Porozmawiajmy o… obronie cywilnej

Region 22 listopada 2022 Wydanie 44/2022
Porozmawiajmy o… obronie cywilnej

Czy ratownicy są przygotowani do działań w czasie konfliktu zbrojnego?  To pytanie zadaje sobie w ostatnich miesiącach wielu Polaków. Krótką odpowiedź dała major dr Anita Podlasin, ratownik medyczny, instruktor, autor podręcznika z ratownictwa taktycznego, w jednym z wywiadów: „Słabo”.

Idąc za tym bezlitosnym podsumowaniem warto zadać sobie pytanie: jak wygląda sytuacja w naszym szpitalu? Czy personel został przeszkolony do pomocy w niestandardowych warunkach? Obecnie, bez względu na to, jak bardzo Polacy narzekają na zły stan służby zdrowia, jak jest potrzeba, to służby medyczne pojawiają się w miejscu zdarzenia w ciągu kilku, kilkunastu minut. Poszkodowanym zajmuje się ekipa ratowników, lekarze. Działają błyskawicznie ratując niejedno życie. Osób, które miały okazję brać udział w takiej akcji, nie trzeba przekonywać, że praca naszych ratowników zasługuje na najwyższy szacunek. Ale mamy pokój, w znacznej większości przypadków zasób sił i środków jest wystarczający do udzielenia pomocy. A co w przypadku konfliktu zbrojnego? Znacznie większa liczba poszkodowanych, brak możliwości szybkiego dotarcia do rannych. Główny problem: masywne krwotoki. A przecież karetki do niedawna nie były wyposażone w sprzęt do tamowania krwawień. A na udzielenie pomocy mamy często maksymalnie 3 minuty. A co z innymi problemami? Odma opłucnowa? Niedrożność dróg oddechowych? Do szpitali trafiają żołnierze zaopatrzeni prowizorycznie przez kolegów lub przez przeszkolonych cywilów, często w pełnym rynsztunku bojowym. Jak zdjąć osprzęt? Jak zabezpieczyć broń i co z nią po odebraniu rannemu zrobić? A co jak takich poszkodowanych jest kilku? Takich pytań rodzi się sporo. Wojna na Ukrainie obnażyła wiele słabych punktów w opiece przedszpitalnej, ale też szpitalnej. Nie dlatego, że medykom brakuje kwalifikacji, ale dlatego, że nikt nie myśli o stanie wojny. 

Rodzi się pytanie: co robić w sytuacji wojny toczącej się za naszą wschodnią granicą? Przygotowywać się, czy nie? Poszerzać kwalifikacje, zdobywać nowe umiejętności, czy czekać, co los przyniesie? Decyzje będą różne. Ale każde szkolenie, które może uratować choćby jedno dodatkowe życie, jest cenne. Na wojnie liczy się czas. Procedury pierwszej pomocy są proste. Kurs CLS (combat life saver) daje wiedzę wojskowym, odnosząc się do warunków pola walki. Ale żołnierz, który walczy, po pierwsze: wykonuje zadanie, a w drugiej kolejności pomaga innym walczącym kolegom. Nie ma czasu na pomaganie cywilom. Cywilowi musi pomóc drugi cywil. Ale też może pomóc żołnierzowi, który tego potrzebuje. Dlatego tak ważne jest szkolenie cywilów. Program takiego szkolenia zawarty jest w wytycznych TECC (tactical emergency casualty care) - dla cywilnych służb medycznych, ale też dla zwykłych ludzi. Proste procedury pierwszej pomocy dla żołnierzy przekazywane są na kursach CLS (ratownika pola walki). Oparte są na gradacji śmiertelności na polu walki możliwej do uniknięcia. Po pierwsze: krwotoki, po drugie: udrożnienie dróg oddechowych przy pomocy rurki nosowo-gardłowej, po trzecie: odbarczenie odmy. Cały sprzęt zawarty w jednej osobistej apteczce. A ilu śmierci można uniknąć... 

W Myślenicach od kilku lat szkoleniami z zakresu elementów ratownictwa pola walki zajmują się reprezentanci koła Myślenice Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej, w ramach działalności Sekcji Młodzieżowej AK. Zorganizowali już wiele szkoleń, w tym certyfikowany CLS (we współpracy z Zakładem Pola Walki i Ratownictwa Akademii im. Frycza-Modrzewskiego), szkolenie z obsługi wyposażenia apteczek taktycznych dla Ukraińców wracających do Ojczyzny, ratownictwo w trudnym terenie, czy cykl szkoleń z elementów ratownictwa pola walki dla mieszkańców Myślenic w ramach szkoleń obronnych. Najnowszą inicjatywą było szkolenie dla Strzelców Rzeczypospolitej, w której ćwiczone były podstawowe procedury ratownictwa cywilnego z elementami ratownictwa pola walki. Uczestnicy w pierwszej części uczyli się układać poszkodowanego w pozycji bocznej bezpiecznej, oceniali parametry życiowe oraz ćwiczyli RKO i użycie AED. Druga część dotyczyła krwotoków. Uczestnicy robili pakowanie rany (tzw. wound packing), zakładali stazy taktyczne typu CAT oraz poznawali opatrunki typu izraelskiego.  Trzecia część obejmowała scenki. W pierwszej patrol strzelców trafił na dziadka, który postrzelił wnuczka. Widząca to babcia straciła przytomność i przestała oddychać. Wnuk leżał na ziemi z masywnym krwotokiem z pośladka. A dziadek zasłabł. Centralną częścią drugiej scenki był konflikt między dwoma influencerkami, w wyniku którego jedna zaatakowała drugą ostrym narzędziem raniąc ją w dłoń. W międzyczasie na parkingu doszło do potrącenia pieszego, a sprawca, starszy mężczyzna, osunął się bez przytomności na ziemię. 

Tym razem sytuacje były proste do opanowania, bo miały na celu wykorzystanie poznanych procedur w konkretnych sytuacjach. Szeroki przekrój wieku uczestników oraz ich wykształcenia dodatkowo urealniał każdą scenkę. Na wiosnę planowana jest druga część szkolenia, w której uczestnicy skupią się już wyłącznie na procedurach stosowanych w warunkach pola walki. Zajęcia będą odbywały się na terenie zrujnowanego budynku gospodarczego, a tematyka zostanie poszerzona o kolejne zagadnienia. Z kolei w pierwszej połowie przyszłego roku planowane są szkolenia z certyfikatami CLS i TECC – dla grup proobronnych, ratowniczych oraz dla studentów kierunków wojskowych. Zapraszamy do śledzenia profilu Koła Myślenice ŚZŻAK i Strzelców RP jednostka Myślenice na facebook’u.

Tekst i fot. Maja Ingarden