Orzeł to moje miejsce, ale wiem, że żeby się rozwijać, trzeba iść dalej

Orzeł to moje miejsce, ale wiem, że żeby się rozwijać, trzeba iść dalej

Kamil Ostrowski

Kamil Ostrowski to żywa legenda lokalnej piłki. Jako trener Orła Myślenice przeprowadził pierwszą drużynę od zespołu walczącego o utrzymanie w Klasie Okręgowej do środka tabeli V Ligi. Jednak w momencie, kiedy zespół był u szczytu... zrezygnował. Dlaczego podjął taką decyzję? Czy wyobraża sobie pracę w innym miejscu? Dlaczego podjął decyzję o tym, że Orzeł nie gra już w noworocznych derbach? Jakie są relację między Orłem a Dalinem? Tego wszystkiego dowiecie się z poniższego wywiadu, lecz zaczynamy od szkółki, którą obecnie zajmuje się szkoleniowiec.

Z każdym rokiem nowi, młodzi zawodnicy zasilają pierwszą drużynę. Jednak seniorzy bardzo szybko podnoszą poziom sportowy, więc jak wysoko jest sufit szkółki Orła? Na którą ligę szkolicie piłkarzy?

To bardzo dobre pytanie. Nie dotyczy ono tylko Orła, ale wszystkich podobnych ośrodków. Wielu piłkarzy, nawet z Centralnej Ligi Juniorów, ma problem z adaptacją do seniorskiej piłki - nawet na poziomie amatorskim. U nas do tej pory staraliśmy się dość szybko wprowadzać młodych zawodników do zespołu seniorów. Chcemy jednak, aby wraz ze wzrostem poziomu pierwszej drużyny rozwijały się również zespoły młodzieżowe. Zapewniamy im coraz lepsze warunki oraz większą wartość merytoryczną.

Sam widziałem, ilu chłopców nie łapie się dziś do pierwszej drużyny, a pięć-sześć lat temu byliby wiodącymi zawodnikami, stanowiącymi o jej sile. Wychowanie piłkarzy na poziom IV ligi nie jest wcale łatwe. Widzimy to na przykładzie Dalinu czy Pcimianki. Najważniejsze jest to, aby dawać młodym zawodnikom grać, nawet wtedy, gdy popełnią jeden czy drugi błąd.

Czy Orła stać na przygotowywanie zawodników na poziom V ligi?

Myślę, że tak, ale będzie tylko trudniej. O to jednak w sporcie chodzi - żeby poprzeczkę stawiać sobie coraz wyżej.

Jakim piłkarzem był Kamil Ostrowski?

Późno zacząłem swoją przygodę z futbolem. W domu najważniejsza była nauka, więc czasami musiałem wręcz „uciekać”, żeby móc pograć. Do tego bardzo lubiłem inne dyscypliny: piłkę ręczną, koszykówkę czy nawet hokej. To wszystko była gra podwórkowa. W piłkę nożną graliśmy głównie na słynnym technikum, gdzie przez kilka lat w okresie wakacji organizowaliśmy wspólnie z Dawidem Łapą słynne turnieje na betonie. Nie było w okolicy piłkarza, który by choć raz w tym turnieju nie zagrał. Ale to dość duży temat na zupełnie inna rozmowę.

W tamtym czasie w okolicy w klubach można było uprawiać właściwie tylko piłkę nożną. A że lubiłem reżim treningowy, to właśnie tak zaczęła się moja przygoda z piłką klubową. Trochę późno, bo w wieku 18 lat, ale myślę, że jak udało się zagrać na poziomie 4 Ligi i przez lata być też kapitanem seniorskiej drużyny Orła, to mogę być zadowolony. Myślę, że moim największym atutem była motoryka - mimo wysokiego wzrostu byłem szybki i dość zwinny. Brakowało mi natomiast podstaw technicznych, które w takim wieku trudno już nadrobić. Z pewnością nie brakowało mi ambicji, a w szatni starałem się być dobrym duchem drużyny.

Słyszałem, że największym mankamentem była gra głową.

