Osiedle ludzi starych-dzieciom wstęp wzbroniony

17 października 2013 Wydanie 37/2013

Zastanawialiśmy się nad podaniem do publicznej wiadomości kwestii, która już została przesądzona. Mimo to jednak postanowiliśmy napisać, nie po to, aby walczyć (bo to już nie ma znaczenia) ale po to, by otworzyć oczy ludziom nieświadomym samowoli niektórych mieszkańców osiedli w naszym mieście. Chodzi o plac zabaw, który powstał zapewne z naszych pieniędzy a który, decyzją mieszkańców jednego bloku, już nie istnieje. Został zrównany z ziemią!

Jesteśmy mieszkańcami osiedla przy ulicy Mickiewicza i Niepodległości, a konkretnie rodzicami małych dzieci. Od długiego już czasu „walczymy” z bardzo nieprzyjemnymi atakami na nas i nasze dzieci ze strony wielu starszych mieszkańców osiedla. Ponieważ nie jesteśmy ludźmi kłótliwymi wielokrotnie przemilczaliśmy fakt ubliżania naszym dzieciom bawiącym się na sławnym placu zabaw, wyrzucania ich z terenu przeznaczonego na zabawę bez względu na to czy obok była matka czy też starsze dziecko bawiło się samo. O tym, że dochodziło również do ataku fizycznego na dziecko lepiej nie pisać bo to po prostu woła o pomstę do nieba. Jak świat światem dzieci bawią się głośno i hałasują, wystarczy przejść obok jakiegokolwiek placu zabaw, który NIKOMU nie przeszkadza. Pełno tam dzieci i pełno wrzawy bo taka jest natura dziecka. Natomiast mieszkańcom naszego osiedla, a konkretnie jednego z bloków, przeszkadzają bawiące się dzieci, nawet kiedy są z matkami czy babciami i nikomu nie robią żadnej krzywdy. Nie potrafimy zrozumieć dlaczego wytyczono batalię dzieciom. Również małym dzieciom. Na szczęście one mają nie w ciemię bitych (jak sądzą mieszkańcy jednego z bloków) rodziców, którzy mówią za nich. Naprawdę bardzo trudno jest wytłumaczyć małemu płaczącemu dziecku, które przyszło pobawić się na plac zabaw fakt zrównania go z ziemią. Bo tak chcieli mieszkańcy jednego z bloków. Mieszkańcy starsi wiekiem, którym wszystko przeszkadza, a zwłaszcza bawiące się dzieci, którzy w domu dzieci nie mają i bardzo cenią sobie ciszę… Proszę Państwa w takim razie nie pozostaje nic innego jak własny przydomowy ogródek, z dala od osiedla, bo na osiedlu mieszkają różni wiekiem ludzie, w tym DZIECI!

W czasie rozmowy w spółdzielni mieszkaniowej, gdzie poprosiliśmy o rzeczowe wyjaśnienie nam tej kwestii usłyszeliśmy, że tam przecież nie bawiły się osiedlowe dzieci tylko „wszystkie inne”, że często obcy ludzie przesiadywali na ławeczkach i pili. Otóż – czasem zatrzymywały się tam przechodzące akurat matki z dziećmi, natomiast zawsze bawiły się tam nasze, osiedlowe dzieci. Na jednej ławeczce mogli usiać rodzice (nie zawsze wszyscy się zmieścili) a placyk zabaw był właściwie miniaturką, bo dzieci miały do dyspozycji jedną huśtawkę i jedną zjeżdżalnię. I to jeszcze dzieciom zabrano! Z placyku zabaw korzystano z kulturą, natomiast dzieciom buzi zamknąć się nie da i czymś normalnym jest hałas i śmiech bawiących się małych i starszych dzieci. Wielokrotnie późnym wieczorem wracając ze spacerów z psami przechodziliśmy obok placyku - nigdy nie widzieliśmy tam pijących i hałasujących ludzi.

