Porucznik pilot Stanisław Pietruszka (1916-1941) cz. 1

Historia 22 listopada 2022 Wydanie 44/2022
Porucznik pilot Stanisław Pietruszka (1916-1941) cz. 1
Podporucznik pilot Stanisław Pietruszka, depozyt rodziny Pietruszków

Na liście ponad czterdziestu lotników pochodzących z ziemi myślenickiej znajduje się nazwisko Stanisława Pietruszki. Ten oficer lotnictwa i pilot był absolwentem słynnej Szkoły Podchorążych Lotnictwa w Dęblinie. Lotnik brał udział w II wojnie światowej. Walczył w wojnie obronnej 1939 roku, a później został członkiem personelu jednego z polskich dywizjonów bombowych w Wielkiej Brytanii.

Stanisław Pietruszka urodził się 27 sierpnia 1916 roku w Gruszowie w powiecie myślenickim. Miał starszego o trzy lata brata – Józefa, który brał udział w kampanii wrześniowej 1939 roku, a następnie w czasie hitlerowskiej okupacji działał w partyzantce na terenie powiatu myślenickiego.

Pasją Stanisława już od najmłodszych lat było lotnictwo. Świadczyć o tym mogą chociażby liczne rysunki samolotów, które można znaleźć w jednym z jego zeszytów, pochodzących z czasu, kiedy uczęszczał do szkoły powszechnej. Jako dziecko Pietruszka przeniósł się wraz z rodziną do Piotrkowa Trybunalskiego. W tym mieście ukończył Państwowe Gimnazjum im. Bolesława Chrobrego. Po zdaniu egzaminu maturalnego w 1936 roku odbył trzymiesięczny kurs w Dywizyjnym Kursie Podchorążych Rezerwy 10 Dywizji Piechoty przy 28 Pułku Strzelców Kaniowskich w Łodzi. Fascynacja lotnictwem miała wpływ na obranie drogi życiowej. Od stycznia 1937 roku do czerwca 1939 roku Pietruszka uczęszczał do słynnej Szkoły Podchorążych Lotnictwa (SPL) w Dęblinie. 15 czerwca 1939 roku został absolwentem XII promocji SPL. Po ukończeniu nauki w szkole 1 sierpnia 1939 roku awansował na stopień podporucznika. Będąc oficerem i pilotem, otrzymał przydział do 24 Eskadry Liniowej 2 Pułku Lotniczego w Krakowie.

Chrztem bojowym młodego oficera lotnictwa była kampania wrześniowa. W czasie wojny obronnej z Niemcami podporucznik Pietruszka służył w 24 Eskadrze Rozpoznawczej, przekształconej z 24 Eskadry Liniowej. Jednostka ta z kolei wchodziła w skład lotnictwa Armii „Kraków”. Kiedy 1 września 1939 roku rozpoczęły się działania wojenne, bazą 24 Eskadry było lotnisko Klimontów, które znajdowało się w odległości około 20 kilometrów od Krakowa. Już pierwszego dnia wojny jej samoloty uczestniczyły w lotach patrolowych. Dzień później dowódca eskadry, kapitan Julian Wojda otrzymał rozkaz, aby przeprowadzić atak na zmotoryzowaną niemiecką kolumnę. Miały w nim wziąć udział dwa klucze 24 Eskadry Rozpoznawczej. 2 września polskie samoloty PZL.23 Karaś w okolicy Jabłonki zbombardowały oddziały nieprzyjaciela. Jak przebiegł atak można dowiedzieć się ze spisanych przez podporucznika Pietruszkę wspomnień wojennych:

„Już drugi dzień jak wojska niemieckie przekroczyły naszą granicę. Humor mam jednak doskonały (…) Od samego rana eskadra szykuje się do wyprawy bombardierskiej. Jeden Karaś poleciał na rozpoznanie położenia dywizji pancernej nieprzyjaciela. Pomagam przy podwieszaniu bomb przy mojej maszynie. Stoi grat spokojnie jakby nigdy nic, a tu mu pod kadłub 6 setek pakują. Sprawdzam sam dokładnie podwieszenie pigułek. Wiszą wszystkie jak ta lala, gładkie, zimne, lśniące w słońcu (…) Sześć maszyn majestatycznie kłuje na start. Startujemy pojedynczo. Maszyna za maszyną. Lecimy jak sześć szatanów nad górami i kotlinami (…) Pod nami szosa, a koło niej łąka czy coś innego, a na niej pełno wozów, czołgów i piechoty. Krótka decyzja, nalatywać z daleka nie ma co, bo mogą człowieka zrąbać. Zadzieram Karasia, kopię prawą nogą i przewrotem walę w środek kolumny. Celuję skrupulatnie, oddaję serię. W tym momencie Konrad posyła Niemcom powietrzną pocztą 6 setek. Usłyszałem głuchy huk pod maszyną i podmuch rozdartego powietrza rzucił maszyną. Trafiliśmy doskonale, łąka była pokryta białym tumanem dymu. A więc doskonale, teraz wracać do domu. Ale nie łatwe to zadanie, dotąd milczące działa i karabiny przeciwlotnicze wroga rzygają pociskami na potęgę. Widzę wyraźnie pozycje karabinów i dział na szosach i wzgórzach. Nie przypuszczałem, że takie piekło może być na ziemi. Pociski karabinowe ciągnące za sobą długie smugi ognia lecą koło nas jak robaczki świętojańskie, lecą dziesiątkami, później setkami z każdego wzgórza, z każdej szosy i drogi, przecinają się i krzyżują maszyną przyczem wydają cichy złowrogi świst. Co kilka minisekund przelatuje koło maszyny po 10, 20 pocisków artylerii szybkostrzelnej, są to granaty najgroźniejsza dla lotnika broń, wyją i chichoczą przeraźliwie, że aż człowiekowi skóra cierpnie. Maszyną rzuca okropnie, że aż knypel z łapy wyrywa – to bliskie wybuchy szrapneli i granatów. Przechodzę ostrą piką do kosyniera. Walę tuż nad drogę, przyczem nie żałuję karabinu maszynowego, również obserwator i strzelec swoich nie żałują (…) Jeszcze z kilku wzgórz ostrzeliwano nas, ale już mniej groźnie (…) Zbliżamy się do lotniska. Serce mam pełne radości. Pikuję na dwór w którym mieszka nasz herszt eskadry i reszta oficerów personelu latającego, a później zawadiackim i cholernie podciągniętym „amarykańcem” zawracam na lotnisko i ląduję” 

cdn

Andrzej Małysa,

Muzeum Niepodległości w Myślenicach