Okres transformacji ustrojowej w moich wspomnieniach (cz. 1)

Historia 4 stycznia 2022 Wydanie 1/2022
Okres transformacji ustrojowej w moich wspomnieniach (cz. 1)
Grupa kolędników z lat 40-tych

Każdego kiedyś dotykają przypadłości podeszłego wieku. Wtedy pobieranie z państwowej kasy jałmużny w postaci emerytury podsuwa różne myśli jak zagospodarować problem nadmiaru czasu. Jest go więcej, aby śledzić politykę, czytać prasę i opiniować postępowania innych. Przychodzi refleksja z przeżytych lat, ze śladów, jakie pozostają po pracy zawodowej. Życie można porównać do filmu, w którym przyszło pełnić rolę głównego bohatera i zarazem jedynego obserwatora- widza.

Często mając sprawny umysł ludzie piszą pamiętniki, a w nich silą się na własną ocenę różnych zdarzeń z nadzieją, że ktoś, kiedyś zechce z zainteresowaniem je przeczytać i skorzystać z sugestii. A jeśli nie, to zostanie odrobina historii, aby rodzina miała wiedzę o swojej sadze.

Dzisiaj mnie przyszła taka myśl, by swoją wiedzę przelać na papier.

Inspiracją do tego wywodu stało się wydawnictwo pod nazwą „Monografia Myślenic”. Dzieło ze wszech miar pożyteczne przedstawiające długą historię mojego miasta. Czytając zatrzymałem się na okresie czasu bezpośrednio po II wojnie światowej, w którym przyszło mi spędzić swoje dziecięce lata i chcę go uzupełnić własnymi doznaniami.

W Myślenicach się urodziłem i tutaj spędziłem młode lata. Z tego miasta pochodziła moja rodzina od wczesnego pokolenia, zarówno ze strony mamy jak i taty. Byliśmy typowymi miejscowymi „krzakami”. Od najmłodszych lat miałem okazję uczestniczyć w życiu mieszkańców tego miasta. Na różnych spotkaniach towarzyskich i rodzinnych czerpać wiedzę z opowiadań i wspomnień kojarząc opowieści z faktami.

Zacznę od własnej rodziny. Jak wiele podobnych rodzin swój pobyt i życie związali z małym miasteczkiem przy drodze do Zakopanego. Dziadek mój nabył umiejętność, a później doświadczenie w produkcji kapeluszy. Wykonywał je i sprzedawał na jarmarkach dla miejscowych gospodarzy. Miał profesjonalny warsztat z niezbędnymi narzędziami i formami do modelowania różnych wielkości i fasonów. Wówczas wśród różnych rzemiosł funkcjonował zawód kapelusznika.

Jarmarki odbywały się co dwa tygodnie, zawsze w poniedziałki w samym centrum miasta, na Rynku. Było to wówczas prawdziwe święto dla gospodarzy. Odświętnie ubrani przyjeżdżali furmankami ze swoimi produktami, by je sprzedać i w zamian kupić inne im potrzebne. Była okazja na pochwalenie się swoim dobytkiem toteż żaden szanujący się gospodarz nie pozwolił sobie na opuszczenie jarmarku. Od wczesnego ranka ciągły do miasta wozy, by zająć sobie dogodne miejsce. Wtedy cały Rynek był pełny końskich zaprzęgów, a w następny dzień służby miejskie miały zajęcie w porządkowaniu pozostawionego bałaganu. Jako ciekawostkę przypominam jak we fragmencie Rynku, naprzeciwko zakładu fryzjerskiego Wiktora Ćwierzyka na końskim nawozie rosły grzyby - pieczarki. Będąc chłopakiem wczesnym rankiem biegałem, by je wyzbierać przed konkurentami.

Rynek w owym czasie wyglądał jak olbrzymie klepisko, na którym odbywały się różne dziecięce zabawy. We wczesnych latach pięćdziesiątych na Rynku palono ogniska z okazji Zielonych Świątek. Starsi kilkunastoletni chłopcy urządzali sobie zabawę przeskakując przez ogień, by przez moment chować się w jego płomieniach.

