Moja myślenicka edukacja

Moja myślenicka edukacja
Ryszard Tadeusiewicz Fot. Naukowiec AGH, absolwent myślenickiego LO

Ten numer Gazety poświęcony jest historii Myślenic. Są w nim na pewno artykuły sięgające daleko w przeszłość albo opowiadania tych, którzy tę historię miasta w jakiś sposób kształtowali, bo czymś ważnym zarządzali. Ja nie studiowałem dawnych kronik, a zarządzałem w Myślenicach jedynie sklepikiem w spółdzielni uczniowskiej. Więc moja opowieść będzie o tym, jak Myślenice kształtowały mnie – a nie odwrotnie.

Moje życie splotło się z historią Myślenic pod koniec 1959 roku. W okresie między Świętami Bożego Narodzenia a Nowym Rokiem przyjechałem wtedy wraz z Rodzicami z Brzegu Dolnego (w Województwie Wrocławskim), gdzie się wychowywałem od najmłodszych lat - właśnie do Myślenic. Przyczyną tej przeprowadzki był stan zdrowia mojej Mamy, która chorowała na Śląsku, więc lekarze nakłaniali Rodziców na zmianę miejsca zamieszkania, przypisując te choroby złemu klimatowi, jaki niestety panował w owym Brzegu.

Ojciec był prezesem PSS w całym powiecie i spotkał na jednym z ogólnopolskich szkoleń prezesa PSS z Myślenic, który poszukiwał głównego księgowego. Perspektywa przenosin do słynących z dobrego powietrza Myślenic była tak kusząca, że Ojciec zgodził się pracować na mniej prominentnym stanowisku, cała rodzina zgodziła się na mieszkanie w gorszych warunkach (na Śląsku mieliśmy do dyspozycji dużą poniemiecką willę z ogrodem) a ja musiałem pożegnać moich szkolnych kolegów w połowie 6. klasy – i przyjechaliśmy z ciężarówką pełną mebli do Myślenic.

Po przerwie świątecznej, 7. stycznia 1960 roku rozpocząłem naukę w Szkole Podstawowej nr 1 im. Juliusza Słowackiego w Myślenicach. Nasza klasa nie mieściła się w okazałym głównym budynku szkoły, ale ze względu na ciasnotę była umieszczona w oficynie, do której przechodziło się przez bramę o adresie (obecnie) Rynek 27. Obecnie ta oficyna, w której pobierałem pierwsze nauki w Myślenicach, ma adres Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego 10 i mieści się tam ... toaleta publiczna. Jeśli komuś z Państwa jakiś mój felieton się nie podoba, to może dobitnie wyrazić swoją dezaprobatę właśnie w owej toalecie.

Sytuacja poprawiła się po wakacjach, gdy został oddany do użytku nowy budynek Szkoły Podstawowej nr 2 imienia Bohaterów Westerplatte przy ulicy Żeromskiego 2. W tej szkole wszystko pachniało nowością, klasy były obszerne i przestronne, korytarze również, więc naprawdę miło się tam uczyło. Największą nowością było to, że w tej szkole wprowadzono klasy koedukacyjne (wcześniej uczyłem się w klasie stricte męskiej). Sądzę, że nikt dzisiaj nie potrafi sobie wyobrazić, jaka to była wtedy sensacja!

Pozbawiony towarzystwa przyjaciół z lat dziecinnych zacząłem masowo czytać książki, głównie popularnonaukowe. Pochłaniałem ich całe mnóstwo i niebawem okazało się, że przeczytałem wszystkie książki tego typu, jakie skromna myślenicka biblioteka miała na składzie. Ale dzięki tej lekturze zacząłem odnosić sukcesy w różnych konkursach. Sporo tego było, ale moi koledzy jakoś to znosili (chociaż zwykle takich prymusów się nienawidzi...), bo ja „byłem nietutejszy”.

Po ukończeniu szkoły podstawowej w 1961 roku zapisałem się do Liceum Ogólnokształcącego im. Tadeusza Kościuszki – i znowu wpadłem w zupełnie nowy świat. Pomimo zainteresowań techniką (już wtedy pragnąłem zostać inżynierem) trafiłem do klasy z profilem nauczania bardzo humanistycznym z wiodącym przedmiotem, jakim była łacina. Wychowawczyni pochodziła z arystokratycznej rodziny i wpajała nam tradycyjne zasady dobrego wychowania. Na jej powitanie postawaliśmy na baczność i deklamowaliśmy „Salve domina magistra!” Miało to swój urok, a zamiłowanie do starożytnej literatury pozostało u mnie do dziś.

Ale intelektualnie uformował mnie genialny nauczyciel fizyki z tego Liceum, a nauczycielka matematyki nauczyła nas na kółku zainteresowań rachunku różniczkowego i całkowego, co bardzo znacząco wykraczało poza program szkolny.

To była naprawdę bardzo dobra szkoła, której dużo zawdzięczam. A jedynym ciemnym punktem była nauczycielka języka rosyjskiego, która mało nas uczyła, natomiast na każdej lekcji wtłaczała nam komunistyczną propagandę w sposób tak prymitywny i nachalny, że uodporniła mnie na nią na całe życie. A ponieważ mino nacisków nie zapisałem się do kierowanej przez nią organizacji ZMW – jedyną nie bardzo dobrą ocenę na maturze mam z języka rosyjskiego.

I jestem z tego dumny!