Pół wieku temu przez Myślenice jechał Wyścig Pokoju
Dla pokolenia „50 plus” to było kiedyś dosyć oczywiste skojarzenie. Jak jest maj, to musi być Wyścig Pokoju.
Niezależnie do propagandowego przekazu, jaki towarzyszył zawsze tej imprezie trzeba przyznać, że nie było w czasach słusznie minionych wydarzenia sportowego (włączając w to igrzyska i mundiale), które byłoby tak znakomicie „oprawione” medialnie. Informacje z trasy Wyścigu Pokoju docierały praktycznie z każdego medium. Pisały o nim wszystkie gazety, mówiło radio, pokazywała telewizja. Kolarze, szczególnie ci, którzy reprezentowali nasze barwy, byli bohaterami zbiorowej wyobraźni, a ich nazwiska kojarzyli niemal wszyscy - nawet ci, którzy nie interesowali się kolarstwem albo w ogóle sportem.
Dla młodego kibica, który w latach 80. grał w „kapsle” (któż nie grał?) ze swoimi rówieśnikami było oczywiste, że Adam Zagajewski czy Mieczysław Karłowicz to kolarze, a nie poeta i kompozytor. Dla każdego miasta, przez które jechał Wyścig Pokoju było to wielkie święto. Większe nawet niż współczesny Tour de Pologne. W tym roku, 14 maja minęło dokładnie pół wieku od momentu, gdy Wyścig Pokoju po raz ostatni jechał przez Myślenice.
W 1976 roku Wyścig Pokoju odbywał się na trasie Praga - Warszawa – Berlin (co roku zmieniała się kolejność stolic). Była to jego 29 edycja i jest uznawana za jedną z najciekawszych w historii, zaś jego 5. etap z Tatrzańskiej Łomnicy do Krakowa (z lotną premią w Myślenicach) przeszedł do legendy jako jeden z najtrudniejszych. Po czterech etapach wydawało się, że całą pulę w tym ponad dwutygodniowym ściganiu zgarną kolarze z ZSRR. Prowadził Siergiej Morozow, przed Nikołajem Gorełowem i Borysem Isajewem. Typowany do zwycięstwa lider naszej drużyny Stanisława Szozda tracił do Morozowa ponad trzy minuty, do Gorełowa i Isajewa niewiele mniej. Jak na standardy Wyścigu Pokoju to była przepaść. Aż przyszedł pamiętny piątek 14 maja 1976 roku.
Mgła, deszcz, śnieg i przenikliwe zimno towarzyszyło kolarzom na całej trasie 151 kilometrowego, górskiego etapu z ciężkimi wspinaczkami i karkołomnymi zjazdami. Na górskiej premii w Wierchu - Porońcu temperatura spadła do zera stopni. Z peletonu raz po raz odpadali kolejni kolarze. Na lotnej premii w Myślenicach (118 kilometr etapu) pierwszy był Schiffner (NRD), przed Trajkowem (Bułgaria) i Bartonickiem (CSRS), ale bohaterem dnia był Stanisław Szozda, który wygrał dwie górskie premie, a za Myślenicami zainicjował 4 -osobową ucieczkę, która z minutową przewagą wpadła na bieżnię stadionu Wisły Kraków. Tam najszybszy był Galik (CSRS) przed Hartnickiem (NRD) i Szozdą oraz Trajkowem. Wszyscy zmęczeni do tego stopnia, że pomagano im zsiąść z rowerów. Podobnie jak kolarzom z peletonu, spośród których aż 21 wycofało się na trasie etapu. Jadący w żółtej koszulce Morozow przyjechał pół godziny po zwycięzcach, Gorełow ponad kwadrans i obaj podkreślali, że takiego kolarskiego piekła jeszcze nie widzieli.
Po tym etapie na pierwsze miejsce wskoczył Hartnick z półtorej minutową przewagą nad Szozdą. Cztery dni później strata Szozdy do Hartnicka wynosiła już tylko 19 sekund i biorąc pod uwagę w jakim stylu ją odrabiał niemal wszyscy fachowcy uważali, że do Berlina wjedzie już jako zwycięzca wyścigu i powtórzy swój triumf sprzed dwóch lat. I pewnie by się tak stało, gdyby nie kraksa na finiszu etapu do Torunia, która bardzo ograniczyła możliwości fizyczne niesamowicie walecznego Polaka. Ostatecznie całą imprezę wygrał Hans Joachim Hartnick, co było pierwszym zwiastunem rodzącej się kolarskiej potęgi NRD lat 80. Drugi był Stanisław Szozda, który w całym wyścigu wygrał prolog, trzy etapy i dla każdego kibica nad Wisłą był moralnym zwycięzcą i narodowym bohaterem. A czy ktoś z naszych Czytelników jeszcze pamięta ten etap?