Tak! Miałem problem z timingiem. Wynikało to z tego, że przez długi czas grałem z wadą wzroku. Kiedy po raz pierwszy założyłem soczewki, miałem wrażenie, jakby ktoś dołożył mi kilkadziesiąt procent talentu - wreszcie widziałem piłkę z daleka.

Skąd pomysł na zostanie trenerem?

Zawsze zastanawiało mnie, dlaczego trenujemy w taki, a nie inny sposób. Dawniej piłkarze po prostu musieli biegać, a ja zadawałem sobie pytania: dlaczego akurat taki dystans, dlaczego tyle podskoków? Dość wcześnie wiedziałem, że bycie trenerem będzie dla mnie ciekawsze niż granie.

Zwiedził trener sporą część piłkarskiej Europy w poszukiwaniu wiedzy - staże w Panathinaikosie Ateny, Swindon Town, Red Bull Salzburg czy Bayerze Leverkusen.

To była moja ambicja. Jeśli za coś się zabierałem, chciałem robić to dobrze. Żeby się czegoś dowiedzieć, trzeba było gdzieś pojechać. Nagrania z treningów przekazywaliśmy sobie na płytach CD. Słynny trening Milanu Carlo Ancelottiego widział chyba każdy.

Najpierw jeździłem po Polsce, później po świecie, głównie z trenerem Dragoszem. Wykładałem na to wszystkie zarobione pieniądze. Niejednokrotnie spaliśmy w samochodach, tylko po to, by zobaczyć, jak pracuje się na Zachodzie. Później z trenerem Dawidem Sudrem staraliśmy się robić rzeczy znacznie ambitniejsze niż liga, w której występowaliśmy - tylko po to, by się czegoś nauczyć. Między innymi przeprowadzaliśmy beep test z poborem mleczanu. Ktoś może powiedzieć, że to przerost formy nad treścią - i będzie miał rację - ale chcieliśmy zobaczyć, jak to wygląda w praktyce.

Z trenerem Adrianem Myśliwcem i Dawidem Szwargą byliśmy na tym samym kursie UEFA A czy na kurso-konferencjach. Pamiętam, że kiedyś pojechaliśmy do Bodzanowa. Tamtejsze boisko leży dosłownie w polu kukurydzy - bez ujmy dla samej drużyny, bo zawsze była bardzo solidna. Stanąłem na tym stadionie i pomyślałem: ci ludzie trenują dziś najlepsze zespoły w Polsce, a ja spędzam sobotę na tym polu kukurydzy.

Jestem ambitny, ale chyba nigdy nie miałem takiego parcia, by na siłę piąć się bardzo wysoko. W sporcie jednak trzeba rękami i nogami pchać się w górę, by na tej górze się znaleźć.

Prowadził trener seniorów Orła dwukrotnie. Jak to się zaczęło i dlaczego za pierwszym razem się zakończyło?

Wcześniej było nawet pół roku, gdy byłem grającym trenerem, ponieważ zespół miał objąć Marek Dragosz, a ja przez sześć miesięcy pełniłem funkcję szkoleniowca tymczasowego.

Później, zaraz po szkole trenerów, razem z Dawidem Sudrem zaczęliśmy prowadzić Orła. Dlaczego zrezygnowaliśmy? Czuliśmy, że więcej z tą drużyną nie osiągniemy. Najpierw walczyliśmy o utrzymanie, ale gdy do zespołu dołączyli Krzysztof Zając i Paweł Płonka, drużyna stała się naprawdę solidna i zespoły walczące o mistrzostwo musiały się z nami liczyć. Uznaliśmy jednak, że coś się wypaliło.

Szybko jednak wróciliśmy. Klub potrzebował zmian, bo drużynie znów się nie wiodło. Dawid wrócił zimą, ja latem. Ktoś zapytał mnie wtedy: „Zatęskniłeś po roku?”. Szczerze mówiąc - niekoniecznie. Miałem jednak świadomość, że trzeba pomóc. Włożyliśmy w ten klub mnóstwo czasu i serca, a spadek mógłby sprawić, że wszystko by się rozsypało.