Przy okazji targów była okazja zaprzyjaźnienia się gospodarzy, wypić sznapsa w miejscowym szynku i omówić inne interesy. Rodzice opowiadali jak przed wojną z takiego zapoznania wynikło wesele. Jeden gospodarz miał córkę, a drugi chłopaka więc ustalili, że ich pożenią. Ustalono wiano, majątek dla nowożeńców i rodzice przyklepali umowę. W najbliższą niedzielę w półkoszku (kosz „pleciony z pręci o trzech ścianach, wyścielający ścianę szczytową, dno i boki wozu”) przywieziono narzeczonego do panny i mimo że młodzi pierwszy raz się widzieli, ustalono terminy zapowiedzi oraz wesela. Wówczas rodzice decydowali o losie swoich dzieci. Znałem tę parę, bo mieszkali w moim sąsiedztwie. Byli szczęśliwym małżeństwem i wychowali piątkę dzieci.

Moja rodzina była typową drobno mieszczańską, trudniącą się handlem i rzemiosłem. Jeszcze w okresie I wojny światowej mój dziadek zmienił się w sklepikarza. Otworzył sklep kolonialny, którym zaopatrywał sąsiadów w potrzebne im artykuły gospodarskie. Można było u niego nabyć towary zarówno spożywcze jak i przemysłowe czyli przysłowiowe „szwarc, mydło i powidło”. Handel prowadził wraz z babcią skutecznie konkurując z Żydami będąc wśród nich wyjątkiem. W różny sposób zachęcał sąsiadów do kupna towarów. Między innymi na podwórku, za domem, założył pszczelą pasiekę i mając miód obdarowywał nim swoich stałych klientów, według tradycji przed Wigilią Bożego Narodzenia - słoik miodu do opłatków.

Przerwał kapelusznictwo, ale umiejętności pozostały. Kiedyś, już po wojnie, gdy miałem sześć lat dziadek zrobił mi ładny kapelusik według przedwojennej mody. Przedefilowałem w nim w niedzielę z rodzicami do kościoła. Ale był to ostatni raz, gdy miałem go na głowie. Moi rówieśnicy mieli radochę, wytykali mnie palcami i z uśmiechem traktowali jak przebierańca przeto zbuntowałem się i stanowczo odmówiłem dalszego ubierania.

Swoją przedsiębiorczością dziadek zaraził najstarszego syna Władysława, który swoje młode lata przeznaczył na założenie i rozwój biznesu. W latach trzydziestych stryj rozpoczął produkcję wód gazowanych. Na myślenickim rynku wtedy sprzedawano już wody gazowane pochodzące z żydowskiej rozlewni. Były marnej jakości więc była okazja wejść na rynek z lepszym towarem. Wtedy Żydzi złożyli składkę pieniężną na dotację dla swoich ziomków, by obniżką ceny pozbyć się gojowskiego konkurenta. Dzisiaj takie postępowanie nazwalibyśmy zabronionym prawnie „dumpingiem łupieżczym”, w którym proponowanie cen niższych od kosztów wytworzenia ma na celu nieuczciwe wyeliminowane z rynku konkurencyjne przedsiębiorstwa, by po staniu się monopolistą podwyższyć ceny oraz zrealizować zysk - i tak było w tym przypadku.

W takiej sytuacji, aby wygrać rywalizację, postawiono na jakość. Zastosowano reżim technologiczny i wody Osińskiego miały więcej gazu (dwutlenku węgla), były produkowane na smaczniejszych zaprawach oraz napełniane do butelek oraz do estetycznych 3 i 5-cio litrowych szklanych pojemników z wytłoczoną nazwą firmy. Tym sposobem zyskano pozytywną opinię lepszej jakości. Osiągnięto skutek, w którym żydowskie „krachle” stały się pospolite, a na stołach wystawnych przyjęć znajdowały się butle z napisem Władysław Osiński, co mogło zakrawać snobizmem.

Nałóg przemysłowca pochłonął stryja tak dalece, że nie znalazł czasu, aby uporządkować swoje matrymonialne życie i do końca pozostał kawalerem. Rozwijał swój biznes. Hodował dwa konie, aby furmanką mógł rozwozić towar po miejscowych wioskach i jeszcze przed wojną zakupił wieloosobowy samochód, by przewozić podróżnych z Myślenic do Krakowa.

Tomasz Osiński