Szybciej niż wirus rozprzestrzenia się ignorancja

Wywiady 27 października 2020 Wydanie 40/2020
Szybciej niż wirus rozprzestrzenia się ignorancja

Nierówna walka z koronawirusem wciąż trwa, a na pierwszej linii „frontu” od wiosny pozostaje cała służba medyczna. Kiedy zaczynała się u nas pandemia, rozmawialiśmy o sytuacji w służbie zdrowia z Ryszardem Ożógiem – ratownikiem medycznym SP ZOZ Myślenice i NZOZ Ośrodka Pediatryczno-Internistycznego z 30-letnim doświadczeniem. Obecnie sytuacja robi się coraz poważniejsza, zapytaliśmy więc ponownie pana Ryszarda o sytuację w lokalnych placówkach medycznych i coraz popularniejsze w internecie teorie sceptyczne wobec pandemii koronawirusa.

Zacznijmy może od pytania, które coraz częściej pada w przestrzeni mediów społecznościowych: Czy pandemia rzeczywiście istnieje?

-Odpowiedź w tym przypadku jest po prostu zbędna. Niedowiarków kierujemy pod Szpitalny Oddział Ratunkowy lub na oddziały zakaźne. Ewentualnie należy rozważyć też jedną z licznych już propozycji udziału w wolontariacie szpitalnym. Nic tak nie przekonuje, jak namacalne poznanie problemu. Przebywanie z zarażonym pacjentem działa podobnie.

Dyskusje nie milkną również na temat objawów wirusa. Zatem jak faktycznie mogą wyglądać te objawy?

Można wymienić znane już objawy takie jak np. niska saturacja czyli wysycenie krwi tlenem. Temperatura będzie oscylować w okolicy 38 stopni i wyższa. Dodatkowo występują oczywiście: osłabienie organizmu, bóle mięśni i stawów oraz kaszel. Ponoć teraz do tego jeszcze dochodzą biegunki. To takie podstawowe objawy, które mogą wskazywać na zakażenie koronawirusem. Jednak, żeby mieć pewność należy zrobić wymaz lub podstawowy test. Pamiętajmy, że nasilenie objawów może być

bardzo różne – choroba wszak może przybierać postać skapoobjawową lub – przeciwnie może mieć bardzo ciężki przebieg. W najwyższej grupie ryzyka są w tym przypadku osoby starsze i/lub schorowane. To właśnie u nich objawy będą najsilniejsze, co niestety wielokrotnie kończy się dzisiaj śmiercią. Warto wiedzieć, że śmiertelność COVID odnotowana na całym świecie jest 1000 krotnie większa niż śmiertelność zwykłej grypy.

Zgłoszeń z pewnością nie brakuje. Podczas ostatniej rozmowy pytaliśmy o charakter wyjazdów, a jak obecnie wyglądają wizyty domowe zespołów ratunkowych?

Ostatnio wspominałem, że szczególną uwagę poświęca się przede wszystkim pacjentowi. Aktualnie uwagę zwracamy zarówno na pacjenta, jak i na rodzinę. Należy zapytać, kto z domowników jest na kwarantannie, kto posiada wynik dodatni testu. Dotyczy to oczywiście razem zamieszkujących. Jeśli chodzi o sprzęt, który wykorzystujemy podczas wyjazdów, w zasadzie kombinezony są te same i faktycznie zdają egzamin w przypadku kontaktu z chorym. Tzw. „pozytywów” jest cała masa, czasami są to nawet całe rodziny. Dodatkowo mamy do czynienia z jeszcze większym stresem, więc tym bardziej dbamy o własne bezpieczeństwo. Trzeba zwracać uwagę na poszycie kombinezonów, żeby przypadkowo nie rozerwać materiału. Z obserwacji widzę, że domownicy raczej starają się wykonywać polecenia wydawane przez zespół ratowników.

Czy w związku ze wzrostem zachorowań zwiększyła się odpowiedzialność odwiedzanych pacjentów?

Społeczeństwo jest obecnie niesamowicie podzielone. Niektórzy są obowiązkowi, inni wręcz przeciwnie. To dobrze, że media w pewien sposób ostrzegają przed konsekwencjami nieprzestrzegania obostrzeń, ale jest tego zdecydowanie za mało. Sądzę, że aktualnie powinno się stawiać nacisk na edukację osób, które współzamieszkują z osobą, u której zdefiniowano wynik dodatni. Niestety zwykle świadomość w tej kwestii mocno kuleje.

Osobiście byłem w sytuacji, gdzie wezwanie dotyczyło osoby covid dodatniej, u której z czasem stan zaczął się zdecydowanie pogarszać. Po przyjeździe na miejsce zastaliśmy mężczyznę bez maski ochronnej z dzieckiem w salonie. Również jego żona nie zastosowała żadnych środków ochronnych – na pytanie, dlaczego nie założyła Pani chociaż maski, padła odpowiedź „nie wiedziałam o takiej konieczności”...

