Za chlebem…

Historia 27 lutego 2024 Wydanie 9/2024
Za chlebem…

To unikatowe zdjęcie obok zostało wykonane w amerykańskim zakładzie fotograficznym ponad sto lat temu w USA! Przedstawia mieszkańców Więciórki (obecnie miejscowość leży w gminie Tokarnia, powiat Myślenice). Przedstawia Jana Dragosza z żoną Wiktorią i synem Józefem tuż przed wyjazdem z USA do Polski (1920 rok).

Na początku XX wieku za chlebem do Ameryki, jak tysiące innych mieszkańców zabiedzonej Galicji, wybrał się także mieszkaniec Więciórki Adam Dragosz. Początki jego pobytu były trudne, jednak na tyle ustabilizowała się jego sytuacja, że za wielką wodę z rocznym Józefem pojechała jego żona Wiktoria. Był to rok 1913. Szczęście nie było im jednak dane. Ojciec rodziny zmarł po kilku latach, a Wiktoria wyszła ponownie za maż za Jana, który nie będąc jego krewnym posiadał jednakże to samo nazwisko. Rodzina z Więciórki postanowiła wrócić jednak w 1920 roku do odrodzonej ojczyzny.

Ten jednostkowy przykład ilustruje bolesne doświadczenie pokoleniowe, będące udziałem znacznej liczby mieszkańców Polski z przełomu XIX i XX stulecia. Liczba bowiem emigrantów udających się za wielką wodę sięgała w niektórych galicyjskich wsiach do 30 procent! Wyjeżdżali w poszukiwaniu lepszego życia młodzi i starzy, kobiety i dzieci, a z nimi… nawet księża, którzy nie chcieli opuścić swoich owieczek.

Tereny zaboru austriackiego były przeludnione, brakowało ziemi, chłopi często gospodarowali na areałach, które nie pozwalały na wyżywienie rodziny. Panował głód, niedożywienie, szerzyły się choroby, dlatego pod koniec XIX wieku rozpoczęły się na dużą skalę wyjazdy do Ameryki. Do Ellis Island trafiło wielu mieszkańców z terenów Galicji, stamtąd wyruszali w różne strony USA, najczęściej do Nowego Jorku. Część z nich wracała po pewnym czasie do Polski, część sprowadzała swoich krewnych i zapuszczali korzenie w nowej ojczyźnie.

W latach dziewięćdziesiątych w wyjazdach bezsprzecznie przodowała wśród trzech zaborów Galicja. O ile wcześniej opuszczało kraj od 60 do 80 tysięcy osób, to w ostatniej dekadzie XIX stulecia wyjechało ich około 350 tysięcy, a w następnym piętnastoleciu jeszcze ponad pół miliona. Ogółem tak z zaboru rosyjskiego, jak i austriackiego skierowało się do Stanów niemal po milionie Polaków, choć wyższa była jednak liczba tych, którzy opuścili Galicję.

Przyszły obywatel amerykański wyzbywał się najpierw w kraju dobytku, niekiedy prawie za bezcen, by wykupić bilet kolejowy, a potem kartę okrętową, czyli szyfkartę. Niekiedy ową szyfkartę przysyłał mu amerykański krewny. Potem przez Szczakową, Mysłowice, Częstochowę, Sosnowiec bądź Herby, a na północy przez Toruń wychodźca zmierzał do jednego z niemieckich portów, z reguły Bremy, choć wypływano i z Hamburga, a nawet Amsterdamu, Libawy czy adriatyckiego Triestu. Ubodzy polscy chłopi podróżowali w warunkach skrajnie trudnych, na tzw. międzypokładzie, narażeni na niewygodę, nękani chorobą morską, fatalnie odżywiani. Na szczęście u schyłku XIX w. ocean przemierzał już nie żaglowiec (płynęli nim, bez mała dwa miesiące, pierwsi teksańscy osadnicy), lecz statek parowy, który, w zależności od klasy, przebywał na morzu od 8 do 14 dni.

Podróż taka była zatem zderzeniem dwóch światów. Największego na świecie miasta i małych spokojnych wsi i miasteczek na wschodzie Polski. W latach przedwojennych do Stanów Zjednoczonych wyjechały ponad 4 mln Polaków. Z czasem stolicą polskiej emigracji stało się Chicago, w którym mieszkało więcej Polaków niż w ówczesnej Warszawie. Miasto rozwijało się w szalonym tempie: w 1850 r. liczyło 30 tys. ludzi, a 80 lat później - 3 mln. Przemysł i handel potrafiły wchłonąć każdą ilość taniej siły roboczej. W Chicago Polacy osiedlali się w dzielnicy Goose Island, gdzie istniały huty stali oraz rynek bydła. Pracowali w tych zawodach, w których nie wymagano znajomości języka angielskiego.

Pierwszym miejscem, na którym następowało zetknięcie się z nową rzeczywistością, była niewielka, skalista wysepka położona w Zatoce Nowojorskiej – Castel Garden. I choć od 1892 r. przybyszów witała już Ellis Island, dla emigrantów z Polski pozostała ona „kasengardą”. Stąd, po wielostronnych badaniach, trafiali do Nowego Jorku. Nielicznych oczekiwali krewni. Spora część udawała się w głąb Stanów do rodziny czy miejsca zamieszkiwania krajanów. Zdecydowana większość zdana była tylko na siebie.

cdn

Marian Cieślik