresu, Radia Gdańsk, Radia Opole czy też Radia Polonia. Jak zmieniło się Twoje życie? Jak wygląda Twój zespół muzyczny i zaplecze menadżerskie, odkąd o Maji Winkler zaczęło być głośno?

Przy nagrywaniu własnego materiału wspierają mnie moi koledzy z APF, których nieoficjalnie nazwałam moim Dream Bandem. Grzesiu Bauer, Marcin Essen, Jarek Meus - to muzycy najwyższej klasy i fantastyczni faceci. Natomiast opiekę managerską nad moimi muzycznymi poczynaniami sprawuje Michał Borowiec i jego artystyczna agencja Voices, na których pomocną dłoń zawsze mogę liczyć. W przyszłym roku na wiosnę czeka mnie nie lada wyzwanie, bo będę brała udział w koncercie poświęconym Tinie Turner w katowickim Spodku. Nie mogę również nie wspomnieć o niesłychanie zdolnym realizatorze dźwięku Piotrze Rudnerze, z którym współpracuję oraz o Ryśku Kramarskim i jego krakowskim Lynx Studio, gdzie w większości zostały nagrane moje dwie ostatnie piosenki.

Jaką naukę możemy czerpać z Twojej drogi życiowej?

Hmmm, może taką, że nie ma sensu tłumić w sobie pasji, bo ona prędzej czy później w jakiejś formie się zrealizuje. Albo żeby nie zakopywać talentów, bo ani siebie ani świata tym nie uszczęśliwisz. A może jeszcze inna, że to wszystko jest już gdzieś w gwiazdach zapisane. I najważniejsze: aby nigdy nie porzucać swoich marzeń, bo posiadanie ich i realizowanie sprawia, że naprawdę żyjesz.

Chcecie usłyszeć jak Maja śpiewa razem z zespołem? Chcecie zadać jej pytania, które nie padły w wywiadzie? Będzie ku temu okazja. W poniedziałek 18 grudnia wystąpi w Myślenickim Ośrodku Kultury i Sportu w ramach „Granego Poniedziałku” i nie będzie to jedyny żeński głos, jaki wtedy usłyszymy, bo zaśpiewa również w duecie z Kasią Kubiczek. Będą wyjątkowi goście, niesamowite spotkania po latach i już nic więcej nie dodamy, żeby nie spojlerować.

 

Rafał Podmokły Rafał Podmokły Autor artykułu

Dziennikarz, meloman, biblioman, kolekcjoner, chodząca encyklopedia sportu. Podobnie jak dobrą książkę lub płytę, ceni sobie interesującą rozmowę (SPORT, KULTURA, WYWIAD, LUDZIE).