W trosce o łapki (i nie tylko łapki) czworonożnych pacjentów

W trosce o łapki (i nie tylko łapki) czworonożnych pacjentów

Zoofizjoterapeuta to ciągle dość rzadko spotykany zawód i właśnie w nim realizuje się Wiktoria Michalak, która jednocześnie jest też technikiem weterynarii. Od kiedy postanowiła spróbować swoich sił jako zoofizjoterapeutka od razu pokochała tę pracę, a niedługo po tym otworzyła w Myślenicach firmę - Centrum Rehabilitacji Zwierząt Fizjołapka.

Na co dzień pracuje z psami i kotami, sama też jest właścicielką dwóch psów: Karmen i Lili, ale jej przygoda ze zwierzętami i miłość do nich zaczęła się od koni.

- Moją największą pasją była jazda konna i to ona nauczyła mnie cierpliwości, zrozumienia i uważnej obserwacji. Dzięki niej potrafiłam dostrzec, kiedy zwierzę czuje się dobrze, a kiedy coś je boli, a największą nagrodą są dla mnie efekty – mówi Wiktoria.

Najpierw ukończyła Studium Weterynarii, i to właśnie tam, w trakcie nauki dowiedziała się, że jest taki zawód jak zoofizjoterapeuta. Zafascynowało ją to na tyle, że wybrała się na roczny kurs przygotowujący do pracy w nim. Po nim praktykowała w gabinetach w Krakowie.

- Tam poznawałam i obserwowałam jak pracują zoofizjoterapeuci i jak dużo czasu trzeba poświecić zwierzętom, żeby powróciły do zdrowia i sprawności – mówi Wiktoria.

W genach ma przedsiębiorczość (jej rodzice, a wcześniej także babcia, mieli swoje firmy, choć z zupełnie innej branży, bo gastronomicznej) po jakimś czasie postanowiła więc, że i ona założy swoją działalność. Jej marzeniem było Centrum Rehabilitacji Zwierząt. – Chciałam stworzyć własną przestrzeń do tego, aby pomagać zwierzętom w powrocie do sprawności, polepszyć ich komfort życia – mówi Wiktoria, która dziś łączy obydwa prowadzeniem własnego gabinetu zoofizjoterapii z pracą jako technik weterynaryjny w jednym z gabinetów weterynaryjnych. – Dzięki tej pracy poszerzam swoją wiedzę i umiejętności w zakresie zdrowia zwierząt – mówi.

Zanim została przedsiębiorcą ze swoim pomysłem na firmę udała się do urzędu pracy, który wsparł jej plan założenia własnej działalności gospodarczej dotacją. – Dotacja była pomocna, ale bez wsparcia moich najbliższych zrealizowanie tak dużej inwestycji, jak zakup specjalistycznych urządzeń, w tym bieżni wodnej, bieżni suchej i lasera, nie byłoby możliwe – mówi Wiktoria, która w czerwcu 2024 roku założyła działalność gospodarczą.

Na razie pracuje sama, ale nie wyklucza, że w przyszłości to się zmieni.

- Kocham to co robię, więc nawet jeśli czeka mnie ciężka praca, wiem, że chcę to robić. Dlatego samo podjęcie decyzji o tym, że wchodzę w ten świat na poważnie było łatwe. Wiedziałam, że podejście ludzi do zwierząt bardzo się zmieniło. Jeszcze kilkanaście lat temu rehabilitacja psów czy kotów w Polsce była rzadkością, a dziś coraz więcej osób widzi w swoim pupilu członka rodziny. Ludzie chcą, żeby ich psy biegały bez bólu, żeby koty mogły wskakiwać na ulubione miejsce na szafie, żeby starsze zwierzęta miały godną starość. Jest mniej obojętności, a więcej świadomości, że można i trzeba pomagać. Tego czy ja sama poradzę sobie na lokalnym rynku i czy będzie to opłacalne do końca nie wiedziałam, pomyślałam jednak, że nie dowiem się jeśli nie spróbuję. Potraktowałam to jak wyzwanie – mówi Wiktoria.

Swoją firmę nazwała Fizjołapka.

- Chciałam, żeby nazwa była przyjazna i żeby koniecznie miała w sobie „łapkę”, która jest dla mnie symbolem zaufania. Szukałam w różnych językach, sprawdzałam mnóstwo wariantów. Ostatecznie mój chłopak wpadł na pomysł „Fizjołapki” i to było „to”, przysłowiowy strzał w dziesiątkę – mówi Wiktoria.

Jej pacjenci to zwierzaki (najczęściej psy, rzadziej koty) najczęściej po urazach i wypadkach, ale nie tylko, bo też takie, które na skutek wrodzonych lub nabytych chorób cierpią na niedowłady lub paraliże.

- Najtrudniejsze było i wciąż jest uświadomienie właścicielom zwierzaków, że rehabilitacja ich podopiecznych to proces, a nie jednorazowy zabieg. Czasem trwa on trzy miesiące, czasem rok, a bywa, że i dłużej – wszystko zależy od rodzaju choroby, reakcji konkretnego pacjenta, a każdy z nich jest inny, i tego, jak jego organizm odpowiada na terapię. Tak samo jak w przypadku rehabilitacji ludzi – nie można oczekiwać natychmiastowych efektów. Ważne są regularność, cierpliwość i zaangażowanie. To trochę jak z treningiem sportowca po kontuzji – aby wrócić do formy, potrzeba czasu, systematycznej pracy i wsparcia ze strony opiekuna – mówi. I dodaje: - Szczególnie trudne są przypadki neurologiczne. Postępy są powolne, czasem niemal niewidoczne, ale każdy pierwszy krok, pierwszy samodzielny ruch łapą, wynagradza tygodnie ciężkiej pracy.

Takiej satysfakcji dostarczył jej m.in. psiak, który kiedy pierwszy raz do niej trafił był podopiecznym Stowarzyszenia Przytul Sierściucha, a którego udało się z powrotem dosłownie postawić na nogi po wypadku. – Jego chód jeszcze nie jest perfekcyjny, ale najważniejsze, że w ogóle jest, że piesek chodzi – mówi.

Jak twierdzi Wiktoria, żeby być zoofizjoterapeutą trzeba nie tylko kochać zwierzęta i być cierpliwym, ale też… mieć dobrą kondycję. – To przede wszystkim praca fizyczna – mówi i dodaje, że dlatego samej po pracy zdarza jej się czasem korzystać z pomocy fizjoterapeuty. – Ale przede wszystkim sama pilnuje, aby być w formie, w czym pomaga jej to, że jej drugą, po zoofizjoterapii pasją jest sport. - Kiedy tylko znajdę wolną chwilę, staram się aktywnie spędzać czas. Uprawiam różne formy sportu – czasem jest to pływanie, innym razem pilates lub treningi siłowe – mówi Wiktoria

Nie tylko w pracy, ale i po pracy towarzyszą jej wspomniane już psy: Karmen i Lilka. Spacery z nimi to nie tylko przyjemność, ale przy okazji także trening.