Muzykę miał we krwi

Muzykę miał we krwi
Józef Romek zmarł w wieku 78 lat Fot. Fot. Rafał Podmokły

W minionym tygodniu pożegnaliśmy Józefa Romka. To co go wyróżniało to z całą pewnością talent muzyczny, barwna osobowość i poczucie humoru. Można powiedzieć, że z takim zestawem był „skazany” na zostanie artystą estradowym i tak też się stało. Był również, a może przede wszystkim, muzykiem i kompozytorem. I to nie wszystko, bo był także pedagogiem i wykładowcą. Zmarł 8 stycznia br. w wieku 78 lat.

W latach 70-tych i 80-tych współtworzył niezwykle popularne wtedy formacje. Najpierw Tropicale Thaitii Granda Banda, a później Mortale.

Z tą pierwszą - „legendarną, humorystyczną grupą muzyczną uprawiająca pastisz, groteskę” - jak opisują ją Andrzej Domagalski i Leszek Kwiatkowski w swojej książce „Kabaret w Polsce 1950-2000”, dał ponad 3000 występów w Polsce i zagranicą.

Potem dołączył do grupy Mortale, w której jak piszą wspomniani już autorzy „Kabaretu w Polsce…”, „uchodził za najlepszego wiolonczelistę wśród akrobatów i najlepszego akrobatę wśród wiolonczelistów a prasa zagraniczna widziała w nim mistrza muzycznej groteski”.

Sam Józef Romek w wywiadzie dla „Gazety Myślenickiej” w 2016 roku wspominał, że z Mortalesami zawitał na wszystkie kontynenty z wyjątkiem Ameryki Południowej. Występowali na najważniejszych scenach świata, m.in. w paryskiej „Olimpii”, berlińskim Friedrichstadt-Palast i nowojorskim Radio City Music Hall. - Mieliśmy okazję w czasie tych muzycznych podróży spotkać taką ekstraklasę show-biznesu, jak m.in. Helena Vondrackowa, Jiri Korn, Josephine Baker, no i Louis Armstrong, który nawet specjalnie wykonał „Marsz Gladiatorów” - w takim towarzystwie się wówczas obracali Mortalesi” – opowiadał.

Z kolei na przełomie XX i XXI wieku był częścią Kabaretu Bohdana Smolenia.

We wspomnianym już wywiadzie dla „Gazety Myślenickiej” mówił: - Jeszcze przed przygodą z kabaretem założyłem kwartet wokalny męski „Crazy Revellers” dla którego teksty jedne z ostatnich w swoim życiu pisał Jonasz Kofta. Ten epizod jest trochę w mojej drodze artystycznej zapomniany, a szkoda, bo to jeden z bardziej udanych muzycznych projektów w jakich brałem udział.

Ze wspomnianym formacjami zjeździł niemal cały świat, ale swoje artystyczne piętno odcisnął także w Myślenicach, gdzie mieszkał. Po latach ta jego działalność została doceniona przez czytelników „Dziennika Polskiego”, którzy przyznali mi tytuł „Osobowości Ziemi Myślenickiej”.

Kiedy zmarł pożegnania popłynęły w wielu stron. Z Myślenickiego Ośrodka Kultury i Sportu, Zespołu Pieśni i Tańca „Ziemia Myślenicka”, Państwowej Szkoły Muzycznej I stopnia w Myślenicach, w której kiedyś uczył oraz Teatru Przy Drodze, z którym współpracował komponując muzykę do jego spektakli.

Jego czułe na muzykę ucho potrafiło także wyławiać aktorskie, muzyczne i wokalne talenty. Pochodząca z Myślenic aktorka Natalia Hodurek-Ratuszny wspomina: - Ilekroć nas odwiedzał pierwsze kroki po przywitaniu kierował do pianina, na którym zaczynał grać, a ja śpiewałam. Od zawsze bardzo mocno wierzył w to, że mam talent – mówi.

W swoim pożegnalnym wpisie podziękowała mu za to i za to „dmuchanie w skrzydła” i wsparcie na które zawsze mogła liczyć. - „Kiedy wspólnie nagraliśmy płytę z piosenkami dla dzieci i nie mieliśmy w domu sprawnego sprzętu, na którym można byłoby ją puścić, siedzieliśmy wszyscy w garażu w aucie mojego taty żeby tam przesłuchać całość i ten obraz do dziś sprawia że się uśmiecham. Dziękuję Ci za każdy duet, za każdy akompaniament nawet wtedy kiedy w ostatniej chwili potrzebowałam kogoś kto wystąpi ze mną w konkursie poezji śpiewanej - byłeś od razu, bez zawahania. Dmuchałeś w moje skrzydła z całych sił od samego początku! Dawałeś mi siłę i wiarę, że śpiewanie to najlepsza droga!”

Podobne wspomnienia zachowała w pamięci Agnieszka Cahn, jego była uczennica z Państwowej Szkoły Muzycznej w Myślenicach, z którą wspólnie stworzył kilka kolęd komponując muzykę do napisanych przez nią tekstów. - To było tylko kilka razy w życiu, ale są takie momenty w naszym życiu, które je oznaczają i dla mnie każde spotkanie z nim było takim niezapomnianym punktem zwrotnym – mówi Agnieszka.

