Wędzi z pasją i marzy o foodtrucku

Wędzi z pasją i marzy
o foodtrucku

Piotr Pitala i jego „Wędzarnia z pasją” to dowód na to, że po czterdziestce można się nie tylko przebranżowić, wrócić do wyuczonego, choć dawno niepraktykowanego zawodu, ale także założyć swoją pierwszą firmę odnajdując jednocześnie życiową pasję. Od pięciu lat wyrabia wędliny, na czele z kiełbasą, którą nazwał „głogoczowska” na cześć wsi, z której pochodzi.

Zawód rzeźnika zdobył już przed 20 rokiem życia, ale życie tak się ułożyło, że przepracował w nim zaledwie rok. Potem długo pracował w zupełnie innej branży, bo w budowlance, ale 40-te urodziny skłoniły go do refleksji czy by czegoś nie zmienić, a konkretnie zająć się produkcją wędlin.

- Postanowiłem wrócić do dawnego fachu i spróbować swoich sił robiąc coś, co może zasmakuje ludziom, a dokładnie wędliny i to takie jak robiono dawniej, bez konserwantów, wędzone naturalnie w wędzarni opalanej drewnem – mówi pan Piotr.

Planom tym sprzyjało to, że właśnie wtedy wprowadzono ułatwienia w postaci tzw. rolniczego handlu detalicznego. Skorzystał z nich i nie zwlekając zgłosił się do powiatowego lekarza weterynarii, który nadał mu specjalny numer obejmując go tym samym nadzorem weterynaryjnym.

Wykorzystując doświadczenie z lat pracy w branży budowlanej wybudował wędzarnię. I zaczął wędzić w niej pierwsze mięsa i kiełbasy. Początki wspomina tak: - Zrobiłem szynki, boczki, schab, kiełbasę. Z tego część sprzedałem tym, którzy chcieli je kupić tak „w ciemno” nie znając jeszcze moich wyrobów, a część przeznaczyłem na degustacje i każdego kto się częstował pytałem o opinię, bo chciałem się przekonać czy smakuje i czy to co robię ma sens.

Opinie utwierdziły go w przekonaniu, że obrał właściwą drogę, co nie znaczy, że popadł w samozachwyt. - Rozumiem, że moje wyroby nie muszą smakować wszystkim, każdy ma przecież swój smak – mówi.

Ci, którzy ich próbowali i postanowili podzielić się opinią w sieci, wystawiają im najwyższe noty.

- Kiedy szukałem nazwy firmy od razu przyszła mi do głowy „Wędzarnia z pasją”, bo naprawdę w to co robię wkładam całe swoje serce. Wystarczy zapytać moich bliskich, na pewno potwierdzą, że choć robię to już 5 lat, to nadal za każdym razem mocno przeżywam każde wędzenie i za każdym razem zastanawiam się czy klientom będzie smakowało – mówi pan Piotr.

Z jego wędzarni wychodzą m.in.: kiełbasa wiejska, kabanosy i frankfurterki, ale najbardziej dumny jest z kiełbasy, której recepturę wymyślił sam i nazwał ją głogoczowska.

- Pracowałem około pół roku zanim osiągnąłem taki efekt, jaki chciałem. Jej składniki to grubo mielona łopatka i przyprawy, ale jakie i w jakich proporcjach to już mój sekret – mówi właściciel „Wędzarni z pasją”.

- Kiełbasę trzeba zjeść na zimno, na ciepło, z grilla, i tak właśnie, na różne sposoby przygotowywałem ją dla siebie i rodziny, bo wszyscy ją testowaliśmy. Częstowałem też nią sąsiadów słuchając uważnie każdej ich opinii. I tak ostatecznie została wypracowana receptura – mówi.

Przyznaje, że na samym początku zaliczył „wpadkę” dodając zbyt wiele przypraw. Tę „przeprawioną” partię postanowił rozdać chętnym za darmo. Ku swojemu zaskoczeniu odebrał później telefon nie tylko z podziękowaniem, ale i zapytaniem czy nie ma takiej więcej. Ale przy kolejnych partiach trzymał się już ściśle przepisu.

Proces wyrobu wygląda podobnie w przypadku wszystkich kiełbas, a więc najpierw pekluje mięso, czyli kroi je w kostkę i zasypane solą zostawia na 24 godziny w chłodni. Po tym czasie mieli je, dosypuje przypraw, miesza i nabija w jelita.