A jak prowadzi się drużynę w duecie?

Może być dwóch, a nawet trzech trenerów, ale ktoś musi to koordynować. Na początku ustaliliśmy, kto ostatecznie bierze odpowiedzialność za drużynę i kto jest pierwszym trenerem. Ustaliliśmy, że to ja będę pierwszym szkoleniowcem, ale w oczach zawodników i mediów zawsze mieliśmy tyle samo do powiedzenia.

Z Dawidem jesteśmy zupełnie różni. On jest bardzo spokojny, stonowany i wyważony. Pracowało nam się razem bardzo dobrze, ale w pewnym momencie on zrozumiał, że chciałby zacząć pracować na własny rachunek i poszedł prowadzić samodzielnie Sokoła Słopnice. Jednak właśnie dlatego każdy się szkoli - żeby brać odpowiedzialność za wyniki.

Nie przypominam sobie żadnych konfliktów między nami, choć pewnie było to zasługą Dawida. Ja jestem raczej porywczy, on wręcz przeciwnie. W ostatnim okresie awansu sztab trenerski też tworzyliśmy wspólnie z Jakubem Stasiakiem i Łukaszem Zającem. Każdy miał swoją rolę do zrobienia w tej drużynie i również było dobrze.

Czego jeszcze brakuje w warsztacie trenera Kamila Ostrowskiego?

Cytując jednego z trenerów: „Na pewno mam wiele wad, ale żadna nie przychodzi mi na myśl”. Nikt nie lubi mówić o sobie ani przesadnie dobrze, ani przesadnie źle. Żyjemy w społeczeństwie, które promuje nadmierną pokorę. Ja zawsze uczę młodych ludzi mówienia o sobie pozytywnie. Nie ma sensu koncentrować się na wadach - to raczej przestrzenie do rozwoju...

W takim razie jaka jest przestrzeń do rozwoju trenera?

Na pewno większa pewność siebie. Trudno mi wychodzić poza swoją strefę komfortu. Stworzyłem sobie w Orle wygodne miejsce. Mam świadomość, że żeby się rozwijać, trzeba tę bezpieczną przystań opuścić, ale na razie tego nie robię. Jak chodzi o warsztat to w tej materii tak wszystko pędzi do przodu że jak ktoś stanie w miejscu to po prostu się cofa.

Słyszałem też, że trener prowadził zbyt długie treningi.

Tak! Tylko dowiedziałem się o tym dopiero po czasie. Powiedział mi to Mateusz Mistarz, bo zawsze mieliśmy świetne relacje. Faktycznie kiedyś razem z Adrianem Kasprzykiem, który prowadzi firmę budowlaną, cały dzień pracowaliśmy na budowie. Było bardzo ciężko. Później przyszliśmy na trening i wtedy pomyślałem, że zawodnicy przychodzą z różnych, często wyczerpujących miejsc pracy, a ja jeszcze przeciągam jednostki treningowe. Może powinienem lepiej dostosowywać metody do realiów, w których pracuję. Całe życie się człowiek uczy.

Najtrudniejszy moment w karierze - przegrane baraże?

Tak... Byłeś tam, więc wiesz.

Patrząc z boku - półfinał, szybki błąd indywidualny i rzut karny, ostatecznie niestrzelony. W finale czerwona kartka i niewykorzystana jedenastka. Orzeł był piłkarsko lepszy zarówno od Pogoni, jak i od Zieleńczanki. Nie udźwignęliście presji?

Myślę, że sfera psychiczna odegrała ogromną rolę. Wielu zawodników pierwszy raz grało o taką stawkę. Paradoksalnie ten przegrany baraż nauczył nas bardzo pragmatycznego podejścia do najważniejszych meczów w kolejnym sezonie. To doświadczenie było kluczowe w budowie mistrzowskiej drużyny rok później.

