Tak zapamiętacie Stacha Cichonia: Piotr Ślusarczyk

4 grudnia 2014 Wydanie 45/2014

- Czołem młodzi przyjaciele! Witam narybek myślenickiego dziennikarstwa! - krzyczał od progu do mnie i kolegów redakcyjnych „Odkroju”, kiedy przygotowywaliśmy naszą stronę. To była końcówka lat 90. - w co trudno uwierzyć - ubiegłego wieku (!), bo to była dosłownie i w przenośni wiekowa znajomość! Potem pytanie, które wtedy wywoływało uśmiech, a teraz stało się boleśnie prawdziwe: - Kochani, zgadnijcie, przedstawiciele jakiego zawodu umierają najmłodziej? Nie wiecie? To żołnierze, a zaraz po nich dziennikarze! Także zastanówcie się jeszcze dobrze… - wtedy żartował, a teraz poświadczył o tym własnym życiem…

Wtedy jeszcze Pan Stachu… ale tak też zostało do końca mimo, iż wielokrotnie podkreślał, że wystarczy tylko Stachu: - …bo na Pana trzeba mieć wygląd i pieniądze, Piotruś - żartował. Jednak przez szacunek sporadycznie udawało mi się wykrztusić Stachu… bo jak mówić do człowieka po imieniu, który za moment cię przytulał jak dziecko i całując w czoło mówił: - Piotruś, przecież wiesz, że cię kocham jak syna…

A kochać to On naprawdę potrafił! Myślę, że nawet nieżyjący profesor Religa nie widział tak wielkiego i gorącego serca, które w taki sposób potrafiło ukochać drugiego człowieka, Ojczyznę, swoje miasto i Rodzinę, która na pewno nie zamykała się tylko w ścianach domu na Reymonta, ale każdy z nas, mu bliskich, czuł się jej częścią! Bo sam podkreślał to wielokrotnie. Największy skarb i Jego największe przekleństwo zarazem: bo jak wiadomo już nie od dziś, że jeśli ktoś ma miękkie serce, to musi mieć twardą inną część ciała. Bo to był cały On… przesycony do szpiku kości miłością, ze sztandarem dobra w ręku, szedł na walkę o idee, którym pozostał wierny do końca…

Kolega po fachu ochrzcił Go kiedyś określeniem „Buczała” w nawiązaniu do tego, że gdzie się nie pojawił, było gwarno i głośno, a On nawet na minutę nie pozwalał zapomnieć, że znajdujemy się w jednym pomieszczeniu. Niemal na każdym „składzie” marzyliśmy o chwili ciszy, aby móc się skoncentrować i skończyć rozpoczętą pracę. Jeszcze wtedy nie zdawałem sobie sprawy, że wystarczy tylko jeden poniedziałek bez Niego, abym całym sercem zatęsknił za tym głosem! Bo w ten pierwszy „skład” bez Ciebie, kiedy morale całego zespołu redakcyjnego wyciekało przez szpary między klepkami parkietu do opustoszałych piwnic magistratu, a przerażająca cisza wypełniała okrutnie całą redakcję, zakląłem: - Mówcie, coś k…!

Na pamiętnym „posiedzeniu”, kiedy zostaliśmy dużej po pracy, by świętować Twoje urodziny, nikt z nas nie podejrzewał, że będzie ono tym ostatnim. Przecież było jak zawsze: wspominanie starych - dobrych! - czasów, opowiadanie historii i przygód z Kozią, słuchanie Kaczmarskiego, SDMu, Klenczona i niekończące się rozmowy o życiu, wartościach, ideach i te najważniejsze i najprawdziwsze - bo Twoje! - życiowe rady dla „chłopaków”. I wszystko skończyło się jak zawsze: padanie sobie w ramiona, pierwsze łzy i pamiętne stwierdzenie: „to se ne vrati”, a chwilę później „chłopaki zamykamy nasz teatrzyk”, bo na telefonach coraz częściej pojawiały się nieodebrane połączenia od zatroskanych żon. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, jak boleśnie prawdziwe będą słowa, wspólnie śpiewanej piosenki „Starego Dobrego”: Spotkamy się u studni / Być może że na drugim świecie / Bóg przecież jest łaskawy / I pewnie da nam tę pociechę / Spotkamy się u studni / I będziemy znów tacy młodzi / Nasze żony będą piękne / Nam wódka nie będzie szkodzić…

Mówi się, że są ludzie, którzy idą do nieba z butami. Pan Stachu też tam poszedł nawet z ubłoconymi, bo wracał prosto z gór, albo ze źródełka… Teraz już sam zaśpiewam Ci, ten Twój ukochany kawałek, którego tak długo szukaliśmy, bo nie mogłeś przypomnieć sobie tytułu: Zaszumiały cię powietrza / I ruszyłeś sam na szlak / Ten ostatni, ten najlepszy / Przyszedł czas, Pan dał ci znak…

Piotr Ślusarczyk