Z szacunku do włosów i planety
Kiedy Kamila Krajewska i Lech Ulman, dziś małżeństwo z kilkuletnim stażem, poznali się, szybko odkryli, że łączy ich ta sama filozofia życiowa, która polega na świadomej konsumpcji różnorakich dóbr. Ideę zero waste realizują ubierając się w sklepach z używaną odzieżą, urządzając mieszkanie rzeczami z drugiej ręki, a od kilku lat także szyjąc akcesoria do włosów i nie tylko z… nieużywanych już krawatów. Tak zrodziło się „zKrawata”, firma, a właściwie manufaktura, którą razem tworzą i która jest emanacją ich stylu życia.
Klientami second handów są od lat. Zalet tego, jak mówią, jest kilka. Po pierwsze, można tam znaleźć rzeczy dobrej jakości, z naturalnych materiałów w bardzo przystępnej cenie. Po drugie, ubierając się tam minimalizuje się ryzyko spotkania na ulicy kogoś w identycznym stroju. I wreszcie po trzecie, nie przykłada się w ten sposób ręki do zjawiska fast fashion, czyli masowej produkcji ubrań, która nie pozostaje bez wpływu na środowisko naturalne generując ogromne ilości odpadów.
Z tych samych powodów również szukając rzeczy do domu chętnie zaglądają na targi staroci, w Myślenicach, ale nie tylko, bo też np. w Bytomiu. Ona szuka na nich przede wszystkim pięknych i oryginalnych kubków, a on obrazów, albumów itp.
- Lubimy przedmioty „z duszą”. Mamy w domu rzeczy pochodzące z tzw. wystawek gabarytów. Niejedną już odnowiliśmy, szlifując, malując albo wymieniając tapicerkę. Inne dopiero czekają na swoją kolej w piwnicy. Pewna pani pozbywała się wyposażenia domu i tak trafił do nas stół kuchenny z lat 30-tych minionego wieku. Krzesła mamy z okresu PRL, każde inne. Podobnie dywany… Leszkowi nierzadko zdarza się żeby idąc wyrzucić śmieci nie wrócił np. z kwiatkiem doniczkowym. Taki, skazany przez kogoś na śmierć kwiatek przechodzi u nas „kwarantannę” i dostaje drugie życie - mówi Kamila. - Poza nielicznymi wyjątkami, jak kosmetyki czy chemia gospodarcza, rzadko kupujemy rzeczy nowe. Nawet dziecku kupujemy ubranka i zabawki z drugiej ręki. Sprzętów takich jak np. rower też szukamy na portalach ogłoszeniowych. Żałuję, że w Myślenicach nie działają prężnie tak jak w wielu dużych miastach internetowe grupy typu „śmieciarka jedzie”, z ogłoszeniami o rzeczach do oddania. Wszędzie tam, czy to na tych grupach, w second handach i na targach staroci można znaleźć rzeczy już komuś niepotrzebne, ale które nadal można użytkować. Zwłaszcza, że często te wyprodukowane dawniej meble, ubrania, przedmioty użytkowe są dużo lepsze jakości niż nowe, wyprodukowane teraz.
Mając doświadczenie w różnych przeróbkach, nie tylko mebli, kiedy pod koniec trwania pandemii pojawiła się w ich domu potrzeba posiadania gumek do włosów (tzw. scrunchie), postanowili uszyć je sobie sami, a szukając idealnego materiału w końcu sięgnęli do szafy po… stare krawaty Leszka. Były uszyte z jedwabiu, a jak tłumaczą, to materiał delikatny, nie plączący włosów a dzięki temu ograniczający ich łamanie i wyrywanie, a oni czegoś takiego właśnie szukali do swoich długich włosów. Leszek, który zapuścił je w czasie pandemii, mówi: - Przez długi czas nosiłem opaski, ale potem, kiedy zacząłem związywać włosy, uświadomiłem sobie jakim problemem to jest wyrywanie ich przez gumki. Szukałem więc czegoś co byłoby delikatne dla włosów.
Kiedy zaczynali szyć gumki robili to na własny użytek, ale szybko, jak mówią, pojawiły się zapytania o możliwość zakupu podobnych od przyjaciół, znajomych, a kiedy pokazali je w internecie i na targach, także od nieznajomych.
Krawaty z jedwabiu to nie był ich pierwszy wybór, bo najpierw próbowali innych materiałów, ale właśnie dlatego, że nie spełniały ich oczekiwań szukali dalej.
- Jedwab „krawatowy” jest znacznie grubszy niż zwykły kupowany w belce, a przez to bardziej wytrzymały. Krawaty były i są przystosowane do tego, żeby je wiązać, rozwiązywać, potem znów wiązać i znów rozwiązywać itd. Jeśli dodać do tego to, że materiał na krawaty zwykle jest tkany skośnie, przez co jest bardziej elastyczny, to mamy już niemalże „pancerną” trwałość. Przy tym wszystkim zachowuje on wszystkie właściwości jedwabiu, bo przepuszcza powietrze, nie elektryzuje włosów, jest hipoalergiczny - mówi Kamila.
Leszek „od zawsze” lubił majsterkować więc z chęcią podjął wyzwanie zostania krojczym. To właśnie on robi wykroje, które potem Kamila zszywa. Nieprzypadkowo właśnie jej przypadło to zajęcie, gdyż szycie nie było jej całkiem obce, a to dlatego, że z wykształcenia jest lekarzem weterynarii i jak mówi, kiedy jeszcze pracowała w zawodzie, spędziła mnóstwo czasu na zszywaniu zwierzęcych ran.
