Ludmiła i pan Kot, zwany Maurycym cz. 5

Pod Zegarem 23 września 2025 Wydanie 36/2025
Ludmiła i pan Kot, zwany Maurycym cz. 5

Urodziny

Pan Kot się nudził. Ludmiła już dawno powinna wrócić z przedszkola, ale póki co, nie było ani jej, ani nikogo innego. „Trudno, jak to mawiają: nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, przynajmniej mam trochę spokoju” – pomyślał Maurycy i postanowił w związku z tym uciąć sobie małą drzemkę. Kolejną. Drzemał więc, śniąc o dzikich łowach, smakowitych kąskach i niesamowitych przygodach – niezbyt męczących rzecz jasna, bo za takimi zbytnio nie przepadał.

Kiedy się obudził, za oknem było już ciemno, ale w domu wciąż panowała cisza. „Gdzież oni wszyscy się podziewają? – zastanawiał się pan Kot. – Chyba nigdzie nie pojechali i nie zostawili mnie samego na pastwę losu i pustego mieszkania. Lepiej sprawdzę, czy zostało coś do jedzenia.” Na szczęście zostało jeszcze trochę karmy, ale co będzie, gdy się skończy? Przecież wtedy niechybnie czeka go śmierć głodowa. Doprawdy, ci ludzie potrafią być tacy nieodpowiedzialni. Tak go zostawić na cały, calutki, długi dzień samego, bez słowa wyjaśnienia. Nie, tego się nie robi – po prostu. To niekulturalne. Z tych ponurych myśli wyrwał go dźwięk klucza w zamku. O! Są nareszcie! „Mam nadzieję, że wynagrodzą mi to chociaż jakimś plastereczkiem szynki. Dużym plastereczkiem” – pomyślał Maurycy.

- Jesteśmy, jesteśmy – zawołała Ludmiła, wchodząc do mieszkania.

- Czemu ten kocur tak niemiłosiernie miauczy? – spytała mama.

- Pewnie się stęsknił! – doparła Ludmiła – No, już jesteśmy, ale jestem strasznie zmęczona…

- To do mycia i do spania – zawyrokowała mama – chyba, że jesteś głodna?

- Po tylu smakołykach i przekąskach? Nie mamuś, już nic nie zmieszczę –zapewniła Ludmiła.

Smakołykach? Przekąskach? Bez niego?! Pan Kot stał osłupiały. Piękne rzeczy. Nie dość, że nie ma ich cały, ale to cały dzień, chodzą gdzieś bez niego, jedzą smakołyki (bez niego!), to na dodatek nikt nawet nie pomyślał, by dać mu kawałeczek szyneczki…Zdegustowany pan Kot poczłapał do pokoju Ludmiły i ułożył się na łóżku dziewczynki. Po chwili przyszła i Ludmiła przebrana już w kolorową piżamę.

- Śpisz panie Kocie? – spytała – Ja też jestem wykończona. Ależ to były wspaniałe urodziny…

- Acha, urodziny… - przerwał jej pan Kot.

- Tak, przecież mówiłam ci, Zuzia zaprosiła mnie na przyjęcie urodzinowe. Ach! Jak było wspaniale! Zabawy! Balony! I był taki pyszny tort czekoladowy i ciastka i rurki z bitą śmietaną i kanapeczki też były. Bawiliśmy się całe popołudnie: i w chowanego, i w ciuciubabkę, i w pociąg i w tańce-skakańce! A teraz padam ze zmęczenia… - głowa Ludmiły faktycznie opadła na poduszkę.

- Ach…tak…, kanapeczki…i tort…i ciasteczka – oczywiście, wiadomo: urodziny – mruknął pan Kot.

- Panie Kocie, dobrze się czujesz, jakiś markotny się wydajesz – zaniepokoiła się Ludmiła.

- Ależ skądże znowu, czuję się wyśmienicie – odparł w przekąsem pan Kot – wprost cu-dow-nie się czuję, rzekłbym jak nowonarodzony…

- Maurycy, a ty byłeś kiedyś na urodzinach? – zapytała Ludmiła.

- Ja jestem kotem młoda damo, nie chadzam na urodziny, bo wyobraź sobie, że kotów jakoś nie zapraszają – odparł pan Kot – a teraz, wybacz jestem zmęczony, idę spać. Dobranoc.

Po czym zeskoczył z łóżka i poczłapał na swoje posłanie.

- Ach tak – westchnęła Ludmiła. I chociaż była bardzo zmęczona, długo jeszcze nie mogła zasnąć, bo w głowie właśnie zaświtał jej pewien pomysł.

