O zwierzętach mówi: „Są podmiotem, nie przedmiotem”
Miłość do zwierząt wyniosła z domu rodzinnego. Jako nastolatka zaczęła pracować społecznie w schronisku dla psów, a jako dorosła kobieta założyła w Głogoczowie firmę, również z myślą o psach i dla nich. Tą firmą jest Szkolenie i Hotel dla Psów „Lupus”, a kobietą, która stoi za tym przedsięwzięciem - Marta Domagała. Jej pracą i pasją jest pomaganie zwierzętom.
- Jako nastolatka zostałam wolontariuszką w schronisku, choć nikt wtedy nie nazywał tego wolontariatem, mówiło się „praca społeczna”. Skupiałam się przede wszystkich na psach, które były „po przejściach”, miały różne problemy behawioralne i zdrowotne, a tym samym mniejsze szanse na adopcję. Robiłam co mogłam, aby te szanse zwiększyć i żeby jak najwięcej spośród nich znalazło nowe domy – wspomina Marta, właścicielka „Lupusa”.
Pomagając psom, z którymi los obszedł się najgorzej, pomagała też tym, które miały dobre domy i dobrych właścicieli, którzy jednak od czasu do czasu chcieli np. wyjechać na wakacje, bez czworonogów. Zabierała je więc do domu i opiekowała się nimi. - Wtedy nie było jeszcze hoteli dla psów i nieraz różni ludzie przychodzili do schroniska, aby zapytać o możliwość zostawienia psa na tydzień czy dwa wakacji, bo planowali wyjazd i nie mieli z kim zostawić czworonogów. Zabezpieczenie psu opieki jest obowiązkiem właściciela. Dobrze jeśli w takim przypadku może liczyć na rodzinę lub przyjaciół, bo schroniska, dziś jeszcze bardziej niż kiedyś rygorystycznie tego przestrzegają i nie przyjmują psów mających właścicieli. Za utrzymania psa w schronisku płacą dziś gminy, dlatego nie można przyjść i powiedzieć, że to jest mój pies, ale oddaję go, bo go już nie chcę, albo wyjeżdżam na wakacje – mówi Marta.
Wtedy nie miała jeszcze pojęcia o tym, że sama w przyszłości otworzy i będzie prowadziła hotel dla psów.
Stało się to dużo później, kiedy założyła rodzinę i została mamą. – Szukałam pomysłu, aby połączyć pracę z opieką nad dziećmi i byciem z nimi w domu. Pomysł padł na szkolenie psów, czym już wcześniej zajmował się mój mąż, a jednocześnie hotel dla psów – mówi.
Początki firmy sięgają roku 2009. „Lupus” w nazwie, czyli z łaciny „wilk” to pomysł Marty, z wykształcenia historyczki. Historia to, jak mówi, sięganie do korzeni, a wilk jest przecież przodkiem psa.
I tak z jednej strony zajmują się szkoleniem psów. Cel może być różny, ale najczęściej jest nim sprawienie, aby pies słuchał właściciela, był posłuszny. - Uczymy psy, ale też właścicieli jak mają postępować z psami, bo opieka to nie tylko karmienie, czy wyprowadzanie na spacer, ale również, komunikacja, a psy świetnie wyczuwają intencje człowieka, jego charakter, temperament – tłumaczy Marta i dodaje, że dlatego tak ważne jest, aby zwierzę i człowiek tworzyli zgrany zespół.
Równolegle do tego prowadzą hotel, w którym właściciele psów mogą zostawić swoich pupili, kiedy sami wybierają się na wakacje czy w delegację. Marta, która jest w nim zarówno dyrektorem, jak również odpowiada za wyżywienie swoich gości, sprzątanie po nich, a także o część rekreacyjną, czyli spacery, mówi, że zdarzały się też inne przypadki: - Ktoś dzwonił, bo babcia zachorowała i nie ma się kto zająć psem, ktoś inny sam trafił do szpitala, a jeszcze ktoś inny przechodził rehabilitację i w związku z tym nie mógł wychodzić z psem na spacer. Dziś mamy w znakomitej większości stałych klientów. To m.in. osoby wyjeżdżające w delegacje. Ich psy traktują nasz hotel jak drugi dom – mówi Marta, która doczekała się już niejednej pozytywnej opinii w sieci. Ktoś pisze, że myślał, iż nie znajdzie opiekuna dla swojego psa ze względu na jego niełatwy charakter aż pojawiła się ona - „ciocia”. Ktoś inny chwali za „ogrom miłości do futrzastych przyjaciół”.
- To praca trwająca 7 dni w tygodniu, 365 dni w roku, z których każdy to 14 godzin bycia na nogach - mówi Marta. I dodaje: - Uwielbiam góry i górskie wędrówki, ale o urlop dla nas samych, choćby jednodniodniowy jest trudno, bo oprócz psów „hotelowych” mamy także psy będące na różnych „życiowych zakrętach”, które trafiają do nas w efekcie naszej współpracy z kilkoma fundacjami. Mamy też trzecią grupę psów, te nazywam „ratunkowymi”. Odkarmiany je, jeśli są zagłodzone, wyprowadzamy z traum, leczymy, szkolimy. Wszystko po to, aby miały szanse na znalezienie nowego domu. Co istotne, zawsze przed wydaniem ich do nowych domów sterylizujemy je. Robimy to, żeby nie mnożyły się, bo już i tak mamy nadpopulację zarówno psów jak i kotów, co widać chociażby w schroniskach. A oprócz tego, czyli m.in. psów „hotelowych” i „ratunkowych”, mamy jeszcze cały nasz „domowy” zwierzyniec, a w nim psy, koty i konie – mówi Marta.
Jak dodaje, świadomie sobie takie zajęcie wybrała, dlatego stara się nie narzekać . - Owszem, nieraz trzeba np. wstać w nocy żeby podać psu lek, ale przecież nie takie trudności się w życiu zdarzają. Dla mnie zwierzęta zawsze były i są podmiotem, nie przedmiotem – mówi.
Konie to także jej pasja, której początki sięgają jeszcze czasów dziecięcych i gospodarstwa dziadków. W jej gospodarskie jest ich w tej chwili pięć.
- Są wśród nich konie uratowane przed rzeźnią. To od początku do końca nasza prywatna inicjatywa – mówi. Na pytanie dlaczego to robi, odpowiada: - Chciałabym im zapewnić szczęśliwe życie. Skoro nie miały dobrego startu to niech chociaż mają dobry koniec.
Choć wie, że całego świata nie zbawi i nie zdoła sprawić, że każde zwierzę będzie miało szczęśliwe życia to, jak zapewnia, warto aby każdy robił coś w tym kierunku, dołożył choćby najmniejszą „cegiełkę”. - Kiedyś zadałam sobie trud i policzyłam, że udało się nam, mnie i mężowi, znaleźć nowe domy dla ponad 200 psów. To mniej więcej tyle ile liczy średniej wielkości schronisko, więc to chyba nie taki zły wynik. To mnie upewniło, że warto to robić, warto się starać. Dopóki schroniska nie opustoszeją i wszystkie psy nie znajdą swoich domów, warto. A największą nagrodą dla mnie są szczęśliwe psy żyjące pełnią swojego psiego życia i ludzie, którzy je adoptowali. Ludzie, którzy nas odwiedzają, przysyłają nam zdjęcia psiaków i życzenia z okazji rocznicy adopcji.
