Rozproszeni po wszem świecie, gnani w obce wojny

Rozproszeni po wszem świecie, gnani w obce wojny

Kobarid w Słowenii, to dwudziestotysięczne i bardzo malownicze miasteczko położone w północno-zachodniej części kraju na obrzeżach Triglawskiego Parku Narodowego.

To urocze maleńkie miasteczko o białych domach z czerwonymi dachami, którego śródziemnomorski charakter wspaniale kontrastuje z górskim krajobrazem i ośnieżonymi szczytami. Kobarid powinien znać każdy czytelnik Ernesta Hemingway’a, gdyż występuje on w jego powieści „Pożegnaniu z bronią” pod włoską nazwą Caporetto. W okolicy ciągnie się pasmo przepięknych krajobrazowo Alp Julijskich, oraz przepiękna dolina rzeki Soca z włoskiego Isonzo, która odznacza się swą barwą w kolorze turkusowym. Ta malownicza okolica w latach 1915-17 była miejscem jednych z najkrwawszych walk miedzy wojskami włoskimi a austro-węgirskimi w czasie I wojny. Zagłębiając się w historię Wielkiej Wojny w tym rejonie niestety romantyka tych okolic pęka jak przysłowiowa bańka mydlana.

Od czerwca 1915 aż do listopada 1917 w nieludzko ciężkich warunkach w wysokich górach, w śniegu i mrozie wykrwawiały się dwie armie.

W początkach Wielkiej Wojny, co dopiero zjednoczone Królestwo Włoch było sojusznikiem wojskowym Niemiec i monarchii austro-węgierskiej od początku proklamowania Trójprzymierza w 1882 roku. Problemem jednak pozostawały tereny CK monarchii wobec których Włochy wnosiły swoje roszczenia, a były to Sudtirol i Triest. Efektem tego sporu była nieobecność Włochów w czasie spotkania sztabu generalnego w Wiedniu, po czym, ku zaskoczeniu wszystkich Włochy wypowiedziały wojnę.

Bitwy, o których mowa, otrzymały nazwę od rzeki Isonzo, słoweńska nazwa: Soća, która wije się w dół z Alp Julijskich od wysokości ponad 2000 metrów do Morza Adriatyckiego. Najważniejsze miejsca, w których bitwy się odbywały, to: płaskowyż Doberdo, Görz, dzisiaj: Gorizia, Włochy i Nova Gorica, Słowenia, Monte San Michele dzisiaj położone we Włoszech.

W czasie wypowiedzenia wojny Włosi mieli przytłaczającą przewagę nad monarchią austro-węgierską. Na szczęście dla dowództwa wiedeńskiego, wręcz legendarny, brak organizacji włoskiego wojska, destabilizował jego działania opóźniał i dawał Austriakom czas, aby zorganizować jednostki do obrony linii frontowej.

Od maja 1915 roku do listopada 1917 roku ogółem 12 bitew odbyło się w dolinie Isonzo. Pomimo faktu, że jednostki ściągane przez obie strony miały niezwykłą siłę, nikomu nie udało się zdobyć większości terenów podczas bitew, jednak nie to był powód tego, że te wydarzenia tak głęboko zapadły w pamięć walczących. Jeśli kiedykolwiek istniało piekło na ziemi, wtedy było właśnie tam.

Jeśli chcemy zrozumieć dlaczego, musimy szukać odpowiedzi w warunkach terenowych. Ta część Alp jest całkowicie pustą okolicą z ostrymi skałami, dlatego dla żołnierzy marsz był wielkim wysiłkiem, wykopywanie rowów strzeleckich zaś męką. Dodatkowo, artyleria włoska często ostrzeliwała pozycje obronne nieprzerwanie przez wiele dni, hałas karabinu stał się częścią codziennego życia. W górach wyższych niż 2000 metrów posuwanie się do przodu i odwrót – oraz organizacja uzupełniania zapasów i zaopatrzenia wojennego – było bardzo nadwyrężającym zadaniem, dlatego żadna z 11 bitew nie przyniosła znaczącego wyniku żadnej ze stron.

