Prym wiodą lody i kawa

Prym wiodą lody i kawa
Krystyna Trzcińska wraz z mężem prowadzi 7-ka Cafe od 1992 roku

Kawa, lody, rodzina – czy komuś nasuwa się skojarzenie z Włochami? Być może, ale nie o włoskiej firmie będzie mowa, ale o polskiej, myślenickiej. Mowa o „7-ka Cafe” prowadzonej od ponad 30 lat przez małżeństwo Krystynę i Ryszarda Trzcińskich. To przykład rodzinnego biznesu i to takiego „z korzeniami”, bo jeszcze zanim powstała kawiarnia, rodzina prowadziła sklep galanteryjny, a jeszcze wcześniej restaurację.

Ta historia sięga lat 60-tych XX wieku, kiedy to Władysław Trzciński, ojciec Ryszarda Trzcińskiego, razem z żoną Kazimierą otworzył restaurację „Bajka”, w której podawano m.in. sznycle (kotlety mielone) z ziemniakami i buraczkami.

Działała ona w nieistniejącym już domu, a potem przeniosła się do nowo wybudowanego budynku.

W latach 70-tych przestała istnieć, a jej miejsce zajął inny rodzinny interes – sklep galanteryjny. Nazwali go „7-ka” od adresu, a dokładnie od numeru, pod którym się mieścił.

Kiedy zakończył się okres transformacji ustrojowej i zaczęła gospodarka wolnorynkowa rodzinny biznes musiał się dostosować do nowej sytuacji, m.in. do tego, że handel ciuchami wybuchł na niespotykaną dotąd skalę.

- Nagle zaczęto nimi handlować wszędzie, na bazarach i nie tylko, bo wystarczyło łóżko polowe lub tzw. szczęki, i można było sprzedawać – wspomina Krystyna Trzcińska.

To jedno. Drugi powód, dla którego zaczęli myśleć o zmianie branży, to fakt, że po towar (odzież) trzeba było regularnie jeździć i to do Łodzi, Częstochowy, a oni mieli w tamtym czasie małe dzieci.

- Kuzyn, który sam otwierał wtedy własną kawiarnię w Zakopanem, podpowiedział nam, żebyśmy zmienili branżę na kawiarnię – mówi Ryszard Trzciński.

Otwarli ją dokładnie 16 maja 1992 roku.

- Był początek lat 90-tych...Było trudno, ale jednocześnie łatwo, bo nie było takiej konkurencji jak dziś. Dodatkowo, temat nie był mi obcy, bo niemalże urodziłem się w restauracji, ale… kawiarnia to nie to samo – mówi pan Ryszard.

Chcieli, aby w ich kawiarni prym wiodły lody i kawa.

- Kuzyn obiecał, że zdradzi nam recepturę na lody i słowa dotrzymał. Kręciliśmy je sami wtedy i robimy to do dziś – dodaje pani Krystyna.

I wspomina wyjazd do Włoch, z których sprowadzili sprzęt, od maszyny do lodów począwszy na ekspresie do kawy skończywszy, ale też meble.

- To były dziwne czasy. Z jednej strony biznesy rodziły się na pęczki i handel kwitł, ale z drugiej niczego nie było. O towar było bardzo trudno. Pamiętam swój wyjazd na targi lodowe w Rimini, z których przywiozłam lodówkę-witrynę do lodów. Kosztowała wtedy tyle co… nowy mercedes, ale służy nam do dziś – mówi pani Krystyna.

Podczas ostatniego remontu lokalu na ścianie pojawił się ledon z hasłem: „Na kawę i miłość jest zawsze czas”. - Za tym pomysłem stoi nasza córka Agata, która również jest zaangażowana w nasz rodzinny biznes – mówi pani Krystyna.

- Zaczynaliśmy w czasach, kiedy kawa z ekspresu nie była popularna. Nieraz klienci prosili nas o zaparzenie im zwykłej, po turecku. I na życzenie parzyliśmy, zresztą zdarza się, że i dziś to robimy Ale z czasem przyzwyczajenia i mody się zmieniały. Staramy się za nimi nadążać, iść z duchem czasu – mówi pani Krystyna.

Dlatego dziś wśród mnogości oferowanych kaw znajdziemy m.in. dyniową latte.

- Nasza kawa pochodzi z palarni w północnych Włoszech. Odwiedziłam ją i wiem, że podobnie jak nasza to lokalna, rodzinna firma, choć o dłuższej niż nasza, bo ponad stuletniej tradycji. A jej właściciel to prawdziwy pasjonat kawy – dodaje.

Zapytani o receptę na biznes i to taki, który działa od dekad, nie udają, że prowadzenie go ma wyłącznie słodki smak.

- Żeby prowadzić własny biznes trzeba przede wszystkim… chcieć go prowadzić. Żyć nim. Nie wystarczy założyć firmę, ona sama nie zacznie się kręcić. I trzeba też pamiętać o tym, że własny biznes daje niezależność, ale zabiera co innego: czas – mówi pani Krystyna.

Choć mieli taką możliwość, nie zdecydowali się na otwarcie drugiej kawiarni, tym razem w Krakowie. Nie żałują, bo bardzo cenią sobie bezpośredni kontakt z klientem i taki klimat, jaki udało się im stworzyć przywodzący na myśl wspomniane już Włochy.

- Najbardziej jestem dumna z tego, że mamy stałych klientów, a wśród nich takich, którzy odwiedzają nas od samego początku. Jedni regularnie, inni przy okazji, np. jadąc na wakacje. Myślę, że oprócz naszych smaków przyciąga ich do nas właśnie ta rodzinna atmosfera. Kiedy przyjeżdżają nie spieszymy się, rozmawiamy, wspominamy… Często gościmy też dzieci naszych dawnych klientów, które przyjeżdżały do nas kiedyś ze swoimi rodzicami, a teraz przyjeżdżają z własnymi dziećmi. To bardzo miłe – mówi pani Krystyna. - Chciałabym, aby to trwało i żeby odwiedzały nas kolejne pokolenia. Będzie to możliwe, jeśli nasze dzieci przejmą w przyszłości kawiarnię i zachcą ją prowadzić dalej. Mam nadzieję, że tak się stanie, zwłaszcza, że wychowały się w tym i wiele rzeczy potrafią. Powiem więcej, Agata ma do tego prawdziwy dryg, nie tylko świetnie piecze, ale ma zmysł estetyczny i pięknie dekoruje ciasta.