Kto najbardziej ucierpi na teorii antycovidowej?

Dla mnie takie osoby to potencjalni zabójcy, którzy narażają siebie i innych, nie mając w ogóle świadomości z czym wiążą się takie teorie. Tworzy się z tego tzw. efekt łańcuchowy, którego skutki widać w przepełnionych już do maksimum oddziałach szpitalnych. Niestety, ze wszystkich chorób głupota przenosi się najszybciej. Nie popadajmy jednak w panikę i nie wzywajmy bezpodstawnie zespołu ratownictwa medycznego z byle przyczyny. Nadal mamy możliwość kontaktu z lekarzem poprzez teleporadę i korzystajmy z niej w razie potrzeby. Wówczas będziemy w stanie podjąć decyzję popartą diagnozą lekarza. Tym samym zadbamy o oszczędność czasu i nakładu sił ratowników, która i tak przy obecnej liczbie zgłoszeń jest niewystarczająca.

Jak wygląda sytuacja na terenie szpitali? Wszelkie teorie oparte są tylko na domniemaniach, gdyż media nie mają tam wstępu.

W większości szpitali jest ogromne zamieszanie, czasami brak komunikacji między poszczególnymi jednostkami upośledza całkowicie możliwość ratowania życia i zdrowia. Nie dotyczy to tylko samych osób z pozytywnym wynikiem. Cierpią niestety ludzie zgłaszający się do Szpitalnych Oddziałów Ratunkowych z innymi, również poważnymi schorzeniami. Nigdy nie jesteśmy w stanie przewidzieć ile przypadków zachorowań nastąpi kolejnego dnia. Może okazać się, że dyspozytor wskaże jeden wolny szpital, do którego dociera kilkanaście karetek w tym samym czasie. Znaczące role w tych czasach pełnią dyspozytorzy i koordynatorzy wojewódzcy. Ich zadaniem jest przede wszystkim rozpoznanie ilości wolnych miejsc na terenie szpitali, co pozwala na właściwą koordynację pracy, od której może zależeć życie pacjenta. Pamiętajmy, że liczy się każda minuta, a obecnie coraz częściej mamy do czynienia z sytuacją, w której wolny szpital znajduje się kilkadziesiąt, a nawet kilkaset kilometrów od miejsca zamieszkania pacjenta!

Wygląda na to, że i pracy i stresu w czasie obecnej walki z wirusem jest o wiele więcej niż na początku pandemii.

Przede wszystkim wydłuża się czas realizacji zadania Zespołu Ratownictwa Medycznego. Są to wskazania kilku lub nawet kilkunastokrotnie wyższe niż do tej pory. W sytuacji pandemii, COVID jest osobnym rodzajem interwencji, natomiast nie zapominajmy, że ilość przypadków innych chorób również się nie zmniejszyła. Obecnie nastąpiła kumulacja obu przypadków, które bezwzględnie należy zrealizować. Przypomnijmy, że chodzi o życie i zdrowie ludzkie. Realizacja absolutnie musi nastąpić bez względu na to, ile czasu trzeba będzie poświęcić. Żaden z odnotowanych przypadków wezwania pogotowia nie może zostać pominięty.

Jeżeli chodzi o stres, to wystarczy sobie wyobrazić, że wchodząc do mieszkania pacjenta z wynikiem pozytywnym należy rozważyć każdy ruch już od samej klatki schodowej, by pozostać potencjalnie zabezpieczonym. Oczywiście poziom stresu jest jeszcze większy niż na początku pandemii. W przypadku ratowników, te obawy nie sparaliżują samej metodyki pracy, gdyż przy okazji działa również bardzo wysoka ilość adrenaliny. Dopiero później, po powrocie do domu przychodzą myśli, w których obawy o własne życie i zdrowie wchodzą na pierwszy plan. To samo dotyczy naszych rodzin, tym bardziej, że już pewna liczba ratowników w Polsce i nie tylko, zmarła podczas obecnej walki z COVID. Wydłużają się również godziny naszej pracy, bo trzeba pamiętać, że wyjazd do pacjenta z wynikiem dodatnim, u którego nastąpiło zagrożenie życia i zdrowia, jest zdecydowanie dłuższy ze względu na charakter ubioru ratowników, dbanie o bezpieczeństwo własne i pacjenta, a końcowo na przekazanie pacjenta do placówki, która posiada wolne miejsca.

Czy placówki dysponują wystarczającą ilością wolnych miejsc?