W kwestii likwidacji tej namiastki placu zabaw, jaką miały „nasze” dzieci nie porozumiano się z nikim poza mieszkańcami JEDNEGO tylko bloku. Nie zapytano o zdanie matek z małymi dziećmi czy innych mieszkańców , którym widok RODZINY Z DZIECKIEM na placu zabaw nie przeszkadza. Mieszkańcy tego JEDNEGO bloku wymogli decyzję częstymi wizytami w spółdzielni, argumentując pozbawienie dzieci placu zabaw tylko tym, że potrzebują ciszy.

Tym mieszkańcom wszystko przeszkadza - nie da się nawet przejść pod balkonem, bo można oberwać… ale, przecież istnieją jeszcze drzewka, które można zasadzić . Wtedy jakaś bariera od dzieci jest! Tylko biedne te BAWIĄCE SIĘ dzieci, bo teraz będzie jeszcze gorzej - straż przy każdym krzaczku i zakaz zbliżania się, bo przecież dziecko zniszczy a to moje! nie jesteśmy na wspólnym osiedlu , to jest moje drzewko, mój teren pod balkonem, moje okna, moja cisza! A pani dziecko nam, tę ciszę zakłóca!

„Naszym osiedlowym” dzieciom nie pozostało nic innego, jak poszukać gdzieś innego placu zabaw, z tym że trzeba najpierw sprawdzić czy nie mieszkają tam TACY sami starsi ludzie, którym WSZYSTKO przeszkadza.

W spółdzielni mieszkaniowej, w której usłyszeliśmy pytanie: dlaczego wcześniej nie powiadomiliśmy o kłótliwych mieszkańcach odpowiadamy: toczyliśmy kulturalną „walkę” wiele razy próbując uświadamiać starszym mieszkańcom osiedla, że dzieci powinny mieć swoje miejsce do zabawy pod naszym rodzicielskim okiem, czyli w pobliżu bloków. Bo osiedle jest jakimś dobrem wspólnym. Nikt z nas nie wyobrażał sobie, że można dzieciom zabrać ten kawałek placyku, który miały. Zabrać bezsensownie argumentując. A nam rodzicom pozostało jedynie powiedzieć dziecku, że nie jesteśmy tu mile widziani…

Dostrzegamy w tym zwyczajną ludzką złośliwość i aż łza się w oku kręci, kiedy z jednej strony jest tylu wspaniałych ludzi robiących wiele dobrego dla dziecka a z drugiej – są tacy, którzy za jednym zamachem zrównują dzieciom z ziemią plac zabaw. Czy Ci, którzy byli władni tej decyzji nie rozumieją, że inwestycja w dziecko to danie mu alternatywy na nudę i różnego rodzaju pokusy? Że dziecko, które ma zapewnione zwłaszcza angażujące go ruchowo zajęcie nie będzie szukało negatywnych społecznie zachowań?

Mamy nadzieję, że naszym dzieciom, które mają jednak wpajane mądre zasady bez osiedlowego placyku zabawa nie przyjdą do głowy zabawy wprawiające w zdumienie mieszkańców trzymających straż przy drzewkach pod balkonem i pilnujących „osiedlowej” ciszy. A swoją drogą , tak zupełnie z dobroci serca, życzymy im gromadki wnuków, zwyczajnych dzieci, które zwyczajnie się bawią, biegają i hałasują , bo są po prostu dziećmi i wszędzie jest ich pełno.

My, rodzice (tych maluchów pytających dlaczego? i tych trochę starszych i samodzielniejszych) za zrównanie z ziemią placyku dziękujemy. A z uwagi na dobre wychowanie walczyć nie będziemy – dzieciom postaramy się jakoś wytłumaczyć decyzję, która tak naprawdę uderzyła w nich, a przecież sobie na to nie zasłużyli…

A wielu dorosłym warto powiedzieć : tak naprawdę niewiele trzeba, żeby dostarczyć dziecku radość lecz nie wyobrażamy sobie jak trudno jest spojrzeć w oczy rozżalonego dziecka…

Rodzice dzieci z ulicy Mickiewicza i Niepodległości