Skąd się wzięła w 1980 roku tzw. „afera myślenicka” (cz. 1)

Historia 2 sierpnia 2022 Wydanie 29/2022
Skąd się wzięła w 1980 roku tzw. „afera myślenicka” (cz. 1)
Rynek lata 70. XX wieku. Widać szpaler topoli. Fot. fot. z archiwum Marka Stoszka

Zagłębiam się w temat, który w pewnym sensie jest białą plamą w myślenickiej historii miasta. W nim jak i w wielu innych, wiedza drzemie u bohaterów wydarzeń minionych czasów, którą trudno jest wydobyć, odkryć i pokazać.

Nie każdy chce wracać do przeszłości i pamięć o niej chciałby pozostawić tylko dla siebie. Różne są tego przyczyny. Zdarza się, że miał w niej miejsce niechlubny epizod, o którym chciałoby się zapomnieć. Niekiedy ze skromności, aby wśród bliskich i znajomych nie być odbieranym jako bohater. Wreszcie odkrywając ukrywaną prawdę i zdradzając tym postępki innych można narazić się na zemstę osób, które dla kariery zmieniły swoje słabości i orientację polityczną. Dla nich niejednokrotnie stare sprawy tworzą plamę na autorytecie i przy pomocy sądów będą starali się ją wyczyścić. Są przykłady takich działań, więc czasem, by nie przysparzać sobie kłopotów, wygodniej nie wracać do przeszłości. Cierpi na tym wiedza, którą błędnie tworzy się dla potrzeb chwili - często zakłamana, później przyjmowana jest za prawdziwą.

Zatem są tematy niewygodne, do których się nie wraca, myśląc, że kiedy odejdą świadkowie, to wstydliwa rzeczywistość jako mało znaczący epizod trafi w niepamięć i nie odnotuje ich pisana historia.

Takie rozumowanie udowadnia treść niedawno wydanej w historycznym ujęciu Monografia Myślenic, gdzie myślenickie wydarzenia z 1980 roku określono jednym zdaniem - „największa afera gospodarcza PRL”. Lakonicznie odnotowano tylko, że coś takiego miało miejsce nie zdradzając szczegółów. Chociaż treść określenia zobowiązuje do ujawnienia faktów, to pozostawiono ją tylko hasłowo. Dla potrzeb wyjaśnienia minionych zdarzeń przemilczano fakty i przygotowano skąpą narrację, która miała usprawiedliwić zachowania ówczesnej partyjnej władzy. Ponieważ sprawa dotyczyła wąskiej grupy decydentów, nie dociekano wyjaśnienia całej prawdy, tym bardziej, że główni reżyserzy zachowania byli z górnej półki PZPR oraz nie mieli miejscowych korzeni.

Minęło 40 lat i o faktach mało kto pamięta oraz nie bardzo wie na czym mogło polegać nieuczciwe, kolidujące z prawem, przedsięwzięcie. Aby zrozumieć prawdę trzeba poznać okoliczności zdarzenia.

Już sam tytuł mówi, że musiało stać się coś wielkiego, jakaś niesamowita malwersacja majątku. Jednak szczegóły pokazują coś innego, a mianowicie, że „afera” była pokłosiem układów wewnątrz partyjnych w krakowskim Komitecie Wojewódzkim PZPR. Wówczas PZPR posiadała w województwie krakowskim monopol władzy i ogromny wpływ na życie publiczne. Jednym z najważniejszych instrumentów sprawowania władzy przez PZPR był system nomenklaturowy. Pozwalał on partii na kontrolowanie obsady tysięcy stanowisk w administracji, gospodarce, oświacie, środkach masowego przekazu, itp. Partia wpływała na opinię publiczną przez kontrolowanie organizacji społecznych i środków masowego przekazu. Partyjną propagandę wspierał rozbudowany system cenzury.

Szukając przyczyn wywołania afery należy przejść do wcześniejszego poprzedzającego okresu w krakowskich stosunkach aparatu partyjnego. Najważniejszym stanowiskiem w Krakowie była funkcja pierwszego sekretarza Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Chociaż była wybierana z grona zgłoszonych kandydatów, to jednak rolę tę pełniła osoba desygnowana przez Komitet Centralny partii i traktowana była jako stanowisko tymczasowe. Krótka, dwuletnia kadencja nie dawała możliwości rozpoznania miejscowych stosunków i uporania się z lokalnymi problemami tym bardziej, że obejmujący tę funkcję, to byli ludzie nie mający wcześniej kontaktu z Krakowem - byli mianowani niejako z desantu. Dlatego tych adeptów prócz posady nie interesowały lokalne sprawy i swoje stanowisko traktowali jak przystanek do dalszej kariery. Otaczani byli grupą klakierów, którzy rękami sekretarza załatwiali własne interesy i co nie wykluczone, że myślenicka afera miała takie podłoże.

Aglomeracja krakowska należy do najliczniejszych w Polsce, a Kraków uważany jest za centrum kultury, więc stanowiska w układzie politycznym miały duże znaczenie i obsadzane były osobami sprawdzonymi. W końcu dekady lat siedemdziesiątych często zmieniała się funkcja I sekretarza KW PZPR. Na to stanowisko każdorazowo desygnowano członka Komitetu Centralnego PZPR. Od 19 maja 1975 do 10 grudnia 1977 był nim Wit Drapich, który wcześniej przez kilka lat pełnił funkcje w samorządzie województwa i miał krakowskie korzenie (pochodził z rodziny w Świątnikach Górnych) lecz karierę polityczną zrobił na Pomorzu Zachodnim w Szczecinie, gdzie spędził większość swojego życia. Następcami byli: Kazimierz Barcikowski w latach (1978-1980) pochodzący z Mazowsza, a później funkcję objął Krystyn Dąbrowa (1980-1982) rodem z Podlasia, nie związany z lokalnym środowiskiem. Z racji braku powiązań z miejscowymi układami nie podobał się miejscowemu partyjnemu betonowi.

Wówczas sekretarza dostawało się w prezencie. Propaganda podawała, że w tym przypadku Komitet Centralny docenił społeczność krakowską, desygnując na kluczowe stanowisko doświadczonego i sprawdzonego działacza z najwyższej półki, mającego w swoim dorobku bogatą karierę polityczną. A tu, zamiast z zachwytu klaskać w dłonie, to niewdzięczny aktyw partyjny nie chciał akceptować narzuconego satelity.

Na tym tle powstał konflikt, a najbardziej aktywnym był Bolesław Grzesiak, od 1976 roku kierownik Wydziału Organizacyjnego Komitetu Krakowskiego, będący u steru władzy i wydający wiążące decyzje w sprawach kadrowych. Podpadł szefowi, który uznał go za wroga i polecił poszukać motywu do uspokojenia, a nawet do skutecznej eliminacji niesfornego przeciwnika. Należało udowodnić – kto tu rządzi.

cdn

Tomasz Osiński