Nieoczywista droga od hydrauliki do druku

Nieoczywista droga od hydrauliki do druku
Mateusz Suder Fot. Fot. Archiwum prywatne

Czasem mówi się, że ktoś „doszedł do ściany” mając na myśli, że napotkał na problem, który go przerasta. Dla tej osoby to kres możliwości. W zupełnie innym sensie do ściany doszedł Mateusz Suder, przedsiębiorca z Głogoczowa. On zrobił to, żeby tę ścianę… zadrukować. Dla niego to nie kres, a początek nowych możliwości.

Zakładając firmę MD Suder nie przypuszczał, że doprowadzi go ona do zajęcia się drukiem ściennym, a jednak od kilku miesięcy realizuje się w tej branży.

- Jednoosobową działalność gospodarczą założyłem, bo była mi potrzebna do wykonywania pracy, jakiej się podjąłem a mianowicie przedstawiciela handlowego w branży budowalnej. Z czasem pomyślałem, że chciałbym robić coś więcej, mieć dodatkowe źródło dochodu i szukając pomysłu czym mógłbym się zająć wpadliśmy z żoną na pomysł zajęcia się drukiem ściennym. Po tym jak natknęliśmy się w intrenecie na wzmianki o nim pomyśleliśmy „dlaczego, nie?”, zwłaszcza, że branża drukarska nie jest nam obca. Tak powstało MD Wall – mówi Mateusz.

Do drukarni trafił przypadkiem, a było to niedługo po tym jak skończył zasadniczą szkołę zawodową o specjalności monter instalacji sanitarnych. - Nie zdałem egzaminu praktycznego za pierwszym razem, a do kolejnego mogłem podejść dopiero za rok, dlatego żeby coś przez ten rok robić szukałem pracy i znalazłem ją w drukarni. Polubiłem ją na tyle, że nawet kiedy nie przedłużono ze mną umowy w tamtym miejscu, kolejnej pracy szukałem również w branży drukarskiej.

Znalazł ją. I to nie tylko pracę. To, co początkowo mogło się wydawać pechem, okazało się mieć szczęśliwy finał, bowiem egzamin przy ponownym podejściu zdał, a w drukarni, do której pewnie by nie trafił, gdyby go zdał za pierwszym razem, poznał Dominikę, swoją przyszłą żonę. Dziś tworzą szczęśliwą rodzinę i to już nie tylko we dwójkę.

- Po trzech latach zmieniłem tamtą pracę na inną, już w innej branży. Nie przestałem jej lubić, ale zdecydowały inne względy, m.in. mniejsza odległość i krótsze dojazdy – mówi Mateusz. – W nowym miejscu zaczynałem jako magazynier a potem dostałem propozycję zostania przedstawicielem handlowym. Zgodziłem się i to właśnie w związku z tym nowym zajęciem założyłem działalność gospodarczą. Było to w lutym 2024 roku. Wtedy jeszcze w ogóle nie myślałem o druku ściennym.

Kiedy pojawił się pomysł na poszerzenie zakresu świadczonych usług właśnie o druk i zaczęli wcielać go w życie kupując specjalną maszynę, Mateusz, który jest pasjonatem gry w piłkę nożną, złapał na boisku kontuzję, która na dłuższy czas wyłączyła go nie tylko z gry w piłkę. – Akurat kiedy przyjechała do nas maszyna zostałem na pół roku „uziemiony” i z tego powodu wystartowaliśmy z kilkumiesięcznym poślizgiem – mówi Mateusz.

Życie jeszcze raz pokazało, że nic nie dzieje się bez powodu, bo jego pierwszym klientem został specjalista, który pomagał mu dojść do sprawności po wspomnianej kontuzji.

Zanim to się stało „trenowali” na ścianach własnego domu. Teraz mają za sobą już różne realizacje, w tym przenoszenie na ścianę starej, archiwalnej fotografii.

- Teoretycznie to zajęcie nie wymaga specjalnej wiedzy, ale z pewnością doświadczenie z pracy w drukarni przydało się i przydaje. Bez podstawowej wiedzy graficznej, kolorystycznej byłoby z pewnością trudniej. Zdarza się, że klient wysyła plik pewien, że wszystko jest w porządku, a tymczasem okazuje się, że kolory trzeba poprawiać wiele razy żeby na przykład to co ma być złote takie było. Stres jest za każdym razem, bo z drukiem ściennym jest trochę tak jak z tatuażem, kiedy już się zacznie to nie ma odwrotu, dlatego zanim maszyna ruszy wszystko musi być dopięte na ostatni guzki – mówi Mateusz i dodaje, że nieocenionym wsparciem jest dla niego żona, która pomaga mu w prowadzeniu biznesu. Nieprzypadkowo w nazwie firmy znalazł się także inicjał jej imienia.

- Druk ścienny jest trochę jak… hydraulika, bo nie ma dwóch identycznych zleceń. Bo nawet jeśli nadruk jest identyczny to każda ściana jest inna – śmieje się Mateusz. – Nie planuję, przynajmniej na razie powrotu do wyuczonego zawodu, ale też nie wykluczam, że kiedyś do niego wrócę, tym bardziej, że mam z nim kontakt chociażby przy okazji remontów w domu, które robię sam i lubię to. Powiedzmy, że traktuję hydraulikę jako „plan B”.

Na razie w planach, oprócz rozwoju firmy, ma powrót do gry w piłkę i do klubu, jeśli tylko, jak mówi, ponownie go tam zechcą.

- Od czasów gimnazjum grałem amatorsko w klubie w swoim rodzinnym Głogoczowie. Zaczynałem jako trampkarz, potem grałem w juniorach, a w końcu w seniorach. Jeśli tylko będą mnie z powrotem chcieli z chęcią wrócę do gry. Prowadząc firmę pewnie trudniej jest znaleźć czas na swoje pasje, ale dla chcącego nic trudnego – mówi Mateusz.