Stawka większa niż picie

Stawka większa niż picie

To zaskakująca refleksja, gdy ogląda się film, o którym mówi od kilku miesięcy cały świat tak jak rok temu wszyscy dyskutowali o „Parasite” i „Jokerze”, a człowiek zadaje sobie pod koniec seansu pytanie „o co było tyle szumu ?” i wtedy następuję ostatnia, trzyminutowa sekwencja, po której mówisz do siebie „aha, to o to chodziło”. Miesiąc temu na ekrany polskich kin wszedł czarny komediodramat „Na rauszu” Thomasa Vinterberga i co tu dużo gadać, mocno namieszał.

W „Na rauszu” zaskoczeń jest zresztą więcej. Jedno z największych jest związane z kulturą alkoholową Danii. Aż chcę się zacytować słynną kwestie z „Misia” –„to oni tam bardziej garują niż u nas?”. Rzeczywiście, wychodzi na to, że bez porównania i że mają tam taką wódę, po której leżą nieprzytomni może nie trzy dni, ale niewiele krócej. Punktem wyjścia tego filmu jest pewien eksperyment, jaki przeprowadzają na własnych organizmach czterej nauczyciele duńskiego liceum. Eksperyment ma potwierdzić lub zaprzeczyć teorii naukowej norweskiego psychiatry Finna Skarderuda, głoszącej, że człowiek rodzi się z niedoborem około 0,5 promila alkoholu w krwi i stąd bierze się większość problemów, jakie ma sam ze sobą i w kontaktach z bliźnimi. Ręka w górę kto chociaż raz w życiu nie pomyślał podobnie do Skarderuda? (sam naukowiec zaprzecza, że ujął to w formie rozprawy naukowej). Czterej nauczyciele badają zagadnienie dogłębnie, metodycznie i nie szczędząc wątroby, ale czego się nie robi dla nauki. Ale „Na rauszu” to nie jest film o piciu, czy raczej o chlaniu. Tak jak o piciu nie jest „Moskwa –Pietuszki” Jerofiejewa, a „Taksówkarz” Scorsese nie jest o zgubnych skutkach pracy na taryfie. Ten film to opowieść o tęsknocie. Tęsknocie za miłością, za straconym czasem, za samorealizacją, za wolnością, za innym życiem, a może nawet za czymś nie do końca określonym jak w „Siekierezadzie” Edwarda Stachury, a alkohol to jedynie pewien symbol. Podobnie zaskakujące jest to, że nasi bohaterowie nie są wcale pokazani jako godni potępienia degeneraci, co ani chybi by ich spotkało jakby wystąpili w filmie Wojciecha Smarzowskiego, albo Małgorzaty Szumowskiej.

Zamiast tego mamy może nie stuprocentową komedię, ale film momentami niesamowicie zabawny chociaż pijaństwa w żadnej mierze on nie usprawiedliwia. Docieramy do miejsca, w którym nie da się już nie spojlerować, a nie chcemy odebrać przyjemności z oglądania tym, którzy jeszcze „Na rauszu” nie widzieli. Czy to arcydzieło? Raczej nie. Rewelacyjnie gra Mads Mikkelsen, ale to akurat nie dziwi, bo czego się spodziewać po aktorze ze światowej ekstraklasy. Pozostali z lepszym lub gorszym efektem starają się dotrzymać mu kroku, a scenariusz momentami dałoby się odrobinę podrasować i taki Hrebejk, Sverak czy Zelenka zrobiliby z tego filmu coś, po czym z kina człowiek pewnie wychodziłby na kolanach. Pytanie tylko czy wpadliby na takie zakończenie. W całej historii kina jest chyba ledwie kilka scen, po których od razu człowiek wie, że był świadkiem czegoś, co nieodwracalnie zapadnie mu w pamięć i będzie do tego wracał w nieskończoność. Trzy minuty absolutnej magii, wytańczonej przez Madsa Mikkelsena ( to naprawdę on tańczy, kiedyś był świetnie zapowiadającym się tancerzem jazzowym), wyśpiewanej przez zespół Scarlet Pleasure w utworze „What a life”(co za kapitalnie dobrany tekst) i zmontowanej i sfilmowanej tak, że specjaliści z Bollywoodu z zazdrości pewnie darli na sobie sari. Genialna kwintesencja bardzo dobrego filmu, który musisz zobaczyć.

 

Rafał Podmokły Rafał Podmokły Autor artykułu

Dziennikarz, meloman, biblioman, kolekcjoner, chodząca encyklopedia sportu. Podobnie jak dobrą książkę lub płytę, ceni sobie interesującą rozmowę (SPORT, KULTURA, WYWIAD, LUDZIE).