W efekcie trwającej ponad dwa i pół roku walki, dopiero 12 bitwa, która trwała pomiędzy 24 października – 7 listopada 1917 przyczyniła się do przełamania frontu przez oddziały austro-węgierskie. Przyczyniło się miedzy innymi do tego wsparcie Niemców i użycie przez nich gazu bojowego difosgen . Oddziały monarchii austro-węgierskiej wyparły armię włoską aż do rzeki Piave, pchając linię frontową do przodu 100 kilometrów, gdzie w końcu dowództwo włoskie opuściło swoje stanowisko. Walki nad Isonzo skończyły się całkowitym zwycięstwem monarchii austro-węgierskiej.

Linia frontowa zawsze przesuwała się w ciągu dwóch i pół roku najwyżej o 10-20 kilometrów, ale walki wymagały wielu ofiar: po stronie włoskiej więcej niż 1,1 mln, a po stronie węgierskiej w przybliżeniu 500 tys. osób zmarło, zaginęło lub zostało rannych. Są to bardzo wysokie liczby, także jeśli porównamy je do całkowitej liczby ofiar wojny. Mimo że armia austro-węgierska wygrała na froncie, po wojnie w traktacie w Trianon Włochy dostały większość obszarów, których się domagały, 4 czerwca 1920 roku.

Oczywiście każda wojna to przesuwające się fronty, liczby poległych, zwycięstwa i porażki, często suche statystyki, które czytamy w różnych opracowaniach i tabelach. Należy jednak pamiętać, że za każdą z tych liczb, kryją się konkretni ludzie, a niejednokrotnie dramaty ich i ich bliskich. Podobnie było i w Alpach Julijskich, gdy stratedzy przesuwali chorągiewki na mapach siedząc w Wiedniu czy Rzymie w górach ginęli ludzie. W szeregach armii austro – węgierskiej byli to również mieszkańcy ziemi myślenickiej i najbliższych okolic. Archiwa poległych, w Muzeum Wojny w miejscowości Kobarid, pełne są polskich nazwisk, wśród których widnieją również te z naszej ziemi: Antoni Swajca ur. 1894 r. w Rudniku. zm. 22.07.1915 r. 58RP. / Emil Zguda ur. 1894 r. w Grzechyni. zm. 22.07.1915 r. 58RP. / Franciszek Proskowiecz (Proszkowiec?) ur. 1893 r. w Krzeczowie zm. 22.07.1915 r. 58 RP. / Jakub Pustelnik ur. 1892r. w Tenczynie zm. 5.06.1915r. Pochowany na górze Koźlak. 58 RP. / Antoni Talaga ur. 1894 w Gorzkowie zm. 25.10. 1917r.

Pochowany na cmentarzu Ukanc. / Alois (Alojzy) Dorak ur. 1894r. w Krzyszkowicach zm. 22.07.1915r. 58RP Kompania 15. / Andrzej Matula ur. 1895r. w Biertowicach zm.4.06.1915r. Pochowany na górze Koźlak. 58RP. / Klemens Nazim ur. 1895r. w Lednicy pow. Wieliczka zm. 22.07.1915r. / Franz Piątek ur. 1894r. w Budzowie zm. 22.07.1915r. 58RP. / Władysław Pindel ur. 1895r. w Trzebuni zm. 19.07.1915r. 58RP. / Józef Popek ur.189? w Czechówce zm. 19.07.1915r. 58.RP .

Wszyscy żołnierz rekrutujący się z naszych mieszkańców walczyli w ramach 58 Regimentu Piechoty, wcieleni przymusowo, wbrew swojej woli, jechali na „ drugi koniec świata” by walczyć. Wśród nich był również mój dziadek mieszkaniec Trzemeśni, został on wcielony do CK armii wraz z czterema swoimi kolegami z Łęk i Banowic. Na szczęście dziadek wrócił z wojny, niestety wielu nie miało tego szczęścia i dziś spoczywają na cmentarzach, które są niemymi świadkami tamtych wydarzeń, lub leżą w wysokich górach niejednokrotnie w miejscach, gdzie polegli bez krzyża i mogiły.

Marek Stoszek Marek Stoszek Autor artykułu

Socjolog i kulturoznawca. Badacz i propagator historii, kultury i tradycji naszego regionu. Dziennikarz, w latach 2019 i 2020 redaktor naczelny Gazety Myślenickiej.