Wspomnienie na dnie jeziora...

Wspomnienie na dnie jeziora...
Ryszard Tadeusiewicz Naukowiec AGH, absolwent myślenickiego LO

Wakacje się niestety skończyły (może nie dla wszystkich, ale dla większości z nas), więc tym, co nam pozostało są tylko wakacyjne wspomnienia. Dlatego w dzisiejszym felietonie pozwolę sobie na moje wspomnienie wakacyjne. Wspomnienie tym cenniejsze, że jego ślad jest obecnie ukryty na dnie Jeziora Czorsztyńskiego.

Zacznę może od stwierdzenia, że wakacji to ja zbyt wielu nie miałem. Wprawdzie w szkole podstawowej a potem w myślenickim Liceum udzielałem się w harcerstwie, pełniłem nawet jakieś tam funkcje dowódcze, ale gdy nadchodziły wakacje i moi koledzy wybierali się na kolejny obóz harcerski – wiedziałem, że to nie dla mnie. Ja niestety byłem twardo uwiązany w domu, bo moja Mama ciężko chorowała (rak płuc) i ktoś musiał bezustannie pełnić przy niej dyżur. Choroba zaczęła się w 1961 roku, ale potem w latach 1962 i 1963 było coraz gorzej.

Rak to bolesna choroba, więc wiele razy dziennie trzeba było wzywać pielęgniarkę, żeby dawała jej zastrzyki morfiny (w domu tego narkotyku było wszędzie pełno). Ktoś musiał być stale przy Mamie, która nie wstawała z łóżka a miała różne potrzeby. Ojciec ciężko pracował na dwóch etatach, żeby zdobyć środki konieczne na to leczenie, więc do czuwania i opieki nad Mamą pozostawałem tylko ja (byłem jedynakiem). Gdy w czasie roku szkolnego musiałem iść do szkoły to przychodziła dyżurować pielęgniarka, ale w wakacje opieka była cały czas na moich barkach.

Oczywiście miało to także dobre strony, – bo bardzo wiele czytałem. Zwykle cały spis lektur obowiązkowych, podawanych każdego roku przez naszą polonistkę, miałem przeczytany do połowy wakacji. Potem czytałem książki z biblioteki miejskiej – no i z ciekawości podręczniki do następnej klasy, do której miałem zacząć uczęszczać po wakacjach. Tak spędziłem wakacje 1962 i 1963.

W 1964 roku ojciec uznał, że powinienem pojechać na obóz harcerski. W tamtym roku był on zlokalizowany nad Dunajcem, niedaleko wsi Maniowy. Pojechałem! Nareszcie!

Z ogromnym zapałem pracowałem przy tworzeniu tego obozu. Pamiętam piosenkę, która wtedy powstała:

„Z wielkim sapaniem, z wielkim wysiłkiem, pobudowali latrynę odtąd w tym dołku będą zbierali całą obozową glinę”

Urodą każdego obozu harcerskiego są wieczorne spotkania przy ognisku. Dziś pewnie też tak jest, ale dla mnie były to chwile naprawdę niezapomniane. Pamiętam, jak śpiewaliśmy:

„Płonie ognisko i szumią knieje,

drużynowy jest wśród nas,

opowiada starodawne dzieje,

bohaterski wskrzesza czas...”

Najpiękniejsze miało jednak dopiero nadejść. Gdy już cały repertuar patriotyczny został prześpiewany, jedna z harcerek przy dogasającym ognisku zaśpiewała:

„Jestem brzydka, ja wiem – niekrasiwaja...”

To urocza piosenka (jest w Internecie!), śpiewająca dziewczyna była prześliczna (nigdy wcześniej tego nie zauważyłem!), dogasające ognisko dawało nastrój, a cicho płynąca obok woda Dunajca dodawała uroku. Było bajkowo!

Ale na drugi dzień przyszedł do mnie telegram, żebym niezwłocznie wracał do Myślenic. Wiedziałem, co to znaczy. Moja Mama umarła. Przyjechałem, więc do Myślenic i wziąłem udział w pogrzebie. To nie było łatwe, miałem 16 lat i byłem całkiem sam (ojciec nadal pracował od rana do wieczora, tak chyba sobie radził z żałobą). A Maniowy zalały potem wody Dunajca zatrzymanego zaporą w Czorsztynie i to miejsce związane z moim cudownym wspomnieniem jest obecnie na dnie głębokiego jeziora.

Wy teraz pewnie macie wspomnienia (i zdjęcia!) z różnych egzotycznych krajów, bo obecnie świat cały stoi otworem. Ale ja bym tego mojego wspomnienia z ogniska nad Dunajcem nie zamienił na najbardziej egzotyczne i piękne tropikalne krajobrazy...