„Zaginiony Mundial”, na którym grali Polacy
Wakacje z mockumentem cześć 2
W pierwszej części „Vabanku” już po skoku na bank Kramera odbywa się dialog, który pewnie kojarzą głównie kibice piłkarscy. Duńczyk - „Jakbym miesiąc wcześniej dostał tę forsę to pojechałbym za te pieniądze na mistrzostwa świata do Rzymu”, Kwinto - „pojedziesz jak będzie grała Polska”, Duńczyk - „To musiałbym żyć jeszcze ze czterdzieści lat”. Nie wiadomo czy scenarzysta pisząc ten dialog się pomylił, bo akcja „Vabanku” dzieje się w 1934 roku, czyli słowa Duńczyka byłby proroctwem dotyczącym Orłów Górskiego z 1974 roku. A przecież Polacy zagrali na Mundialu również w 1938 roku (pamiętne 5:6 z Brazylią i cztery gole Wilimowskiego).
Mało tego, zagrali również na Mundialu w 1942 roku! Co, że nie było wtedy żadnego mundialu? Ależ był, tylko świadectwo o nim długo leżało zakopane w ziemi, bo filmujący całą imprezę Guilerhme Sandrini zginął w czasie gigantycznej ulewy, jaka rozpętała się w czasie finałowego meczu i dopiero badania wykopaliskowe ponad 70 lat później pozwoliły dotrzeć do ocalonego materiału filmowego.
Zadziwiająco dobrego jak na standardy kinematografii lat 40. Areną zmagań Mundialu w 1942 roku była Patagonia i oprócz gospodarzy wystąpiły na tej imprezie między innymi reprezentacje Włoch, Szkocji, Anglii, Brazylii, III Rzeszy, plemienia Mapuche oraz Polski, a w zasadzie reprezentacji polskich misjonarzy, bo ze względu na wojenne zmagania w turnieju grali wyłącznie piłkarze-amatorzy. Polacy tego mundialu nie zawojowali, a źródła historyczne donosiły, że „pokazali bezrozumny biblijny styl gry” i odpadli po porażce 0:2 z Włochami. Anglicy (jak to Anglicy) odpadli po rzutach karnych, Niemcy (jak to Niemcy) dotarli do finału, zaś cały turniej wygrali... Nie zdradzimy kto. Trzeba obejrzeć. Choćby po to żeby się przekonać, że VAR był w użyciu dużo wcześniej zanim FIFA go zaakceptowała i że był kiedyś sędzia piłkarski, którego piłkarze bali się bardziej niż Szymona Marciniaka. W nakręconym w 2011 roku przez włosko-argentyński duet Lorenzo Garzella i Filippo Marcelloni mockumencie nie brakuje wątku romansowego, nawiązań do twórczości (nie) sławnej Leni Riefenstahl i całego mnóstwa innych, dziwnie znajomych motywów piłkarskich i kulturowych. Przede wszystkim jednak nie brakuje świetnej zabawy przy ich odkrywaniu, bo całość jest nakręcona trochę w stylu „Zeliga” Woody Allena. A jeśli ktoś uważa, że cały ten „Zaginiony mundial” to bujda na resorach to niech posłucha tego, co na początku filmu mówią Joao Havelange, Jorge Valdano, Roberto Baggio czy (z trudem powstrzymujący się od śmiechu) czy Gary Lineker. Tacy ludzie mieliby nas okłamać?