Nazajutrz, a była to sobota, Ludmiła wstała wcześniej i poszła z mamą na zakupy. Pan Kot znów został sam. A miał nadzieję, że skoro to dzień wolny od przedszkola, to może w coś się pobawią z Ludmiłą… Nie żeby jakoś szczególnie mu zależało, ale mógłby, trochę…Ale oczywiście, kto by się przejmował starym kotem…Niech sobie siedzi całe dni sam w domu, bez towarzystwa, bez szyneczki…

Kiedy w końcu mama z Ludmiłą wróciły ze sklepu, zamknęły się w kuchni.

- Przepraszam panie Kocie, muszę dziś pomóc mamie, ale może potem się pobawimy, dobrze? – powiedziała Ludmiła.

Dobrze? Wcale nie dobrze. Pan Kot czuł się coraz gorzej. No tak, znudziło się im już towarzystwo starego, niepotrzebnego kocura. Nawet do kuchni go nie wpuszczą, a cóż on by im przeszkadzał? Za dużo miejsca to przecież nie zajmuje…, ale jak nie, to nie. Trudno. Nie będzie się przecież narzucał, co to, to nie. Ma swoją, kocią, godność. On im jeszcze pokaże. Kto wie? Może pójdzie do świata i poszuka sobie nowych ludzi, którzy docenią jego mądrość, oddanie, niewątpliwy urok osobisty… i…i w ogóle! – I z tymi gorzkimi myślami pan Kot położył się na swoim legowisku i zasnął.

Obudził go jakiś bardzo apetyczny zapach. Ludmiła stała nad nim z rozpromienionymi oczami.

- Śpisz panie Kocie? – spytała.

- A nie widać? Śpię! – odparł obrażony pan Kot.

- A może pójdziesz ze mną do kuchni? Chciałam ci coś pokazać.

Pan Kot nieco się wahał (bo przecież był obrażony), ale zapach stawał się coraz bardziej kuszący.

- Mogę pójść… ewentualnie…, a co tak ładnie pachnie?

- Chodź, to sam zobaczysz – zachęciła go Ludmiła.

Kiedy weszli pan Kot zobaczył stojące na podłodze, duże, tekturowe pudełko, przewiązane czerwoną wstążką.

- A cóż to? – zdziwił się.

- To dla ciebie! – odpowiedziała Ludmiła i zaczęła śpiewać: Sto lat, sto lat, niech żyje, żyje nam! Sto lat, sto lat niech żyje, żyje nam. Jeszcze raz, jeszcze raz, niech żyje, żyje nam! Niech żyje nam! A kto?! Maurycy! to znaczy: Pan Kot!

Pan Kot stał oniemiały z otwartym pyszczkiem. Ale co to wszystko znaczy?

- To twoje urodziny! Zobacz to prezent dla ciebie – Ludmiła wskazała na tekturowe pudełko – a tu – Ludmiła wskazała na miskę pana Kota wypełnioną po brzegi – urodzinowe klopsiki! Mama pomogła mi wszystko przygotować.

Pan kot zaniemówił. Patrzył to na prezent, to na klopsiki, które pachniały cudownie.

- Ale ja nie mam urodzin… nigdy nie miałem – powiedział w końcu cicho.

- Nigdy, aż do dziś! – odparła Ludmiła – bo właśnie dziś świętujemy twoje urodziny i to, że jesteś z nami. Chodź, otwórz wreszcie swój prezent, jestem ciekawa, czy ci się spodoba.

Ludmiła pomogła panu Kotu otworzyć pudełko, które kryło w sobie nowiutki drapak i mięciutki kocyk.

- To od mamy i taty – Ludmiła wskazała na drapak – a to ode mnie, żeby zawsze było ci miękko i ciepło, podczas twoich drzemek – podała mu kocyk.

- Nie wiem co powiedzieć… - panu Kotu dziwnie zawilgły oczy.

- To nic nie mów, tylko pałaszuj klopsiki! Mam nadzieję, że wyszły smaczne…

- Najlepsze! – stwierdził pan Kot kosztując i oblizując wąsy z wielkim zadowoleniem.

A gdy już wszystkie klopsy zniknęły z miski, pan Kot przetestował nowy drapak, uznając, że jest idealny, a potem długo bawili się w dżunglę i dzikie tygrysy.

Wieczorem, gdy Maurycy leżał wygodnie na nowym kocu, a Ludmiła w swoim łóżku, pan Kot powiedział:

- Dziękuję ci Ludmiło, to był bardzo piękny dzień (i bardzo smaczne klopsiki).

Ludmiła wstała, podeszła i przytuliła policzek do miękkiego futerka kocurka.

- Cieszę się, że jesteś moim przyjacielem panie Kocie – powiedziała.

A pan Kot zamruczał z głębi swojego szczęśliwego, kociego serca i odpowiedział:

- Ja też się cieszę Ludmiło. Ja też.

cdn