Jeśli chodzi o miejsca w poszczególnych szpitalach, to trudno przewidzieć tę sytuację – w jednej dobie zachorowań jest 5000, w kolejnej liczby sięgają już 8000 lub więcej, a to już bardzo duża ilość. Warto wiedzieć, że teoria o doskonale działającym systemie przeciw-wirusowym za granicą jest bardzo myląca. Problem walki z wirusem, mówiąc choćby o wolnych miejscach, niewiele różni się od sytuacji w naszym kraju. Należy wspomnieć, że rozpoczęto budowę dużych jednostek szpitali polowych, które potencjalnie przygotowują się na walkę z COVID-19 – póki co, na razie na stadionie narodowym. Moim skromnym zdaniem, tego typu miejsca niestety powinny działać już od dawna.

Wspominał Pan o podziale społeczeństwa. Tak wiele mówiło się o akcjach wspierających głównie służby ratownicze.

Mówiąc o początkowym etapie pandemii, gdy zachorowalność była na poziomie paruset osób, przy czym umierała jedna lub dwie osoby na paręnaście dni, to społeczeństwo doceniało starania i ciężką służbę ratowników, czy też osób mających do czynienia z pandemią. Niestety, w obecnej sytuacji stosunek ten biegunowo się zmienił.

Wiosną mieliśmy przypadki odwiedzin osób postronnych, które biły gromkie brawa pracownikom wspomnianych służb. Restauracje oferowały darmowe posiłki, stacje paliw umożliwiały ratownikom darmowe, ciepłe napoje w ramach owego podziękowania. W tej chwili nie zostało z tego absolutnie nic. Jak gdyby społeczeństwo zapomniało, że pandemia w ogóle istnieje - a istnieje i to w niewyobrażalnej skali! Tyczy się to stricte Zespołów Ratownictwa Medycznego, które notabene nie dostają żadnego dodatkowego uposażenia, pomimo ogromnego nakładu pracy – jeszcze większego niż dotychczas. Do tego warto wspomnieć omawiany wcześniej poziom stresu, który jest na zdecydowanie wyższym poziomie niż nasze uposażenie.

Trudno przewidzieć dalsze skutki obecnej sytuacji – jak więc postępować w ramach narastającej pandemii?

W razie przypadku podejrzeń należy zadzwonić do lekarza rodzinnego – osoba ta powinna udzielić wskazówek o dalszym postępowaniu, wdrożyć ewentualne leczenie lub - jeśli objawy są znaczne -skierować na wymaz w kierunku koronawirusa. Zasady obostrzeń oczywiście pozostają bez zmian – przede wszystkim priorytetem powinna być ciągła dezynfekcja i higiena oraz noszenie maseczek. Należy też unikać większych zgromadzeń, nawet tych w gronie rodzinnym. Jeśli chodzi o teorie, w której jakoby noszenie maseczki było śmiercionośne, to najlepszym przykładem na jej mit jest fakt noszenia przez ratowników zdecydowanie bardziej uciążliwych środków ochronnych (masek), przez które oddychamy nie przez 2, 3 godziny w trakcie zakupów, ale po 8 i więcej godzin non stop.

Ciężko uzmysłowić sobie tak długi czas w masce – co w Pana przypadku stanowi największą trudność w czasie tej nierównej walki?

Proszę sobie wyobrazić, że w kwestii potrzeb fizjologicznych człowieka, gdy kombinezon jest permanentnie skażony, pada pytanie, jak skorzystać z toalety? Tym bardziej, że będąc w pełnym kombinezonie nie ma możliwości wejścia na oddział, by nie zagrażać innym pacjentom i personelowi medycznemu. Nie można wytrzeć nosa, czy ściskającego potu, nie ma też mowy o jedzeniu czy piciu. Odebranie ważnej wiadomości telefonicznej od członka rodziny w czasie tej batalii to abstrakcja.

Trudno jakkolwiek podsumować rozmowę, tym bardziej że prawdopodobnie to jeszcze nie koniec pandemii. Jakie wskazówki tym razem przekaże Pan nie tylko czytelnikom, ale i mediom?

To nie odpowiedź na pytanie, ale istotny APEL do społeczeństwa:

Po pierwsze, jest to bardzo groźny wirus zagrażający życiu i zdrowiu. Jeszcze raz podkreślmy priorytet noszenia maseczki i przestrzeganie obowiązujących obostrzeń. Po drugie: doceńmy pracę ratowników i innych służb medycznych, które prowadzą nierówną walkę w obliczu pandemii, ale i zmagają się z wszechobecnymi w mediach społecznościowych teoriami antyCOVID.

Po trzecie, miejmy dużą wyrozumiałość i cierpliwość dla wszystkich służb, które codziennie stawiają czoła tak zatrważającej ilości zachorowań. Należy uzbroić się w cierpliwość. Przestrzegajcie wyżej wymienionych zasad z korzyścią, nie tylko dla Was, ale całego otoczenia i służb medycznych.

rozmawiał  Szymon Dyczkowski