Pojechaliśmy autostopem zwiedzić Wilno, Rygę i Tallin

Pojechaliśmy autostopem zwiedzić Wilno, Rygę i Tallin

Podróże autostopem to chyba najciekawsza pasja, jaką posiadamy. Każdy, kto o tym słyszy nie postawia tego bez pytań takich jak - nie boicie się? ludzie chcą was brać? Nie, nie boimy się i uważamy, że wystarczy tylko wyjść na drogę wystawić rękę i można w tydzień zwiedzić trzy stolice - Wilno, Rygę i Tallin.

Podróż do Krajów Bałtyckich, była naszą czwartą tego typu wyprawą. Wcześniej byliśmy na Słowenii, w Bułgarii oraz we Włoszech. Tym razem wybraliśmy nieco chłodniejsze rejony i nastawiliśmy się na intensywne zwiedzanie.

Pierwszego dnia wystartowaliśmy ze stacji benzynowej tuż za Krakowem. Mieliśmy tylko jeden cel - bez zatrzymywania się dotrzeć do Warszawy. Niemal natychmiast znalazł się nasz pierwszy kierowca, który na co dzień był operatorem kamery. Jego praca wiodła go przez różne zakątki świata jak: Ameryka Południowa czy Nowa Zelandia. Jednak jego najbardziej pamiętną wyprawą było tworzenie reklamy znanej marki samochodów na zamarzniętym jeziorze w Finlandii.

Po dojechaniu do Warszawy i krótkiej przerwie, złapaliśmy transport na MOP Małopole, gdzie myśleliśmy, że bez problemu uda się złapać transport przynajmniej do Ełku. Trochę się przeliczyliśmy i po godzinie odrzucania krótszych tras, zdecydowaliśmy się pojechać do Łomży. Tym razem wiózł nas świeżo upieczony student medycyny, który za dwa tygodnie rozpoczynał studia. Po wstępnej rozmowie padło od niego: „Jeśli wam się nie spieszy, to jutro zapraszam do mnie na imprezę. Mam wolny dom!”. Niestety musieliśmy jechać dalej, lecz na dobrą zabawę czas jeszcze się znalazł.

Później nawet nie zaczęliśmy pytać kierowców, a już jeden z nich zaproponował nam przejazd pod Ełk. Była to konkretnie miejscowość - Szczuczyn. Tam zdecydowaliśmy się przespać naszą pierwszą noc w namiocie obok klasztoru.

Po zimnej nocy, gdy temperatura spadła poniżej 10 stopni, poszliśmy pod lokalnego fast fooda, który stał przy głównej drodze. Co ciekawe, spotkaliśmy tam mnóstwo żołnierzy, nie tylko polskich, ale również niemieckich.

Stamtąd udało nam się wyrwać BlaBlaCarem, czyli z kierowcą, który umawia się z pasażerami na przejazd o konkretnej godzinie w konkretne miejsce. Dość ciekawym doświadczeniem była jazda samochodem, w którym było pięć osób i znaliśmy się tylko ja i mój towarzysz podróży Mikołaj, a do tego wszyscy zrzucali się na benzynę oprócz nas.

Pod Suwałkami trafiła nam się bardzo dobra stacja benzynowa i w kilkadziesiąt minut znaleźliśmy transport do Wilna - celu naszej podróży. Zabrała nas bardzo specyficzna, lecz przyjazna para.

Tym sposobem dotarliśmy do Wilna. Spędziliśmy tam noc w namiocie ze względu na brak miejsc noclegowych. Kolejnego dnia okazało się, że powodem był maraton, który się tam odbywał następnego dnia. W nocy poznaliśmy jeszcze dwóch Litwinów - pierwszy wskazał nam miejsce na namiot i dał do siebie numer telefonu, na wszelki wypadek. Był niezwykle miły, ponieważ jak sam opowiadał, kiedy w Zakopanem popsuł mu się samochód, Polacy mu bardzo szybko pomogli. Z kolei drugi mówił po polsku, rosyjsku i litewsku. Jego dzieci chodziły do polskiego przedszkola i planował on przeprowadzkę do naszego kraju.

To był dopiero pierwszy kontakt z polskością w Wilnie, ale z pewnością nie ostatni. Nie dość, że na ulicy cały czas słyszeliśmy nasz język, to jeszcze w wielu kościołach odbywały się polskie msze.

Kolejny dzień spędziliśmy na zwiedzaniu. Odwiedziliśmy Matkę Boską Ostrobramską, o której Adam Mickiewicz pisał w Inwokacji w „Panu Tadeuszu”. Oprócz tego zobaczyliśmy mnóstwo pięknych kościołów i cerkwi oraz dwa wzgórza - zamkowe i trzech krzyży. Szczególnie to drugie zapadło nam w pamięć przez swoją historię. Krzyże zostały zburzone w czasach ZSRR, a pozostawione resztki tamtej budowli leżały nieopodal szczytu i opowiadały tę trudną historię walki o niepodległość Litwy.

Trzecią noc spędziliśmy już w hostelu, skąd udaliśmy się do Rygi. Początkowo mieliśmy problem ze znalezieniem odpowiedniego miejsca do „łapania stopa”. Próbowaliśmy trochę przy drodze, a później na stacji. Wreszcie się udało i zabrała nas para Litwinów. Mężczyzna nie mógł się nachwalić naszego premiera i prezydenta oraz ich pracy w ostatnich latach.

