Pozostał tylko niesmak

Pozostał tylko niesmak

Z naszych ulic już prawie zniknęły żółte autobusy. Podobno wracają na swoje dawne przedcovidowe trasy Kraków – Oświęcim, gdzie znowu wożą turystów z Izraela. Linia M1 z Myślenic do Krakowa była tylko „przejściowym zajęciem” dla spółki Małopolska Prywatna Komunikacja Samochodowa, która teraz porzuciła lokalnych pasażerów, aby wrócić do zarabiania pieniędzy na przewozach turystycznych.

Każdy powie, że przedsiębiorca musi zabiegać o zysk, od tego zależy przyszłość firmy oraz możliwość regulowania bieżących zobowiązań, w tym wynagrodzeń dla pracowników. I tu pełna zgoda, tylko że w kontekście usług publicznych najważniejszy powinien być klient, dla którego te usługi są świadczone. Nie można zaprzestać świadczenia tych usług niemalże z dnia na dzień i zostawić pasażerów na przysłowiowym lodzie. Dlatego po likwidacji linii autobusowej M1, M2, niepodjęciu przewozów na linii U oraz zbliżającym się zakończeniu kursowania na linii M0 przez spółkę Małopolska PKS pozostał taki niesmak.

Po pierwsze, przez półtora roku kursowania żółtych autobusów przyzwyczailiśmy się do wygody podróżowania oraz bieżącej informacji, czy dany kurs będzie realizowany, czy nie, a jeśli nie, to co w zamian.

Do tego trzeba podkreślić kulturę i profesjonalizm kierowców autobusów. Wcześniej tego nie było. Stan techniczny wielu busów, które kursowały na trasie z Myślenic do Krakowa, budził zastrzeżenia, niektóre to nawet grozę, po prostu strach było nimi jechać. Co gorsza, busy jeździły jak chciały, a rozkład był tylko „luźną propozycją”. Również zachowanie niektórych kierowców busów było nieodpowiednie. Oczywiście wynikało to ze stresu na drodze, czasem problemów z „nadmiarem” pasażerów lub innych kłopotów, jednak to złego zachowania kierowców nie tłumaczy. Dlatego żółte autobusy zyskały tak liczne grono klientów, a nawet fanów. Przyzwyczailiśmy się do wyższych standardów. Niestety przewoźnik niemalże z dnia na dzień zlikwidował linię, a na dodatek jako wyjaśnienia podaje sprzeczne informacje. A to, że się nie opłaca, a kiedy samorząd miasta zadeklarował, że dołoży dodatkowych środków, to przedsiębiorca mówi, że ma problemy zdrowotne i nie może już prowadzić przewozów. Na dodatek deklaruje, że pomoże swoim ewentualnym następcom, ale faktycznie nic w tej sprawie nie robi. Czyżby bał się konkurencji mimo, że zlikwidował linię?

Po drugie przedsiębiorca, który podpisał umowę z Urzędem Marszałkowskim na zorganizowanie kilku przejazdów dziennie na trasie Myślenice - Kraków przez Mogilany z dofinansowaniem przeszło 205 tys. zł za cztery miesiące, chyba wiedział co podpisuje. Kalkulował koszt tych przejazdów przed złożeniem oferty na konkurs ogłoszony przez marszałka województwa. Nagle, niemalże w przeddzień uruchomienia linii wycofuje się z realizacji umowy. Czy to jest odpowiedzialne zachowanie? Czy dla takiego przedsiębiorcy liczy się klient? Przecież wiadomo, że samorząd województwa nie znajdzie z dnia na dzień zastępstwa. Ucierpią na tym pasażerowie, którzy i tak mają już utrudniony dojazd do Krakowa.

Po trzecie, jak napisał sam przedsiębiorca na swoim portalu facebookowym, uruchomienie linii Kraków - Myślenice było tylko pewnym projektem, który od początku skazany był na niepowodzenie. Jak czytamy w oświadczeniu spółki Małopolska PKS: „… Być może nasz niszowy i nieoczywisty projekt był wadliwy od samego początku - nie miał szansy sprawdzić się w obecnych warunkach. Komunikacja komercyjna bez wsparcia z zewnątrz (dopłaty do przejechanego wozokilometra, nieoprocentowane kredyty na wymianę taboru itd.) nie są możliwe w dłuższej perspektywie czasu na takim poziomie, jaki chcieliśmy zapewnić.” Zapewne o to chodzi. Projekt ten - czyli linia M1 - był możliwy, gdyż Spółka otrzymała znaczne dotacje państwowe. W ciągu dwóch lat było to przeszło 3 mln zł. Jak podaje pan Tomasz Stanek, prezes spółki Małopolska PKS, jego firma otrzymała pomoc publiczną głównie jako organizator turystyki na bazę noclegową i gastronomię, która nie mogła funkcjonować w okresie pandemii, a większość środków była wypłacona przed uruchomieniem linii, w tym: z PFR (Polskiego Funduszu Rozwoju) - zaliczka zwrotna: 2 192 692, 53 zł; z ZUS (Zakładu Ubezpieczeń Społecznych) - zwolnienie z opłacanie składek: 417 083,15 zł; WUP (Wojewódzkiego Urzędu Pracy) - dopłata do wynagrodzeń: 157 740 zł; Linia użyteczności publicznej (zwrot za przejechany km): 302 206,49 zł; dopłata do biletów ulgowych: 131 903,88 zł w 2022 oraz 63 255,12 zł w 2021 roku. Jak widać były to znaczące transfery, które zapewne pozwoliły realizować ten „niszowy i nieoczywisty projekt”, który na dodatek „był wadliwy od samego początku”. Zapewne dzięki tym środkom żółte autobusy mogły kursować poniżej kosztów. Zastosowanie tych samych cen co w busach, w połączeniu ze względnym komfortem jakie oferowały, doprowadziły do wycofania się z rynku większości lokalnych drobnych przewoźników. I mimo, że konkurencja zniknęła rachunek ekonomiczny podpowiedział właścicielowi, że czas się wycofać.

Poziom usług jaki świadczyła spółka Małopolska PKS był możliwy tylko dzięki pomocy publicznej. Kiedy skończyły się dotacje i ulgi „covidove” pomimo rosnącej ilości pasażerów firma „ucieka” tam, gdzie może zarobić. I to jest normalne, taki jest biznes. Tylko szkoda, że odbywa się to w takiej formie i stylu. Szkoda, że spółka likwiduje linię informując o tym w ostatnim momencie. Przez co powstał chaos i niepewność jak dojechać do pracy, do szkoły, na uczelnię. Jak słyszymy już pojawili się następcy, którzy chcą realizować przewozy pasażerskie na tej trasie, tylko muszą od początku starać się o uzgodnienie przystanków i uzyskanie innych niezbędnych zgód, a to trwa. Gdyby Małopolska PKS ogłosiła swoją decyzję miesiąc, albo dwa wcześniej nie byłoby tych nerwów, wzajemnych żali i pretensji.

Witold Rozwadowski Witold Rozwadowski Autor artykułu

Prezes MARG Sp. z o.o., Redaktor naczelny. Przez wiele lat pracował w Urzędzie Miasta i Gminy w Myślenicach, Wcześniej w latach 1999-2003 pełnił funkcję redaktora naczelnego Gazety Myślenickiej. (SAMORZĄD)