- Krawcowe nazywają to szwem krytym, my w chirurgii nazywaliśmy go inaczej, ale nadal jest to szew i idea jest ta sama, aby był jak najmniej widoczny - mówi Kamila. I dodaje: - Z tych względów szycie ręczne nie było i nie jest dla mnie problemem, musiałam się jednak nauczyć szyć na maszynie, bo choć moja babcia była krawcową, a mama, choć nie zawodowo, ale też szyła, ja od dziecka powtarzałam, że szycie i krawiectwo to nie moja bajka. Nadal uważam, że jestem umysłem analitycznym, ale jak widać, również ta kreatywna część mnie z czasem się ujawniła. Jednak z nas dwojga to Leszek jest zdecydowanie bardziej kreatywny. On wymyśla i działa, ja potrzebuję instrukcji. Choć przeróbki nie były nam obce, to oboje musieliśmy się wielu rzeczy nauczyć, szczególnie, że materiał z krawatów przez to, że tkany gęsto i dość gruby, nie jest łatwy do szycia.
- Ucząc się wykrojów zniszczyłem dwie maty - przyznaje Leszek.
Zanim zabiorą się za krojenie i szycie, rozpruwają krawaty, piorą je i prasują. Jeden krawat to jak mówią ok. 1,5 m długości materiału. Albo mniej, jeśli miał plamy, które trzeba było wykroić, bo nie dały się wyczyścić, lub zaciągnięcia psujące jego wygląd.
Krawaty Leszka już dawno przerobili. Kolejne kupowali w second handach, w interencie, albo dostawali w prezencie osób, które swoich się akurat pozbywały a wiedziały, że oni dają krawatom drugie życie.
- W second handach krawaty nie cieszą się zainteresowaniem. Nieraz zaskakiwaliśmy sprzedawców pytając o nie, a jedna z pań była niemal w szoku, kiedy wszedłem do sklepu, wziąłem wszystkie krawaty jakie były i podszedłem z nimi do kasy - mówi Leszek.
- Niedawno kupiliśmy przez internet paczkę zawierającą 220 krawatów. Kupiona „w ciemno” okazała się prawdziwym „złotym strzałem”, bo jakieś 70 proc. było jedwabnych - mówi Kamila.
W domu, jak mówią, mają około tysiąca krawatów. Wśród nich takie, które mają nawet po kilkadziesiąt lat. Bywa, że luksusowych marek. Trudno wśród nich znaleźć dwa identyczne, a mimo to zdarza się, że ktoś prosi o wzór, którego akurat nie mają. Wtedy ruszają na „łowy”. Tu w Myślenicach i okolicy, albo… pod Warszawą, bo stamtąd pochodzi Kamila.
Wzór w dzikie zwierzęta? Kury i koguty? Okazuje się, że i takie można znaleźć. Krawat, jako chyba jedyny element formalnego męskiego stroju, mógł wyrazić indywidualny gust i oryginalność właściciela, dlatego ich producenci mieli olbrzymie pole do popisu.
- Większość naszych klientów to kobiety, ale zdarza się, że targach pochodzą do nas mężczyźni. Nieraz w żartach pytają „pewnie nie macie męskich wzorów?”, a wtedy my zgodnie prawda odpowiadamy: „mamy same męskie wzory”. Tu następuje zaskoczenie i… kupują - opowiada Kamila.
- My sami również wspieramy innych rękodzielników, którzy zajmują się tzw. upcyklingiem i tworzą np. biżuterię z odzyskanych koralików albo szyją torby z odpadów tapicerskich - mówi Leszek.
Zdarza się, że otrzymują prośby o przerobienie krawata, który jest ważną pamiątką rodzinną. Ślubny krawata męża, ulubiony krawat taty albo krawat po zmarłym dziadku. Wyjątkowo, zdarzały się muszki albo chusta po babci.
- Klientki chcą abyśmy je przerobiły w coś co będą mogły nosić same i mieć to przy sobie - mówi Leszek.
- Kiedy w grę wchodzi krawat po bliskiej osobie, nieraz ręka mi drży przy pracy, bo tam nie ma miejsca na błąd. Jak coś się źle wymierzy to koniec, a to przecież czyjeś wspomnienia, emocje, coś co ktoś darzy sentymentem. Kiedy się udaje i klient jest zadowolony to dla nas największa nagroda - mówi Kamila.
Ich firma „zKrawata” jest działalnością nierejestrowaną. Oboje nie sądzą, przynajmniej teraz, aby kiedyś rozrosła się do rozmiarów dużej, czy nawet średniej firmy, ale też nie mówią takiemu scenariuszowi „nie”.
- Mamy pomysły na rozwój, na współprace, ale myślę, że raczej pozostaniemy niszowym biznesem z pasją, niż biznesem produkujący na masową skalę - mówi Kamila. - Oboje pracujemy na etatach, a „zKrawata” to zajęcie, któremu poświęcamy wieczory i weekendy starając się, aby nie odbywało się to kosztem czasu dla dziecka i całej rodziny. Traktujemy to jako fajną i pożyteczną alternatywę dla siedzenia przed telewizorem i oglądania seriali, albo scrollowania. To nie fiksacja, która pojawiła się nagle i znikąd, to ma źródło w naszym stylu życia. Dla nas ważna jest w tym przede wszystkim idea „zero waste”, bo jest dobra dla nas i dla planety.
Z tym samym przekonaniem Kamila zaangażowała się kilka miesięcy temu w projekt, który zakładał naukę szycia na maszynie m.in. osoby z niepełnosprawnościami, zachęcając uczestników, aby do szycia wykorzystali materiały z odzysku.