Tym sposobem dotarliśmy do Poniewieża, gdzie na stacji benzynowej na południu miasta utknęliśmy na dobre. Trzy godziny czekania to były nasze największe autostopowe tarapaty od trzech lat. Jednak nie ma tego złego, co by nie wyszło na dobre, ponieważ poznaliśmy tam parę autostopowiczów z Polski, z którymi od razu znaleźliśmy wspólny język.

Z tamtej felernej stacji benzynowej udało nam się z pomocą Litwinki. Choć nie jechała konkretnie w to miejsce, to postanowiła nas podrzucić na północ miasta.

Tam już poszło gładko, w trzy minuty udało się znaleźć aż trzech kierowców, którzy chcieli nas zabrać - jeden kierowca TIRa za dwie godziny, jeden za pięć, a Ukrainka akurat od razu jechała do Rygi.

Opowiedziała nam, że żyje na Łotwie i jest zawodowym fotografem. Jednak w przyszłości chce wrócić na Ukrainę, ponieważ wie, że tam ma swój dom.

W tych rejonach nie było już autostrad, a dobrej jakości drogi krajowe, które miały jeden pas w jedną i jeden pas w drugą stronę. Nie przeszkadzało to jednak tej Ukraince, aby jechać ponad 140 kilometrów na godzinę i wyprzedzać, wpychając się między dwie ciężarówki jadące w przeciwnych kierunkach.

Po tym przejeździe pełnym adrenaliny powitała nas słoneczna Ryga, w której spaliśmy w dość obskurnym hostelu, ale w świetnej lokalizacji tuż obok najwyższego kościoła w tym mieście.

No właśnie - wielkość, to coś, co cechuje Rygę. Z daleka widać trzy górujące nad miastem wieże kościelne, z których każda ma sto metrów lub więcej. Oprócz tego jest również wielka rzeka - Dźwina, która ma blisko 500 metrów szerokości, bardzo wysoka wieża telewizyjna oraz sporych rozmiarów biblioteka narodowa, gdzie znajduje się darmowy punkt widokowy.

Wieczór spędziliśmy, świętując moje 22. urodziny wraz z parą Polaków z Poznania, których poznaliśmy pod Poniewieżem.

Kolejnego, już piątego dnia naszej podróży zwiedzaliśmy Rygę. Naszym zdaniem było to najpiękniejsze miasto z tych trzech. Niesamowity klimat starówki, a do tego piękny Sobór Narodzenia Pańskiego czy Pałac Akademii Nauk, który jest bliźniaczy do naszego Pałacu Kultury. Polecamy także odwiedzić Dom Bractwa Czarnogłowych (wpływowej gildii kupieckiej, która handlowała na Bałtyku), koniecznie zwiedzając ze świetnie nagranym polskim audioprzewodnikiem.

Co nas zaskoczyło? Oprócz ogromnych rozmiarów wszystkiego w tym mieście, na pewno to, że w samej Rydze żyje blisko 40% Rosjan, co było słychać i widać na ulicy.

Szóstego dnia musieliśmy opuścić Rygę i jechać do Tallina. Ku naszemu zadowoleniu (ponieważ chcieliśmy jechać z chociaż jednym kierowcą z każdego kraju) wzięła nas para Łotyszy, z którymi Mikołaj musiał negocjować przejazd przez 10 minut.

Zawieźli nas oni do Parnawy - letniej stolicy Estonii. Po drodze rozmawialiśmy sporo o historii, ponieważ na pytanie, z czego Łotysze są dumni, odpowiedzieli, że ze swojego dziedzictwa. Dla nas fenomenem historycznym był Bałtycki łańcuch utworzony przez mieszkańców trzech krajów w 1989 roku, który składał się z dwóch milionów ludzi trzymających się za ręce i był znakiem sprzeciwu i jedności w obliczu władzy Związku Radzieckiego.

Łotyszka opowiedziała nam także, że sama kiedyś jechała autostopem w 2003 roku do Danii i akurat utknęła na dwa dni w jakiejś polskiej wiosce.

Sama Pernawa nie zrobiła na nas jakiegoś wielkiego wrażenia. Bardziej podobał nam się zimny, wietrzny, estoński Bałtyk.

Kolejnym i ostatnim naszym kierowcą była Estonka, która zawiozła nas już do Tallina. Była niezwykle zdziwiona naszą religijnością i tym, że aż tyle osób w Polsce chodzi do kościoła, ponieważ standardowy Estończyk to ateista.

Tallin od razu kojarzy się ze średniowieczem. Znakiem rozpoznawczy tego miasta są mury wraz z licznymi basztami, których budowę rozpoczęto jeszcze w XIII wieku, kiedy miasto to należało do Hanzy. Sama stolica Estonii była zdecydowanie najmniejszym miastem na naszej mapie zwiedzania i w zupełności jeden dzień spędzony tam nas usatysfakcjonował.

Droga powrotna była złożona z dwóch etapów - jazdy z Tallina do Rygi autobusem i lotu z Rygi do Krakowa.

Mówią, że podróże kształcą - naszym zdaniem jest to prawda, lecz autostop sprawia, że wsiąka się całym sobą w kraj, który się odwiedza. Poznaje się język, opinie ludzi, a przede wszystkim geografię i to od całkowicie innej, drogowej strony. Nasza podróż upłynęła nam w mgnieniu oka, lecz mamy nadzieję, że za rok również pojawi się artykuł, który pozwoli wam zagłębić się razem z nami w inny, równie ciekawy zakątek świata z perspektywy autostopowiczów.

Jakub Kurek Jakub Kurek Autor artykułu

Student, który szybko się uczy. Zainteresowany dziennikarstwem i sportem. Współpracownik Gazety od 2022 roku.