Marek Pajka - „zawiesił rękawice na kołku”

Marek Pajka - „zawiesił rękawice na kołku”

W 60. minucie noworocznych derbów Dalin-Orzeł gracze Orła wykonali szpaler i pożegnali brawami swojego bramkarza Marka Pajkę - jedynego zawodnika, który dotychczas zagrał we wszystkich derbach. Marek mimo młodego wieku (a jak na bramkarza to nawet bardzo młodego, bo urodził się w 1990 roku) postanowił zawiesić rękawice na kołku, a trzeba wiedzieć, że z Orłem Myślenice jest związany od prawie 14 lat, jako zawodnik (i to nie tylko bramkarz) oraz trener grup młodzieżowych. Dlaczego tak wcześnie rezygnuje z gry dla Orła i jak zaczęła się ta historia – o to postanowiliśmy go zapytać.

Na początku rozprawmy się z pewnym mitem. Mówi się, że bramkarzami zostają tacy, których wybiera się do drużyny na samym końcu, albo tacy, którym się nie chce biegać. Tak było w Twoim przypadku ?

Ze mną była jeszcze inna historia. Ja właściwie w piłkę zacząłem grać w wieku 16 lat, a regularnie trenować dopiero jak miałem 18. Wcześniej tylko kopałem sobie koło domu, grałem z kolegami sporadycznie. Jasne, oglądałem Ligę Mistrzów, miałem pokój wyklejony plakatami piłkarzy albo drużyn, ale z perspektywy czasu mogę żałować, że w tamtych czasach nie postawiłem na treningi. Pochodzę z Lubnia i pierwszym wyborem był oczywiście Szczebel Lubień, do którego pierwszy raz trafiłem w wieku 12 lat, ale nie poradziłem sobie w rywalizacji ze starszymi kolegami. Zdarzały mi się sporadyczne występy, ale to przeważnie wtedy, kiedy jak to na wioskach się zdarza – nie było składu na mecz. Prawda jest również taka, że moje umiejętności były prawie zerowe.

To w jaki sposób znalazłeś się w Orle już jako 18 latek?

Do Orła trafiłem dosyć przypadkowo. W sumie dzięki rozmowie na komunikatorze gadu-gadu z Łukaszem Ferlakiem, który zaproponował mi przyjazd na mecz sparingowy, bo Orzeł poszukiwał bramkarza po kontuzji Wojtka Filipca. Przyjeżdżając na ten mecz i podejmując treningi pod okiem trenera Waldemara Koppa mogę powiedzieć, że dopiero wtedy zaczęła się moja przygoda z piłką na poważnie. Przez jakiś czas, po podjęciu treningów w Orle, ważyło się, czy będę pierwszym bramkarzem czy jednak rezerwowym i jadąc na inauguracyjne spotkanie z Pasternikem Ochojno byłem przekonany, że siądę na ławce. Na przedmeczowej odprawie okazało się, że wchodzę w podstawowym składzie i nawet nie miałem czasu się zestresować. „Zażarło” od razu, bo wygraliśmy to spotkanie, a ja nie puściłem bramki i taki cykl meczów na „zero z tyłu” trwał jeszcze przez kilka kolejek ligowych. Mnie samego to zaskoczyło.

To była najlepsza wersja Marka Pajki – bramkarza?

O nie, do tego było jeszcze daleko, ale rozegrałem wtedy każdy mecz w bramce w rundzie wiosennej i dobrze swoje początki wspominam. Pamiętam też jeden ze swoich najlepszych meczów. Przeciwko Skalnikowi Trzemeśnia, wygraliśmy 1:0, bramkę strzelił Michał Lech, a po meczu doszły mnie słuchy że mówiono na trybunach „uuuuu, wy długo tego Pajki nie utrzymacie w drużynie. Zaraz się po niego jakaś Wisła zgłosi”.

Zgłosiła się?

Byłem wówczas na takich otwartych testach, jakie Wisła organizowała dla potencjalnych kandydatów, a w treningu uczestniczył m.in. Filip Kurto i Dawid Marzec, którzy byli wtedy bramkarzami juniorów Wisły. Ale nie ma się co oszukiwać, trochę odstawałem od konkurencji. Jeszcze w juniorach przewinęła się propozycja ze strony Dalinu Myślenice, którą wystosował wtedy pan Zbigniew Lijewski, ale już jakoś zadomowiłem się w Orle i poczułem jak w rodzinie. Głównie Kamil Ostrowski przyjął mnie w tym klubie od pierwszego dnia tak, że szybko poczułem się jak u siebie.

Z dobrze poinformowanych źródeł wiem, że jesteś kibicem Manchesteru United. Twoim pierwszym bramkarskim idolem był Schmeichel czy Van der Sar?

Van der Sar. To zresztą w ogóle w moim, pewnie trochę subiektywnym odczuciu, najlepszy bramkarz w historii. Petera Schmeichela też naturalnie cenię bardzo wysoko, a całe kibicowanie Manchesterowi United zaczęło się - jak nietrudno zgadnąć - od tego pamiętnego finału Ligi Mistrzów z Bayernem w 1999 roku. Wtedy to on strzegł bramki United.