W finale baraży nie wystawiłem też Krzysztofa Zająca. Wiele osób mówiło mi, że nie mogłem nie postawić na „Kijka” w takim meczu. Boisko było jednak bardzo źle przygotowane, dlatego chciałem zagrać dwoma bardziej mobilnymi napastnikami. Na innym stadionie pewnie podjąłbym odmienną decyzję. Patrząc z perspektywy czasu - być może był to błąd.

Wrócę jednak do presji. Niemal cały sztab szkoleniowy obejrzał czerwone kartki...

Gdy dziś oglądam nagranie z tego meczu, wszystko wydaje się proste. Zastanawiam się, jak mogłem dać się tak „podpalić”. Ale te emocje boiskowe i to, że czasem ktoś staje się kimś innym niż jest w życiu codziennym to można zrozumieć tylko wtedy, gdy się to samemu przeżyje.

Uważam jednak, że został trener niesłusznie odesłany na trybuny - w przeciwieństwie do reszty sztabu. Sędzia wznowił grę, mimo że zawodnik Orła leżał na murawie.

Tak. Otrzymałem dwie żółte kartki za jedno przewinienie. Opuściłem strefę techniczną i zanim zdążyłem do niej wrócić, zostałem wyrzucony. Uważam, że nie udźwignęliśmy presji, ale sędziego jeszcze bardziej przerosła waga tego spotkania.

Najlepszy moment w karierze?

Cały sezon, w którym wywalczyliśmy awans. Było w nim jednak kilka kluczowych meczów. Mecz z Górnikiem Wieliczka w świetnej atmosferze, bardzo dobrze rozegrane taktycznie spotkanie ze Śledziejowicami i wygrana z Wróblowianką, która przypieczętowała mistrzostwo. Wyjątkowa była także atmosfera i więź z kibicami, która przez tę całą kampanię nam towarzyszyła. Dodałbym także wygrany po rzutach karnych finał Pucharu Polski z Dalinem.

A decyzja, która „wygrała” mecz? Podpowiem na przykład mecz z Targowianką...

Historia Marka Pajki? (śmiech) On był bramkarzem, cały mecz było 0:0, a gdy się rozgrzewał, miałem przeczucie, że może strzelić gola. Wpuściłem go na atak w 85. minucie. Dwie minuty później wywalczył rzut karny i sam go wykorzystał. Później zaczął nawet grać w ataku w innych drużynach.

Było też kilka takich momentów w ostatniej rundzie - Adrian Ciślik wchodzący z ławki i strzelający bardzo ważną bramkę.

Ulubieńcy? Pewniacy w składzie?

Nie wyobrażałem sobie gry bez Bartka Gromali. Była jednak runda, gdy był kontuzjowany, a świetnie w środku pomocy radził sobie Kuba Moskal. Mateusz Mistarz był dla drużyny jak drugi trener. Krzysiek Zając to dla mnie gość na grę w Ekstraklasie. Bardzo ceniłem też Krzyśka Górkę - zawsze pozytywnego, drużynowego gościa.

We wcześniejszych latach był też Darek Ślusarz z Jawornika - żelazne płuca, odbiór za odbiorem, ogromny potencjał, gdyby dane im było zagrać z “Gromim” w srodku pola Orzeł nie miałby sobie równych.

Powiedział kiedyś trener takie słowa o Noworocznych Derbach Myślenic: “Kiedy tworzyliśmy to wydarzenie ja z zawodnikami Dalinu i Orła, bardzo dobrze się znałem. Wtedy powstało też sztuczne boisko w Myślenicach. Postanowiliśmy, że tak będziemy witać Nowy Rok. Pomysł był trafiony. Coraz więcej kibiców przychodzi na te mecze”. Co się stało, że Orzeł przestał w nich uczestniczyć?

Dużo osób mnie o to pyta. Wiele osób uważa, że w grę wchodziły kwestie polityczne. Ja zawsze byłem zdania, że trener - podobnie jak ksiądz - nie powinien dzielić ludzi, ani wypowiadać się na tematy polityczne w zespole. W drużynie są ludzie o bardzo różnych poglądach.

