Słówko o krytyce

Słówko o krytyce

W ubiegłym tygodniu, jako słuchacz z ograniczonym prawem głosu, uczestniczyłem w debacie z założenia poświęconej krytyce artystycznej w zakresie fotografii, w praktyce zaś – sposobom radzenia sobie z nieuprawnionymi, formułowanymi naprędce i w emocjach głosami opiniującymi (nazywamy je krytykanckimi). To dwugodzinne, całkiem interesujące spotkanie artystów-fotografów (niestety nie zaproszono na nie profesjonalnego krytyka, ani też publicysty zajmującego się sztuką) zachęciło mnie do napisania kilku zdań ad vocem, porządkujących bądź uzupełniających poruszane przez rozmówców zagadnienia.

Zacznijmy ab ovo, czyli od definicji krytyki, w tym wypadku – artystycznej. Słownik PWN podpowiada, że krytyką artystyczną nazywamy dział piśmiennictwa zawierający wypowiedzi oceniające, dedykowane dziełom sztuk plastycznych. Do grona sztuk wizualnych (percypowanych wzrokowo) zaliczamy także interesującą nas fotografię, a w szczególności jej Bułhakowską odmianę – fotografikę. Wspomniane wypowiedzi krytyczne mogą mieć charakter publicystyczny (upowszechniający), naukowy (szlachetny), informacyjny (lapidarny), a nawet literacki (a zatem bardzo autorski). Pamiętajmy, że teksty krytyczne są tworami autonomicznymi (choć odnoszą się do cudzego dzieła) i jako takie same podlegają spojrzeniu krytycznemu. Mówimy wówczas o metakrytyce lub (w lżejszym wydaniu) o analitycznym przeglądzie opinii. W przeważającej mierze krytyka – literacka, teatralna bądź filmowa – dotyczy dzieł bieżących, współczesnych piszącemu. Nowy film, książka, rzeźba, obraz nim przejdą do historii lub ulotnią się z pamięci widzów w pierwszej kolejności muszą zmierzyć się z krytyką, wyrażoną albo przez zawodowców, albo przez zaangażowanych w temat wielbicieli danego zagadnienia (amatorów), wyposażonych w kompetencje i wnikliwość krytyka profesjonalnego.

Jednak słowo „krytyka” wywołuje u niektórych twórców silne emocje. Oto bowiem w powszechnym odbiorze przyjęło się myśleć i mówić o tej formie aktywności intelektualnej człowieka głównie jako o strategii wyrażania poglądów nieprzychylnych („fala krytyki”), umniejszających („zmiażdżony przez krytykę”), wyrządzających szkody delikatnej strukturze dzieła („wystawione na pastwę krytyków”) bądź takich, które wpędzają twórców w depresję („nie podźwignął się po krytyce”, „krytyka ją/go dobiła” itd.). Tak zresztą termin „krytyka” jest definiowany przez słowniki – jako osąd nieprzychylny, negujący, surowy („lawina krytyki”). To powoduje pewną sprzeczność; z jednej strony autorzy obawiają się krytyki, z drugiej zaś Sztuka bez Krytyki – jako oceny uzasadnionej – nie może się rozwijać. Spójrzmy, co stało się z dziełami, które nigdy nie doczekały się jakiegokolwiek omówienia? Czy pamiętamy dziś o nich?

Krytyka bywa niekiedy mieczem obosiecznym. Wszakże każdy opiniodawca może zostać postawiony przed sądem innych krytyków i/lub odbiorców dzieła (np. czytelników, którzy – ceniąc danego twórcę – ignorują uwagi krytyczne). Uzasadniona oraz wyważona krytyka krytyki jest szlachetnym sposobem polemizowania ze stanowiskiem piszącego. W tym wypadku owo podejście krytyczne należy rozumieć jako działanie odpowiedzialne, przemyślane oraz wyważone – tak pod względem formalnym, jak i merytorycznym.

Oczywiście krytyka krytyce nie jest równa. Jej jakość zależy od kompetencji i osobowości autora danej wypowiedzi opiniującej. Jak trafnie zauważył wytrawny publicysta, krytyk i historyk literatury Wilhelm Feldman (1868–1919) – „każda krytyka jest tym, czym jest krytyk”. Toteż „w rękach człowieka inteligentnego, myślącego, praca taka wyda rezultat zajmujący”, pod piórem osoby nieprzychylnej stanie się natomiast narzędziem wymierzonym w opiniowanego twórcę. Za dziełem zawsze stoi człowiek – rzemieślnik lub artysta. To on formułuje opinie i to on za nie odpowiada. Rasowy krytyk staje do konfrontacji z utworem mając podniesioną przyłbicę. Wszelkiej maści krytykanci, kontestatorzy i prowokatorzy strzelają zwykle zza węgła albo w plecy, na ogół anonimowo (Internet – ów cyfrowy Hyde Park – niezmiernie aktywizuje tę grupę osób).

W takim razie kim krytyk JEST lub MOŻE BYĆ dla autora? Zagadnienie to poruszył Krzysztof Mętrak (1945–1993) w zbiorze esejów pod wymownym tytułem „Krytyka – twórczość przeklęta” (wydanie pośmiertne, Warszawa 1995). W szkicu z roku 1987 ten doświadczony recenzent filmowy oraz literacki napisał, że jest „do pomyślenia kilka wariantów” stosunku krytyka do twórcy. Krytyk może być Wyznawcą, który emocjonalnie, a nawet fanatycznie podchodzi do opiniowanego dzieła; może być Partnerem artysty, towarzyszącym mu w wysiłkach i próbach twórczych; może nadto być (o rety!) Pogromcą naszego autora, czyli „poskromicielem jego wybujałych i dziwacznych dążeń” (działanie niekiedy bardzo potrzebne!). Najciekawiej w tym wypadku jawi się rola krytyka-Trenera. Osoba taka, poprzez swoje rozsądne postępowanie, ma szansę wpływać pozytywnie na pracę artysty i być – pisząc metaforycznie – opiekunem, a nawet akuszerem jego talentu.

Można zatem napisać, że istnieje: Krytyka, krytyka oraz wszelkie odmiany krytykanctwa. Krytyk to zawodowiec, wyposażony w kompetencje oraz narzędzia formalne, adekwatne dla danej dziedziny twórczości, odpowiedzialny przed odbiorcami dzieł oraz historią danej dziedziny twórczości. Krytyk-amator to osoba, która wypowiada się o dziele w sposób mniej lub bardziej przychylny, a jej sąd często bazuje na podejściu intuicyjnym oraz emocjonalnym. O wszelkich odmianach krytykanctwa i napastliwości szkoda pisać. Warto jednak pamiętać, że dzieło oddane osądowi czytelników, widzów lub słuchaczy przestaje należeć do autora i staje się własnością odbiorców. Krytyk też jest odbiorcą. Odbiorca jest/bywa krytyczny. Koło się zamyka, dzięki czemu całość może toczyć się dalej...

Jeszcze uwaga końcowa – wielokrotnie polemizowałem z wypowiedziami krytycznymi, a w latach studiów polonistycznych uczestniczyłem w niejednej, niekiedy bardzo ostrej debacie o literaturze. Dlatego też zawsze będę bronił prawa odbiorców do świadomej, uzasadnionej oraz suwerennej wypowiedzi krytycznej. Na niej bowiem opiera się dialog o Sztuce. Świadomy dialog.

Tekst i fotografia Marcin Kania