Pięciu najlepszych bramkarzy jakich oglądałeś?

Oprócz Van der Sara, w pierwszej piątce byłby de Gea, Neuer, Lloris, Casillas i nadprogramowo Artur Boruc, który jest pozytywnym potwierdzeniem tezy, że bramkarze to ludzie trochę szaleni i zarazem myślę, że jest najlepszym bramkarzem polskim ostatnich 20 lat.

Zagrałeś 253 oficjalne mecze w barwach Orła. Był taki, o którym chciałbyś zapomnieć?

Każdy przegrany, ale jakoś szczególnie pamiętam taki mecz z Sępem Droginia, który w przypadku zwycięstwa dawał nam awans do okręgówki. Przegrywaliśmy 0:1, a ja dostałem czerwoną kartkę za faul „ratunkowy” poza polem karnym. Ostatecznie zremisowaliśmy, ale jakoś ten mecz mi zapadł w pamięć, bo patrząc już z boku miałem przed oczami, że wysiłek drużyny przez cały sezon może pójść na marne, gdy nie awansujemy do V ligi, a ja osłabiłem w tym spotkaniu zespół. Z perspektywy czasu, może gdybyśmy stracili wtedy bramkę na 0:2, to nie udałoby się strat odrobić nawet w jedenastu?

A najlepszy mecz?

Oprócz tego ze Skalnikiem, pamiętam jeszcze zwycięstwo 1:0 z bardzo mocną wtedy Gościbią, kiedy też zachowałem czyste konto i dosłownie wszystko mi wychodziło. Dobrze wspominam również mecz z Lotnikiem Kryspinów, w którym obroniłem dwa rzuty karne. Był jeszcze taki mecz z Targowianką, w którym trener dość ryzykownie na ostatnie minuty wstawił mnie do ataku, a ja w ostatniej minucie strzeliłem bramkę z rzutu karnego na 1:0 dla Orła.

Właśnie o to chciałem Cię zapytać. Kilka lat temu, gdy powstała rezerwowa drużyna, jakieś niesamowite wyniki strzeleckie ze średnią dwóch goli na mecz zaczął w niej osiągać, grając na środku ataku niejaki Marek Pajka i część ludzi pewnie zastanawiała się czy to jakaś zbieżność nazwisk. Nie chodzi Ci czasem po głowie, że źle wybrałeś swoją piłkarską specjalizację?

Jasne. Gdybym wiedział, że mam taki talent do strzelania goli, to może wybrałbym inaczej (śmiech). Moim największym piłkarskim idolem był Ruud van Nistelrooy. W jego najlepszych czasach w Manchesterze United mówiło się w Anglii, że on potrzebuje pół sytuacji, żeby strzelić dwie bramki. Chciałem robić tak samo. Moja gra w rezerwach w ataku miała podłoże rekreacyjne, ale dziękuję bardzo Bartkowi Nawieśniakowi, który prowadził tę drużynę, za to, że odkrył we mnie snajperski talent i mogłem poczuć się jak Ruud.

Ale nie tylko z racji strzelania goli jesteś znany, ale i z bardzo wysokiego procentu obronionych rzutów karnych. Na co zwracasz uwagę starając się „rozczytać” strzelającego?

Na kilka czynników. Może swoich technik nie powinno się zdradzać publicznie, jednak uczę młodych bramkarzy również tego. Jak przed strzałem napastnik patrzy ostentacyjnie w jeden róg to prawie na pewno będzie strzelał w drugi. Dużo można też się dowiedzieć, kiedy egzekutor ustawia piłkę na „wapnie”, bo czasami nawet nieświadomie odtwarza swój rozbieg do piłki i strzał. Sugeruje ustawieniem stopy, w który róg uderzy kompletnie o tym nie myśląc. Wiele można też odczytać z ustawienia ręki w momencie, gdy napastnik bierze zamach przed strzałem. Są oczywiście strzały całkowicie nie do obrony, bo jak pocelujesz w samo okno albo boczną siatkę, to nie ma bramkarza, który by to mógł obronić. Czasem jest to też gra psychologiczna, żeby rozproszyć strzelca. Człowiek zdezorientowany i zestresowany nie jest tak precyzyjny i łatwiej wtedy o jego błąd.

Wykorzystujesz tę wiedzę samemu strzelając karne?

Tak i na tyle skutecznie, nie chwaląc się, że pierwszego karnego w oficjalnych rozgrywkach spudłowałem dopiero w niedawnych rozgrywkach Pucharu Polski przeciwko Jordanowi Zakliczyn, kiedy to w rzutach karnych po meczu trafiłem w słupek.