Rok, w którym po raz pierwszy nie zagraliśmy w derbach, był momentem granicznym. W poprzednich edycjach mieliśmy kilka kontuzji mięśniowych, a we wcześniejszych latach zdarzały się bardzo poważne urazy - Mateusz Biela zerwał więzadła krzyżowe, a Kamil Depta doznał kontuzji obojczyka.

Do derbów podchodziliśmy po miesiącu roztrenowania, co stanowiło dodatkowe ryzyko. Na początku atmosfera tych spotkań była bardzo fajna i luźna. Nie było przerostu ambicji, bo różnica poziomów między Dalinem a Orłem była ogromna.

Z czasem jednak ta różnica zaczęła się zmniejszać i pojawiła się sportowa ambicja. Wtedy poczułem, że to już nie jest to. To była moja decyzja, żeby nie grać. W tamtym sezonie po raz pierwszy realnie walczyliśmy o awans i chcieliśmy się na tym skupić. Skonsultowałem to z drużyną - wszyscy to zaakceptowali. Nie mieliśmy szerokiej kadry i była to trudna, ale konieczna decyzja.

Ja miałem nawet trochę inny pomysł na to. Zmieniłbym formułę. Moglibyśmy na przykład wylosować składy. Część zawodników Orła, część Dalinu i jeszcze dołożyć Górki. Ktoś może powiedzieć, że straciłoby to pewien urok, ale na pewno nie byłoby tej niezdrowej rywalizacji.

Relacje między Orłem a Dalinem? Latem graliście pucharowe derby.

Transfery między klubami się zdarzały. Jeśli spojrzeć szerzej, w każdym mieście, w którym są dwa ambitne kluby, relacje wyglądają podobnie. Kluby tworzą ludzie. W Orle i w Dalinie na pewno są osoby, które swoich rywali zza miedzy nie lubią.

Mówiąc za siebie - mam szacunek do każdej osoby związanej z Dalinem. Dla mnie ciekawe jest to, że kiedyś nie byliśmy dla nich żadnym rywalem, a dziś Orzeł jest coraz bliżej, a nawet potrafiliśmy ich pokonywać.

Najczęściej to młodzi ludzie nadają tej rywalizacji niezdrowy, pozasportowy wymiar i to głównie w przestrzeni medialnej. My - zarówno trenerzy Orła, jak i Dalinu - staramy się to hamować. Rywalizacja sportowa jest potrzebna, ale nie może być toksyczna.

Czy ktoś dzwonił już z ofertą pracy?

Tak. Dwa razy z fotowoltaiki i raz w sprawie ubezpieczenia samochodu (śmiech). Na razie tylko takie oferty dostałem.

To, że trener jest związany wyłącznie z Orłem, to wada czy zaleta dla przyszłego pracodawcy?

Myślę, że jedno i drugie. Wiele osób uważa mnie za człowieka Orła i twierdzi, że nie mógłbym pracować gdzie indziej. Ja nigdy nie mówię „nigdy”. Trzykrotnie miałem propozycję pracy w Dalinie, ale z różnych powodów musiałem odmówić - Orzeł wtedy bardziej mnie potrzebował.

Szanuję każdy klub i uważam, że z każdym można porozmawiać o wizji budowania drużyny. Może się okazać, że już nigdy nie będę trenerem. A może wrócę do pracy. Nie musi to być wysoka liga - musi to być ciekawe środowisko. Trenerkę nadal bardzo lubię i chyba jest to w pewnym sensie moje uzależnienie.

Teraz chcę poświęcić więcej czasu rodzinie. Widzę, że ten tydzień może wyglądać inaczej. Mam małe dzieci, które potrzebują mojej obecności. Nawet relacje domowe są spokojniejsze, bo bardzo trudno oddzielić pracę trenera od życia prywatnego. Trenerzy mówią, że „dom to dom”, ale po porażce w sobotę do wtorku człowiek chodzi przygaszony. To wszystko oddziałuje na rodzinę. Dzieci potrzebują taty, który będzie im pomagał stawać się lepszymi ludźmi.

Rozmawiał Jakub Kurek