- W jelicie kiełbasa musi odpocząć ok. 2 godzin. Fachowo to się nazywa osadzanie. Dopiero potem trafia do wędzarni, gdzie najpierw osuszam ją w otwartej komorze, a dopiero kiedy jest zupełnie sucha zaczynam właściwe wędzenie w temp. 50-60 stopni. To trwa ok. 3 godziny. Z wędzarni kiełbasa trafia do parzenia w temperaturze 82 stopni i parzy się do uzyskania 72 stopni w środku – opowiada Pan Piotr i dodaje: - Do dziś spośród moich wędlin właśnie głogoczowska ma najwięcej amatorów. Ci najwierniejsi przychodzą po nią już kiedy z wędzarni trafia do parzenia, bo taka cieplutka smakuje najlepiej. I to nie jest tylko moja opinia.

Wędzenie mięs wygląda trochę inaczej, a różni się już chociażby tym, że samo peklowanie trwa znacznie dłużej, bo mięso w solance spędza od 6-7, do nawet 10 dni. Kolejne etapy też zajmują więcej czasu.

- Największą szynkę jaką robiłem to była cała tylna noga i miała ok. 13 kg. Taką piecze się nawet do 14 godzin – mówi pan Piotr.

Z mięs regularnie wędzi szynki (choć nie tak duże jak wspomniana 13-kilogramowa), schab, karczek i polędwicę wieprzową, a okazjonalnie też inne, takie jak drób. - Zdarza się, że na życzenie klienta robię filet z indyka, ale nie zdarza się to często, bo drobiu nie wędzi się razem w wieprzowiną. To trzeba wędzić inaczej, a to inaczej – tłumaczy.

W sezonie grillowym ofertę poszerza o kaszankę zapiekaną z kapustą i boczkiem. O tym, co poleca w danym tygodniu zawsze informuje na Facebooku. Jest on jego głównym narzędziem do kontaktów z klientami. Telefon jest niemniej ważny, bo przez niego umawia odbiory towaru ze sklepu, będący częścią jego działalności gospodarczej, którą założył w kwietniu br.

Sklep mieści się w Głogoczowie, ale ponieważ jest to działalność jednoosobowa, nie jest czynny codziennie w godzinach „od-do”, bo choć pan Piotr spędza w nim sporo czasu, to niemniej spędza w drodze, bo ciągle szuka nowych miejsc zbytu swoich wyrobów, jeździ z nimi na targ itd.

Dlatego zawsze prosi, żeby przed planowaną wizytą w sklepie klienci dzwonili, aby upewnić się czy faktycznie jest lub będzie o danej godzinie.

W Myślenicach „za ladą” można go spotkać na corocznych kiermaszach przed Wielkanocą i Bożym Narodzeniem.

Jako strażak OSP Głogoczów, zawsze jest ze swoim stoiskiem na strażackich piknikach, takich jak ostatni charytatywny piknik dla Frania, który odbył się w Dzień Strażaka. Nie stroni od pomagania i jak mówi, na ile jest w stanie, robi to.

Miesiącem, w którym pracy ma najwięcej jest maj, kiedy są nie tylko wesela, ale i komunie, które również obsługuje, oferując na nie dania obiadowe, lub „zimną płytę” w postaci wiejskich stołów lub wiejskich desek.

Maj to także czas, kiedy startuje sezon grillowy, a „Wędzarnia z pasją” oferuje również mobilnego grilla na imprezy integracyjne, urodziny, poprawiny i inne okazje.

- Zmontowałem go sam na przyczepie samochodowej. Mogę z niego wydać naraz 300 porcji! Kiedy przychodzi zamówienie, pakuję mięso i wędliny, przypinam przyczepę i jadę – mówi pan Piotr.

Marzy mu się, żeby kiedy już przejdzie na emeryturę, samochód i przyczepę zamienić na foodtrucka i w całej Polsce serwować z niego hot dogi z kiełbasą głogoczowską. - Chciałbym, aby kiedyś była tak popularna jak kiełbasa z niebieskiej nyski, albo żeby stała się tak rozpoznawalną marką jak kiełbasa lisiecka, która też przecież pochodzi z Małopolski, spod Krakowa – mówi pan Piotr.