Lista jego zasług dla lokalnej (i nie tylko lokalnej) kultury jest długa. Współtworzył myślenicki Festiwal Pieśni Chóralnej „Kolędy i Pastorałki”, którego XXXI edycja odbyła się w miniony weekend.

W latach 80-tych minionego wieku założył i prowadził chór kameralny Capella Myslenicensis, który stał się zalążkiem chóru Zespołu Pieśni i Tańca „Ziemia Myślenicka”.

To właśnie tam zaczęła się jego przyjaźń z Janem Ślósarzem, która przetrwała 40 lat.

- Kiedyś na próbie Capelli Myslenicensis pojawił się prof. Henryk Duda, współtwórca ZPIT Ziemia Myślenicka” i zaprosił nas na próbę zespołu, po której staliśmy się… chórem ZPIT Ziemia Myślenicka. Początki nie były łatwe, bo nie mieliśmy pojęcia o ruchu scenicznym, o choreografii, ale z czasem i tego się nauczyliśmy. To właśnie prof. Henryk Duda rekomendował Józia na kierownika muzycznego „Ziemi Myślenickiej”, a Józio stworzył nie tylko chór, ale również kapelę, w której zresztą sam grał, raz na akordeonie, raz na kontrabasie, słowem na tym na czym akurat było trzeba zagrać. Przygotowywał też aranżacje pierwszych utworów, które weszły do repertuaru zespołu.

Przy okazji jednego z jubileuszów „Ziemi Myślenickiej” w wywiadzie dla „Dziennika Polskiego” Józef Romek wspominał: - Pamiętam dziesiątki, a może nawet setki godzin spędzonych na objeżdżaniu myślenickich wsi. Szukałem ludzi, którzy pamiętali stare, myślenickie przyśpiewki, nagrywałem ich na magnetofon, który dzisiaj mógłby posłużyć jako eksponat muzealny, potem wraz z folklorystą profesorem Januszem Mroczkiem z AM w Krakowie opracowywaliśmy materiał pod względem autentyczności i pod względem muzycznym.

Przez kilka lat obydwa chóry działały równolegle i obydwoma kierował Józef Romek. Każdy z nich miał swoją specjalność. Capella Myslenicensis śpiewała klasykę chóralną, chór Ziemi Myślenickiej - utwory ludowe.

– Józek znał się zarówno na muzyce klasycznej, jak i na kościelnej, wszak jego tata był organistą, i na ludowej, bo pochodził z Łętowni. W pamięci mam występ w partnerskim dla Myślenic niemieckim mieście Ludenscheid. Ostatniego dnia śpiewaliśmy tam podczas mszy. W kościele było wielu mieszkających tam, w Niemczech Polaków. Już wejście do świątyni naszej zespołowej młodzieży ubranej w stroje ludowe zrobiło wielkie wrażenie. Nasz chór zaśpiewał kilka różnych utworów, w tym jak dobrze pamiętam m.in. Bacha, a na sam koniec, już po mszy, po chwili ciszy jaka zaległa w kościele, rozbrzmiało po polsku „Boże coś Polskę”, pieśń, której specjalną aranżację Józek przygotował na tę okazję. Patrzę jak nami dyryguje i widzę, że po policzkach zaczynają płynąć mu łzy. Po chwili ja również płakałem i inni też. Ledwo dośpiewaliśmy utwór do końca kiedy rozległy się ogromne brawa. Koncertowaliśmy też jeszcze m.in. w Japonii. I na tych wyjazdach i tu na miejscu, gdzie nieraz występowaliśmy po kilka razu w tygodniu, było dużo pracy, ale to była ogromna przyjemność, bo Józek był prawdziwym „człowiekiem-orkiestrą”, był nieprawdopodobnie zdolny muzycznie, a przy miał w sobie dowcip i luz, co czyniło go prawdziwą duszą towarzystwa, gdziekolwiek się znalazł – wspomina Jan Ślósarz.

Przyjaźń łączyła go także ze Zdzisławem Uchaczem. – Wspaniały muzyk i taki sam przyjaciel. Z niesamowitym poczuciem humoru. Czy ktoś szedł kiedyś przez osiedle z kozą? Ja owszem. Szliśmy sobie razem: Józek, ja i koza z wiankiem na łbie. Najpewniej z nikim innym bym tego nie zrobił, ani tym bardziej sam. Tak samo tylko Józek mógł wpaść na pomysł, aby, kiedy spotykaliśmy się pośpiewać, przygrywać nam na akordeonie stojąc na drabinie opartej o czereśnię.

Po tej przyjaźni zostały nie tylko wspomnienia, ale także kilka utworów, do których Zdzisław napisał teksty a Józef skomponował muzykę. To m.in. „Tułacza dola”, „Ballada Podbeskidzka” i „Do Ciebie biegnę Matko”, który to utwór wybrzmiał na pogrzebie.