Woda opadła, problemy zostały

Woda opadła, problemy zostały
Edward Wronka podczas usuwania skutków powodzi.

Choć od ulewnych deszczy, w wyniku których fala wody zalała m.in. Głogoczów i Krzyszkowice minęło już trochę czasu, to część mieszkańców wciąż boryka się z konsekwencjami tych wydarzeń.

Część mieszkańców przyznaje, że bez pomocy gminy, strażaków, wojska byłoby dużo gorzej. Jak mówi pan Rodak z Krzyszkowic: - Było strasznie, naprawdę, ale dzięki działaniom, które podjęli strażacy, gmina, wojsko udało się jakoś opanować sytuację. Nigdy wcześniej takiej pomocy nie dostaliśmy i mogę powiedzieć, że zawdzięczamy strasznie dużo wojsku, gminie, straży. U nas żołnierze przyszli pomóc wynosić zalane rzeczy, straż wypompowywała wodę, także ludzie z gminy pomagali. Naprawdę jesteśmy bardzo wdzięczni; dostaliśmy osuszacze do garażu i jakoś dochodzimy do siebie. Jak tu żyję 30 lat, to nigdy nie było takiej pomocy. Kiedy wcześniej były jakieś powodzie, to sam z żoną musiałem wszystko naprawiać, robić, a w teraz było całkiem inaczej. To się w głowie nie mieści, co ludzie mogli pomóc człowiekowi. Jak przyznaje pan Rodak powodzie w Krzyszkowicach owszem były, ale nigdy tak duże, obawia się również kolejnych takich sytuacji, zwłaszcza, że w pobliżu jego domu ma zostać wybudowany kolejny most: - Akurat tu jest teren zalewowy, a jeszcze ma tu być stawiany most. Nie wiem, czy to jest dobra decyzja, czy ten most nie będzie tutaj tamą na tej rzece. W tej okolicy, w odległości ok 100 metrów jest już jeden most, dalej jest drugi most – to są dwa mosty na odcinku ok 0,5 km. Ktoś chce budować trzeci most – to może być tragedią. Jak ten most powstanie, to może stanowić opór dla wszystkich wód wiosennych. Teraz był kataklizm, raz na 100 lat taka sytuacja się zdarza, a jak ten most będzie, to boję się, że ja będę miał co roku wodę, bo przyjdą roztopy, czy jesienne deszcze i - jak ten most nie zostanie dobrze zrobiony – to woda będzie się rozlewać.

Jedne z największych strat w Krzyszkowicach poniósł pan Józef Bartosz, właściciel firmy i sklepu – woda zalała wszystko. Jak mówi pan Józef: - Tu trzy jednostki strażackie były: z Krzyszkowic, Sieprawia i Myślenic, żeby wypompowywać wodę, było też wojsko terytorialne i pomagało zabezpieczać rzeczy, które udało się uratować. Później jeszcze straż przywiozła namiot, żeby można było jakoś te prace porządkowe prowadzić. Straty są ogromne, a warsztat pana Bartosza nie był niestety ubezpieczony: - Nic nie zrobimy, bo ubezpieczalnia nie ubezpieczy warsztatu – to za duże ryzyko z powodu bliskości wody. Trzeba na własny koszt wszystko robić…, ale dobrze, że nikomu się nic nie stało, że udało się uratować psa i pszczoły – bo woda już je zalewała. Żona pana Bartosza od 17 lat porusza się z pomocą wózka inwalidzkiego, niestety silny nurt wody porwał również samochód, który był przystosowany do przewozu osób niepełnosprawnych. Jak sama mówi: - Ja do tej pory nie mogę przyjść do siebie… jak zobaczyłam prze okno co się dzieje, to byłam w szoku. To jest nie do pomyślenia: to były chwile dosłownie chwile, a tyle szkód potrafił żywioł wyrządzić. Jak tu mieszkamy 25 lat to czegoś takiego nie było, a mówią starsi mieszkańcy Krzyszkowic, że 90 lat temu była taka powódź.

Duże szkody poniosła również rodzina Wronków. Jak mówi pan Edward Wronka: - Dwa samochody całkowicie do kasacji, zniszczony podjazd, zalana stajnia, parter domy… naprawialiśmy co mogliśmy, koparka pomogła razem ze strażakami, bo nie było tutaj w ogóle dojazdu. Metr, półtorej metra wody, do połowy okien na parterze. Wszystko działo się bardzo szybko, ratowało się tylko to, co się mogło, a potem już się nic nie mogło, tylko człowiek bezradnie patrzył. Jak 50 lat tu jestem – czegoś takiego nie było. Teraz to już był kataklizm. Problemem domu rodziny Wronków jest jego położenie. Jak mówi syn Pana Edwarda: - Tu jest teren zalewowy. Po powodzi w 1996 r., jakieś 5 m od domu była woda, pojawiło się urwisko, które zostało zabezpieczone, ale ta woda zrobiła, co zrobiła. Niestety tu się łączą dwie rzeki: jedna malutka, która zbiera wodę z Jawornika , przysiołku Bugaj, Bęczarki i druga rzeczka, która zbiera wodę z części Rudnika i Jawornika i one się tutaj łączą, to jest skrzyżowanie tych rzek. Tu jest niesamowite nasilenie tej wody, bez przerwy tu jest walka, teraz nawkładali tam kamieni, ale to wszystko podmywało. Państwo Wronkowie składali prośby i odwołania do Wód Polskich o zabezpieczenie terenu: - Fachowcy byli, powiedzieli, że rzeka meandruje: proszę sobie to drzewo wyciąć, tu zasadzić, to będzie odbijało.Tak też zrobiono, dodatkowo na własny koszt zabezpieczono brzegi rzeki, ale problem wciąż istnieje.

- Woda urywa część naszych działek, pól, posesji. Nie mówię: łąka, pole – pal licho, ale jak ubywa ziemi wokół domu, to już jest problem. Posesja z roku na rok się zmniejsza, w końcu woda „wejdzie” do domu i zamiast dołożyć parę tysięcy, człowiek będzie musiał się wyprowadzić i straci dorobek całego życia, bo domu nie da się przenieść. Jak ta woda zaleje fundament, to przyjedzie inspektor nadzoru budowlanego stwierdzi, że dom nie jest do zamieszkania – i co my wtedy poczniemy? Lepiej zapobiegać niż czekać i ponosić później takie konsekwencje. Jesteśmy w stanie, w jakimś stopniu ponieść również koszt, ale żeby nam ktoś pomógł, my tego sami nie ogarniemy. Już wcześniej zakupiliśmy materiał, przez dwa tygodnie pracowała koparka i co mogliśmy, to zrobiliśmy – gdyby nie te działania wcześniejsze, dom byłby zalany. Tylko co będzie dalej?

Marta Duszyk Marta Duszyk Autor artykułu

Absolwentka teatrologii na UJ, wielka miłośniczka książek, lubi spokój, koty i psy; z uwagą obserwuje otaczającą ją rzeczywistość i ludzi. Sekretarz Redakcji Gazety Myślenickiej od grudnia 2019.