Grasz już kilkanaście lat w piłkę. W tym czasie pozycja bramkarza bardzo ewoluowała. Dzisiaj za sprawą takich bramkarzy jak Neuer umiejętność gry nogami wydaję się tak samo ważna, albo nawet ważniejsza od gry rękoma. Na szczeblu ligi okręgowej też coś takiego zauważasz?

Oczywiście. Dawniej, jak obrońca albo bramkarz wykopywał piłkę z piątego miejsca i przed tym w charakterystyczny sposób obijał korkami słupek, to cała drużyna szła pod linię środkową, bo to oznaczało, że za chwilę tam spadnie piłka. Dzisiaj nawet na szczeblu A- klasy jak ktoś nie próbuje rozgrywać piłki od tyłu, to już uchodzi za jaskiniowca. Chociaż też trzeba zaznaczyć, że 50-metrowy cross nie oznacza wcale, że ktoś nie umie grać w piłkę. Zmiany idą zresztą na różnych polach. Jako trener grupy młodzieżowej w Orle mogę stwierdzić , że w rozgrywkach Małopolskiej Ligi Juniorów, w których uczestniczyliśmy, na 18 zespołów, około 12 grało systemem z trzema środkowymi obrońcami, a przecież jeszcze kilka lat temu, tak grała chyba tylko reprezentacja Chile.

Na czym w ogóle polega to zamieszanie z systemem 3-5-2? Jakie on daje korzyści, że wszyscy tak wiele o nim mówią?

To temat na osobny artykuł, ale w defensywie na przykład daję przewagę nad atakującymi, bo trójka środkowych obrońców odpowiedzialna za konkretne sektory ma przeważnie przewagę liczebną w stosunku do napastników. Wahadłowi, pełniący rolę zarówno bocznego obrońcy jak i pomocnika, mogą dać w tym systemie możliwości zarówno w wsparciu obrony, jak również są świetną opcją do ataku. W każdym ustawieniu ważne jest jednak to, jak gra przeciwnik. Uważam, że w tym systemie łatwiej się bronić i też zdezorientować drużynę grającą w klasycznym ustawieniu 1-4-4-2 lub najpopularniejszym ostatnio 1-4-2-3-1. Ostatni mecz ligowy moja drużyna grała z Garbarnią i sami przekonaliśmy się jak dużo daje przejście na ten system, bo zespół z dużo wyższej półki miał sporę problemy żeby nas ugryźć. W ofensywie z kolei dało lepsze możliwości do szybkiego przechodzenia z obrony do ataku, ale również odbudowanie defensywy przez wymienność pozycji.

Wahadłowi to muszą być chyba piłkarze o żelaznych płucach.

Tak, ale wbrew pozorom są piłkarze dosłownie urodzeni, żeby na tej pozycji grać. Dla nich „wybieganie” całego meczu na wysokich obrotach na tej pozycji nie jest czymś niemożliwym, nawet w ligach juniorskich.

Jesteś, jak wspomniałeś, również trenerem grup młodzieżowych i bramkarzy. Chciałbyś pójść wyżej, czy Orzeł to spełnienie marzeń?

Gdyby pojawiła się taka szansa, to oczywiście poważnie bym to rozważył, ale Orzeł to w pewnym sensie mój drugi dom. Nie tylko grałem tutaj w piłkę, ale zaangażowałem się w życie klubu. Zdarzało mi się i kosić murawę boiska, malować linie, remontować budynek klubowy i nie robiłem tego dla pieniędzy, ale dlatego, że chciałem to robić. Miałem też okazję poznać mnóstwo fajnych przyjaciół, piłkarzy, czy szkoleniowców. Moim trenerem był Marek Dragosz, dziś trener reprezentacji amp futbolu, bardzo cenię współpracę z trenerem Pawłem Karasiem oraz oczywiście Kamilem Ostrowskim.

Czemu zawieszasz rękawice w tak młodym wieku?

Coraz trudniej godzić obowiązki zawodowe z trenerskimi i piłkarskimi. Nie byłbym w zgodzie z samym sobą, gdybym wchodził do bramki bez solidnego przygotowania w trakcie tygodnia, bo jak się w coś angażuję, to chciałbym to robić na 100 procent.

Co chciałbyś powiedzieć młodym piłkarzom zaczynającym karierę?

Chyba to, żeby nigdy nie przestawali doskonalić swoich umiejętności. Ja jestem klasycznym przykładem, że nawet zaczynając stosunkowo późno uprawiać sport, można podszkolić swoje umiejętności i świetnie wspominać czas spędzony na boisku. Nie zrobiłem nie wiem jakiej kariery, ale gdybyście zobaczyli 16-letniego Marka Pajkę i tego 10 -12 lat później, to nie uwierzylibyście, że to ta sama osoba. Przynajmniej na boisku.

 

Rafał Podmokły Rafał Podmokły Autor artykułu

Dziennikarz, meloman, biblioman, kolekcjoner, chodząca encyklopedia sportu. Podobnie jak dobrą książkę lub płytę, ceni sobie interesującą rozmowę (SPORT, KULTURA, WYWIAD, LUDZIE).